Eugeniusz Dębski - www.eugeniuszdebski.pl
Aktualizacja: 24.11.2021
Z pamiętnika

Poniżej znajdziecie teksty wcześniej umieszczone w działach "Od E do D czyli moje fantastyczne życie", "Z biurka", Krucjata „Gwiezdnego Szamana" oraz Wyprawy na Kilimandżaro.
Od E do D to krótkie wspominki spisane w 2015 roku.
"Z biurka" to "poradnik" pisarza powstały w 2000 roku. Szmat czasu. A już w 2022 roku minie 25 lat od powstania strony Eugeniusza Dębskiego.
"Krucjata „Gwiezdnego Szamana"" opis powstawania powieści Krucjata „Gwiezdnego Szamana" z 2007 roku.
Wyprawa na Kilimandżaro relacja z wyprawy na najwyższą górę Afryki w 2007 roku.


Od E do D czyli moje fantastyczne życie"
Na pewno, nie mam co do tego wątpliwości, niektóre daty są pomylone albo co najmniej niepewne. Z pewnością wiele osób, poza tym, że istnieją czy istniały, zapamiętało to samo co i ja, ale inaczej, i być może to one mają rację. Mam też głębokie przekonanie, że wiele sytuacji innym umknęły albo jako nieistotne, nieśmieszne i błahe i głupie – zatarły się w ich pamięci. Powtarzam więc - co do dat i nazwisk pewności nie mam, zwłaszcza jeśli chodzi o daty, bo nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać na przykład, kiedy broniłem matury (może to jednak w dalszej części wspominek zrobię, nie omieszkam się pochwalić!). Ale żadna z przytoczonych sytuacji nie jest wymyślona, zmyślona, choć o zawodową konfabulację oskarża się mnie wielokrotnie. Powód jest dwojako prosty: skoro to mają być jakieś tam wspomnienia, to niechże będą, i drugi: nie wymyśliłbym tego, choćbym chciał. Jest takie rosyjskie powiedzenie, pasujące tu jak ulał: „Naroszno nie pridumajesz” – „Nie do wymyślenia” w wolnym przekładzie. Nie szło mi też o to, by opatrzyć siebie metką z napisem „Ten, to miał ciekawe życie”. Ciekawe to miał Gagarin. Albo Richard Sorge. Owen Yeates.
Każdy, powtarzam: każdy ma do opowiedzenia masę podobnych „rodzynków”, rozłożonych w życiu jak w serniku. Tylko nie każdy zapamiętał, nie zbierał, nie spisał, bo nie uważał tego za ważne, albo zwyczajnie nie chciał, czy nie umiał. Ale dlatego jeden wuj przy stole sypie anegdotami z nogawki, a drugi smętnie sączy kompot, bo nie ma nic do opowiedzenia. Ja - kompotu nie lubię!
A wuj, sypiący dykteryjkami, może być znienawidzony przez resztę rodziny, jestem tego świadomy…
Aha, nie będę przytaczał żadnych nazwisk, nie wszystkim wyda się właściwe wciąganie ich w moje życiowe sprawy.
Aha-2. Będę przytaczał nazwiska ludzi, o których wiem, że mi wybaczą i których nazwiska przydadzą opowieściom dramatyzmu, wiarogodności, dowcipu, ikry, siurpryzy i czegoś wszystkiego. Gdybym napisał, że pewna pani pochwaliła mój styl jazdy na rowerze to by było… nieciekawe, ale gdybym napisał, że była to Maja Włoszczowska? Hę?
Aha-3. Chronologia na pewno nie będzie zachowana. Po co? I tak nie jestem pewien dat, no i piszę, co mi się przypomni. Numeracja wpisów może kiedyś/komuś/jakoś (mi?) pomóc w ułożeniu jako tako kalendarzowo, ale to sprawa na kiedyś potem.
6. Aktualnie się okładkami okładam...


Nie, żebym sam zaczął je robić, bo to by było wbijanie kolca ciupagi we własnego palucha (zgrabnie unikam „strzału w stopę”), tylko pomysł „Kolekcji ED” wolno bo wolno, ale się realizuje.
Obok macie już chyba siedem sztuk, a będzie więcej. Joanna Szlanga, należy gdzieś-kiedyś-jakoś o niej choćby wspomnieć, znakomicie zrealizowała mój pomysł, dość mętnie i niezręcznie wyłuszczony. No i dobrze. Trzeba umieć się właściwymi ludźmi okładać, no - otaczać. Temat okładki załatwia, jak napisałem Joanna Szlanga, doce i erteefy w MOBI i EPUB zamienia Waldek Chomicki, na stronie zamieszcza niezawodny Andre Szołtysik. Całej trójce należy się chwała i sława. Okładają towar już gotowy w jeszcze lepszą i zgrabną gotowość, co, mam nadzieję, i wam, Czytelnikom, się spodoba.
Powoli i nieuchronnie zmierzam do sedna niniejszej nowomowy: do okładki.
A było tak...
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


5. 1970 – Niech gra Muzyka!


Trudno dziś uwierzyć, że nie tak dawno mieliśmy czasy, w których na falach długich muzyka tak zwana młodzieżowa tliła się między szesnastą a osiemnastą. A i tak było w tym kawałku radia (Studio Rytm?) dużo NieTegoCzegoChcieliśmy – wiadomości, felietonów, nawoływań, pouczeń… Ale-ale-ale! (jak wcina się w moje mędzenie wnuczka Nina) Była też lista przebojów Studia Rytm! Uwierzycie, młodzi, że czekało się na nią cały tydzień???
A ja przywoziłem z ZSRR coraz to mocniejsze odbiorniki, począwszy od takich wielkości paczki Sportów, długie i średnie fale, potem większe, potem już tylko duże, wielkości biurowego segregatora, które się szybko psuły – przestawały trzymać kontakty w przełączniku fal, z czym radziłem sobie nie przełączając ich, albo zmieniały właściciela, kiedy zbliżały się kolejne wakacje i świtało widmo radioodbiornika typu „Ałmaz”, „Meridian”, „Spidoła” – ta ostatnia – najgłośniejsza, z wieloma krótkimi, które dawały możliwość – podobno – słuchania Radia Wolna Europa. Ja, przyznaję, nie słuchałem. W każdym razie – w Spidole był UKF, więc gdy pojawił się Program III byłem topowym posiadaczem. O którychś tam godzinach wynosiłem radio i ulica w centrum Bytomia, zamknięta dla ruchu kołowego, więc cała nasza, stawała się niemal cała moja.
Muzyka…
Był czas to taki, że Andrzej G. przysięgał całej grupie, że słyszał „…nowy kawałek bitelsów, coś o tym, że ty blada, ja blady…”. Przysięgam! Po czterech dniach (sic!) udało się ten przebój „złapać”, bladzizna prysła, ale kawałek, oczywiście, stał się hitem.
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


4. 1970 i ciąg dalszy w 1980
Biały Album (zdjęciem Albumu obraziłbym szacownych Czytelników, więc odpuszczam) ukazał się 22 listopada 1968, był pierwszym podwójnym albumem The Beatles i pierwszym, jaki dane mi było oglądać, a chwilę potem, gdy doszła do mnie kolejka, trzymać w ręku! Patrzyć, wąchać, ślinić się na teksty, do tego kolaż, kolorowe zdjęcia Chłopaków Z Liverpoolu. Było to możliwe cudem jakimś, bo dwa tygodnie po emisji płyty wuj kolegi z klasy przysłał mu ten skarb. No po prostu cud! Sądzę, że nawet dziennikarze muzyczni w Polsce jeszcze nie mieli tego skarbu w ręku. Alek, na swoje nieszczęście, nie miał gramofonu, inaczej jego królowanie w szkole byłoby bezapelacyjne i długie. A ja miałem gramofon. Tegoż roku przywiozłem z wakacji w ZSRR adapter monofoniczny „Mołodiożnyj”. Młodzieżowy czy nie, wyglądał kapitalnie, przy Bambino jak z innego wieku. I grał o niebo lepiej. Po trzech dniach oglądania, dotykania, wąchania albumu „na sucho”, Alek zdecydował się. Podszedł do mnie i zapytał:
- Gieniu, a on mi nie zrypie płyty?
Nie musiał precyzować pytania. Przecież wszyscy żyliśmy czekaniem na odegranie. Ja – szczególnie, bo kochałem ich szczególnie (omal nie pobiłem się ze Zbyszkiem D., który – dla szpanu – udawał, że woli Roling Stones), no i miałem ten adapter!
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


3. 1979
To wyjątkowy z kilku względów zapis w EDzienniczku… Po pierwsze, jest wyjątkowo dokładna data. 27 października 1979 roku. Taką datą sygnowany jest list. Po drugie, to mój jedyny list-odpowiedź na moje zapytanie. No i czy muszę dodawać, że list od samego Stanisława Lema to jest coś?
COŚ!
Napisawszy kilka opowiadań przypomniałem sobie, że któryś amerykański fachowiec (a jakiż inny byłby ceniony? rosyjski?) powiedział, że grafoman od twórcy różni się tym, że nie cierpi przy tworzeniu, że pisanie sprawia mu radość.
Cóż, miałem dwadzieścia siedem lat, wierzyłem jeszcze w wiele rzeczy, dopiero co przestałem wierzyć w Mikołaja i znajdowanie dzieci w kapuście, w amerykańskich fachowców wierzyłem bezkrytycznie.
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


2. 1986
O zaginionych maszynopisach. I cudownych ich odnalezieniach. Bursztynowa Komnata zaginęła i do dziś się nie odnalazła, Rosjanie musieli drugą wykonać (nie robi wrażenia, oj nie). Skradziono i nie zwrócono Wojciecha Gersona obrazu "Łokietek na Skałach Ojcowskich" ani „Ledy z łabędziem” Leonarda da Vinci czy „Zdjęcie z krzyża”, obraz Rubensa, to tylko pierwsze z brzegu polskie przykłady.
Jeszcze parę cennych, światowego formatu, dzieł zaginęło w pomroce i się nie odnalazły, a moje dzieła – tak!
Dotyczy to „Furtki do ogrodu wspomnień” i „Najważniejszego człowieka Wszechświata”. Nie piszę o tym by się chwalić, nie ma czym, to po prostu relacja.


1. 1984-85? albo wcześniej. Lub później.
To był dobry rok. Dopadło mnie jakieś honorarium. Chwilę potem drugie, odczułem to jako silny napór na moje ego, rozbuchanie go, ego. I jako wskazówka – powinienem pisać więcej, szybciej, sprzedawać się. Po iluś tam chwilach zastanowienia doszło do mnie, że istotnie przyspieszyć by mogła pisanie elektryczna maszyna! Bo ja ciągle na Łuczniku i na Łuczniku. A przecież już pojawiły się takie z buforami pamięci, chyba Maciej Parowski taką miał, albo miał do użytku w redakcji Fantastyki, nie pamiętam. Ale skromna i niepozorna myśl-pragnienie, gwałtownie zaczęła się rozrastać i gwałcić, napierać… Tak, uznałem. Szybko wymyślam, szybko myślę, szybko montuję fabułę, zatem co spowalnia proces twórczy? Przelew intryg na papier....



"Z biurka"

Wstęp.
Często na spotkaniach pada z sali, najczęściej nieśmiało zadane pytanie "A jak pan pisze?". I forma "pan" tępiona na konwentach, i sama treść określa pytającego: nieśmiały, mało bywający, piszący coś po cichu do szuflady. Może niekoniecznie, ale często.
Jak pamiętam sam miałem ochotę zadać takie pytanie komuś, ale nie było komu i nie było spotkań. Zazdrościłem Amerykanom, co to za kilkadziesiąt dolców mogą ukończyć korespondencyjny kurs pisania bestsellerów, albo zapisać się na odpowiednie seminarium na jednym z kilkudziesięciu uniwersytetów.
Pytanie to, ponieważ się powtarza, niewiele straciło na aktualności. Dlatego zaproponowałem na NORDCONIE 2000 zorganizowanie spotkań z obecnymi autorami w ramach działania o nazwie: "STAR WARS-tat Literacki". Co z tego wyszło nie wiem, to znaczy nie wiem, jaką z tego odnieśli korzyść uczestnicy, ale widziałem, że sporo ich było.
Pewnie dlatego zrodził się ciąg dalszy tego pomysłu - propozycja wprowadzenia w "warstat" mój własny.
Nie wiem, czy komuś to do czegoś się przyda. Nie jestem pewien, czy nie podkładam się swoim nieprzyjaciołom, i nie irytuję przyjaciół. Pewnie to pomysł głupi; te mi przychodzą do głowy z taką łatwością, że biorę je za dobrą monetę.
Oto protokół z opowiadania.
Macie KROK po KROKU - z wielki skokami i skrótami, rzecz jasna - ścieżkę postępowania w przypadku jednego konkretnego pomysłu. Obudziłem się z jednozdaniowym zaczątkiem anegdoty. To KROK 1. Po kilku tygodniach zaczęło się coś rysować. Tak powstały kolejny KROKI, które mają to powstawanie zilustrować. Aż do pełnego tekstu, który pewnie przed wysłaniem do redakcji ulegnie jeszcze pewnym szlifom, ale już jest niemal skończony. Powtarzam - to nie są wszystkie kroki, wejść do pliku było znacznie więcej, ale bywały takie, kiedy przeczytawszy urobek wychodziłem z tekstu, bywały takie, kiedy zmieniałem kilka literówek, i bywały te najefektywniejsze. Wszystko razem "cuzamen do kupy" miało podpowiedzieć Wam, początkujący autorzy, że nie da się napisać opowiadania jednym skokiem, raz a dobrze. Nie da się zrobić to na jednym oddechu, a jeśli nawet - to na pewno byłoby lepsze, gdyby się oddychało przy nim dłużej. Wiem, młodość, gorąca krew, pragnienie sławy i pieniędzy... Ale - oddychajcie. Jako redaktor Srebrnego Globu widzę, że czasem piszecie na bezdechu, co potwierdza Felix W. Kres w Fenixie.
Jeszcze kwestie techniczne - dobrze by było uruchomić ten "protokół" z funkcją (WORD) "pokaż zmiany", wtedy powinniście zobaczyć na czerwono, co zostało wyrzucone, na niebiesko - co wstawiłem. W kilku KROKACH przy okazji awarii systemu i zabaw z ekshumacją kompa ta funkcja - z nieznanych mi powodów - się nie ujawniła. Trudno. Na początku macie więc wszystkie trzewia na wierzchu, potem już trochę poupychane do powłok brzusznych. Ale jeśli ktoś chce wiedzieć jak pisze EuGeniusz Dębski to się przez te trudności przedrze. Dla nieuważnych: Jeśli ktoś chce wiedzieć, jak pisze EuGeniusz Dębski! Nie - jak się pisze. Tylko jak - dla bardzo nieuważnych - napisałem to opowiadanie ja, EuGeniusz Dębski.
Zostawiłem swoje prywatne notatki, na gorąco notowane pomysły i pomyśliki, myśli, dialożki i takie inne. Ja tak piszę - notatki, obróbka w głowie, klawiatura.
Mam nadzieję, że przeczytawszy nie będziecie mieli poczucia zmarnowanego czasu.
Kogo nie interesują detale warstatowe - klika w CAŁOŚĆ. O ile już jest na stronie. Przecież zanim wyłożę wszystko, spróbuję je sprzedać. Nawet zorientujecie się do jakiego pisma. Kto chce porównywać i sprawdzać (kiedy już będzie stronie CAŁOŚĆ) klikając w spis treści przeniesie się do odpowiednich kroków. To informacja dla niezaawansowanych w detale edytorskie.
          EuGeniusz Dębski

Krok 1. 2000-06-07.
Krok 2. 2000-09-17.
Krok 3. 2000-11-09.
Krok 4. 2000-11-11.
Krok 5. 2000-11-14.
Krok 6. 2000-11-16.
„Krucjata „Gwiezdnego Szamana” czyli zemsta Magów z Yara&rdquo

„Krucjata „Gwiezdnego Szamana” czyli zemsta Magów z Yara” rodziła się długo, tak długo, że zaczęły mnie trapić wątpliwości, co do celowości porodu w ogóle.

Zacząłem ją pisać w 1992 roku, z przerwami „pisałem” do 1997, kiedy to ostatecznie uznałem, że nie chce mi się, że nie dam rady, że nie trzeba… Zniechęcała mnie też ta okoliczność, że ciągle inne sprawy były ważniejsze, a to prawie dokończone książki, a to konieczne tłumaczenia, a każdy nawrót do „Krucjaty” wymagał przeczytania kilkudziesięciu, potem kilkuset stron, od nowa, wymagał zapoznania się z kilkudziesięcioma życiorysami postaci. Rozpędzałem się do pracy kilka tygodni, a potem wszystko się waliło, i trzeba było robić co innego, „Krucjatę” znowu odsuwałem i czekała sobie skromnie.

Potem nachodziła mnie myśl, że może TO jest dzieło życia, i wracałem do niej.

Aż w końcu definitywnie porzuciłem myśl o tek powieści na 8 lat. W 2005 roku wspomniałem o niej Fabrykantom, i zostałem silnie ponaglony do jej zakończenia. Akurat nie musiałem nic robić dla pilnego chleba, zapomniałem też o udręce kolejnego czytania dla zapoznania, o niemiłej rozpędówce. Usiadłem więc i dokończyłem.

Niedługo pojawi się w księgarniach.

Chciałem, i Wydawcy się do tego przyłączyli, żeby ta powieść miała odpowiednią oprawę graficzną, ponieważ są to tak naprawdę dwie powieści, to i skład książki ma być dwojaki, i ilustracje w dwu konwencjach, i inne takie tam. Oczywiście, nie mogło zabraknąć mapki. Podsunąłem pomysł wykonania jej Krzysztofowi Papierkowskiemu, który odważnie podjął się wyzwania, a potem wykazał się fantastyczną dociekliwością, cierpliwością i drobiazgowością, wynajdując w powieści masę nieścisłości geograficzno-czasowych, które umknęły mnie i redaktorowi. Oglądając ”rozpiskę” treści na elementy mapy uświadomiłem sobie, że ta powieść byłaby na pewno lepsza, gdybym podszedł do niej jak Krzysztof do mapy, ale mnie cierpliwości nie starczyło.

Żeby nie być gołosłownym załączam kilka tylko z kilkunastu, a może już kilkudziesięciu skanów pracy K.P. Tak czytał i kreślił mapę. W każdym razie i na pewno – „Krucjata” zyskała przez jego interwencje. Za co serdecznie dziękuję.

Dodałem też kilka własnych stron z „kartami postaci”, celowo zamazanych, żeby nie zdradzać treści. Są dowodem, że ja też podjąłem starania, żeby powieść nie była kupą kitu. Po kolejnym odłożeniu jej i kolejnym do niej powrocie usiadłem nad rocznikiem tygodnika „Kraj Rad” i wyciąłem z niego i czegoś tam jeszcze (to było podczas nudnych konsultacji, na które nie przyszedł ani pies a z kulawą nogą, ani żaden student, a roczniki pism leżały na strychu obok mojego gabinetu) fotografie ludzi, którzy od tej chwili mieli być postaciami z Krucjaty i z Wyprawy. Tak oto postacie nabawiły się twarzy, żebym ich nie pozapominał. Dlatego możecie zdziwić się, że są tam tak znane postacie, jak pewien francuski tenisista Thierry Henry (chyba), jak amerykańska aktorka z „Dynastii” (chyba), jak młody reżyser radziecki Tarkowski (chyba), i tak dalej.

Dołożyłem też, choć to już masochizm pewien jest, swoją „mapkę”, po którejś z recydyw zorientowałem się, że nie pamiętam krainy, w której ma się rozgrywać akcja. Podebrałem dzieciom flamastry i wykonałem… mapę… Przepraszam wszystkich kartografów świata!..

No, w każdym razie – jeśli ktoś myśli, że praca pisarza polega na… nie wiem… ale niech sobie popatrzy na krwawicę Krzysztofa i moją, i niech porzuci myśl o pisaniu, jeśli nie jest robotnym, pracowitym i cierpliwym człekiem.

Tyle mam do powiedzenia w sprawie „Krucjaty „Gwiezdnego Szamana”, czyli zemsty Magów z Yara”. Może kogoś to zainteresuje.

ED

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Kliknij to powiększysz

Reszta informacji z kart postaci utajniona dla dobra powieści :)
Krucjata "Gwiezdnego Szamana": Zemsta Magów z Yara" Fragment najnowszej - jeszcze niepublikowanej powieści
Kilimandżaro 2007

1 dzień - MACHAME CHECK POINT (1800 m) - MACHAME CAMP (2980 m) - nominalnie 8 h (wg GPS - 11 km, na pewno łże!)

„O jeden krok za daleko”...

Zaczęło się od ulewy, którą przetrwaliśmy w podjeżdżającym do bramy parku autobusie. I dobrze się stało, bo w przeciwnym razie tej ulewie startowalibyśmy i szli te swoje 10 godzin w mokrym odzieniu - założę się, że nikt nie był przygotowany na deszcz już na pierwszych metrach podboju. Niestety, coś za coś - wyszliśmy z autobusu suchą stopą, ale 2 km przed bramą i kilkaset metrów w pionie mając dodatkowo do przebycia. Nasz autobus nie dał rady wspiąć się pod Machame Gate.

No tośmy ruszyli... Najpierw powoli, jak żółw ociężale... Ja - zdobywając po drodze wiadomości o kijkach, dopasowywaniu plecaka i wielu jeszcze innych, podstawowych, a wcześniej mi nieznanych „mykach”. I tak nie dało się uniknąć wpadki - moja czołówka powędrowała w plecaku głównym do przodu, zaskakująco szybko zapadł w lesie deszczowym mrok, i mogłem iść tylko w plamie światła pozostawianej przez czołówkę Włodka Szczęsnego.

W sumie pokonaliśmy tego dnia ok. 20 km (moje obliczenia) w linii prostej i jakieś 1300 m w pionie... Obóz przyjąłem jak zbawienie, niemal już szykowałem się do aktu skruchy, żalu za grzechy, obietnicy poprawy... Pierwszy mój kryzys...


2 dzień - MACHAME CAMP - SHIRA CAMP (3840 m) - nominalnie 6,5 h (wg GPS - 4 km, ale chyba kłamie!)

„Euforia”...

Dość łatwo. Idziemy, idziemy i idziemy. Sucho i miło. Widoczki kontemplujemy. Zdjęcia robimy. Ciepło. Roślinność prezentuje się dobrze, oryginalnie i egzotycznie. W końcu - to najlepsza pora na wejście na Kilimanjaro! W połowie drogi zaskakująco nieprzyjemny i niespodziewany 40 minutowy atak gradu. Gradobicie kończy półtorej godziny ulewy. W jej trakcie kończy mi się ścieżka. Zastanawiam się przez chwilę, gdzie się podziała reszta. O, są: wspięli się już po - jak dla mnie - pionowej ścianie, na której kijki tylko przeszkadzają. Choć może i nie do końca - jak się spadnie w dół, jakieś 27 - 32 metry to ułatwią odnalezienie ciała między rudymi wielkopumeksowymi głazami. Tak to widzę. Ale udaje się. Kijki w zęby, zęby w ścianę, palce w szczeliny... Nie wiem, dlaczego nikt poza mną nie zapamiętał tego momentu. Mnie się robi zimno w żołądku nawet teraz, kiedy to piszę...

Oczywiście - nie mieścimy się w przewidzianych na ten dzień 6-7 godzinach. Konsekwentnie - o półtorej godziny dłużej. Obóz suchy, namioty stoją, przebieramy się w such... O, matko kochana! Widzę... widzę... Kilimandżaro... Oj...

Kto powiedział, że ja na nią wejdę?!.

Widok przewspaniały, onieśmielający i dający do myślenia... Szybko znika za kurtyną nie wiadomo skąd nadlatujących chmur...

Raczej mi się nie uda...


3 dzień - SHIRA CAMP - BARRANCO CAMP (3950 m) - nominalnie 7.5 h (po drodze: LAWA TOWER CAMP 4630), (wg GPS 9,7 km, czas: 09:32 -16:02)

„Motylem jestem!..”

Nie wiem dlaczego, ale tym razem, choć po drodze mijamy 4600 m, wszystko idzie gładko i miło. Krokomierz wykazuje, że zrobiłem 15.879 kroków. Zrobiłem je w 7 godzin, po raz pierwszy i - chyba ostatni - mieścimy się w przewidzianych limitach. Do obozu wchodzę pierwszy. Nikt, niestety, poza mną, tego nie odnotowuje... A i ja robię to tylko dla dzieci. I wnuków. Znaczy - odnotowuję...

Ten obóz różni się od innych tym, że nie wolno tu sikać do woli. Poza sanitariatem, który z wielkim trudem utrzymuje tę nazwę. Pewnie chodzi o to, że rzeka znosi wody gdzieś do Arushy czy Moshi. Trudno, jak nie to nie.


4 dzień - BARRANCO CAMP - KARANGA CAMP (3900 m) - nom. 3 h (wg GPS - 5,0 km, czas: 09:30 - 13:17)

„Gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska...”

Obym nigdy więcej nie spotkał na swojej drodze takich rzeczy! Breakfast... Tak powiedział Paul. Krótka czterdziestominutowa „hard road”, potem - luz-bluz-na duszy guz!

Po kwadrancie już wiedziałem, że spadać będę ok. 50 m. Po dwóch kwadransach przewidywany metraż zlotu - 120 m. Po godzinie - 230 m, i po czterdziestu minutach... Udało się, nie spadłem. Jakim cudem? Kijki to ratowały, to przeszkadzały, drżące łydki i sucho w gardle, oczy utkwione w ścianie, byle nie w dół! Byle nie w d... Gdzie patrzysz, durniu!..


5 dzień - KARANGA CAMP - BARAFU CAMP (4550 m) - nom. 4 h (wg GPS - 3,6 km, czas: 09:46 - 12:32)

„Day before...”

Rzeczywiście łatwy dzionek. Pogoda niewymuszona, trasa kamienista i pustynna, cztery godziny, 400 m różnicy poziomów... Zero skutków wysokości, ale już dech zapiera perspektywa dnia jutrzejszego. Mamy się napić do woli, czyli dużo, spakować, poprzebierać, przygotować... Nie pamiętam, żeby ktoś się chwalił drzemką... Szwendanie się po okolicach obozu, ale bez nadmiernego oddalania, bo i gdzie? Nasz główny organizator, chef i Gilbert zarazem - po raz drugi dał silnie w gaz, i usiłuje po pijaku dokonać rachunku krzywd. Kiedy nie znajduje nikogo chętnego do wysłuchania litanii rzuca „Fuck you!” do Olafa, dodaje, żeby nie było zmarnowane, to samo w suahili. Nie zapamiętałem, niestety... Pijaka udaje się ułożyć do snu. Pozostali krzątają się, krzątają i krzątają...


6 dzień - BARAFU CAMP - UHURU PEAK (5896 m) - nom. 6 h (wg GPS - 5,7km, czas: 23:45 - 06:28) plus zejście do BARAFU CAMP (wg GPS - 5,3 km, czas: 06:53 - 09:10; ja „szedłem” do 12.10), a potem BARAFU CAMP - MWEKA CAMP (wg GPS - 8,9 km, czas: 08:57 -12:23)

„Sąd ostateczny”

O 23-ej wyruszamy w dwu grupach, idę we wcześniejszej, słabszej jakoby. Przemierzamy cały obóz, śpiący jeszcze po części, rozbudzony też po części. Większość jeszcze nie wychodzi, szczyt ruchu to północ. Zaraz po wyjściu z obozu uderza w nas z prawej cholernie zimna żyleta wiatru i tnie aż do Stella Point, jeszcze nie wiem, że tak będzie cięło przez siedem godzin. Mam na sobie koszulkę termiczną, dwa polary i dobry gore-tex, dół ciała - zabezpieczony odpowiednio, na szczycie mnie ulokowane: kominiarka, czapka z nausznikami, kaptur kurtki... Wystają mi tylko rzęsy i one mi marzną. Oraz kijki, mogłem zrobić na szydełku jakieś ochraniacze na nie. Dobra, żarty na bok, ale jest zimno, przez cały czas wiatr odczuwam tak, jakbym w samym t-shircie opierał się o mur z lodu. Nie tragicznie, ale odczuwalnie nieprzyjemnie. Czasem dmucha tak, że zapieram się kijkami. Odpoczynki wykluczone, Paul tłumaczy, że ciało traci wtedy ciepło i energię, jeśli więc stajemy, to na minutę. Po jakimś czasie, nie bardzo pamiętam, jakim, dogania nas młodsza, lepsza, silniejsza grupa. Idziemy razem. Katarzyna, której chód dotąd mi odpowiadał, oraz widok na jej nogi i mocowanie ich do korpusu też, zaczyna iść krokiem „kameleona”: krok - sekunda na oddech - krok - sekunda na oddech... Usypia mnie i wpadam w jakiś rodzaj transu, chyba idę na autopilocie, w głowie pustka i pobieżna rejestracja okoliczności: zimno, idę, sekunda, z lewej światła Arushy, idę, zimno, z prawej światła... O, to chyba idziemy po jakimś garbie?.. Sekunda, krok...

Nagle widzę, że kolumna idzie po mojej lewej ręce, a ja zmierzam gdzieś samotnie, raczej jakby z zamiarem krótką drogą do Moshi? Do dziś nie wiem, czy zasnąłem, czy straciłem coś jak kawałek przytomności?.. Wracam szybko na trasę, analiza wydarzenia, wykonywana w umyśle i w rytmie kroków, bo temu rytmowi podporządkowane jest wszystko, pomaga trochę...

Kurde - śnieg!

Śniegi Kilimandżaro!? Jesteśmy na szczycie! Hurrrrrrrra, jesteśmy na szczy... Paul, kręci głową. Nie-e! Uhuru Peak, jest dalej. To tylko Stella Point. TYLKO?!! Co za bydlę z tego Paula, a my mu płacimy!

Idę, choć chcę mi się już tylko pluć (ciekawe, czy wielbłądy też plują z takiego rozczarowania życiem i otoczeniem?) i chętnie straciłbym przytomność, ale widzę, że chętnych dokoła jest wielu i nikt się mną nie przejmie. No to idę. Mam cichą nadzieję, i werbalizuję ją mało przyzwoicie, że to już, tuż-tuż.

Tak nie jest. To jest jeszcze chyba godzina marszu, światełka tych, co weszli przede mną, ciągle są wyżej ode mnie i dalej, i nie zbliżają się... Co za koszmar. Wlokę swoje półwieczne ciało, ono się jeszcze nie poddaje, no to i umysł nie chce być gorszy. Zbieramy się w garść, ja, ciało i mózg, i prujemy.

Nagle czuję... czuję, że mi albo płuca pękły, jak dziewiętnastowiecznemu gruźlikowi, albo dostałem nagle oddechu skądsiś... Nic, tylko Kili mi pomaga! No to nie mogę zawieść jej zaufania, pruję, idę, maszeruję, i nagle robi się jaśniej, choć jeszcze nie ma świtu.

I widzę te cholerne dwa słupki, i cztery krzywe rozmyślnie poprzeczki. „CONGRATULATIONS, YOU ARE NOW AT 5895 M AMSL”. Po łbie kręci mi się, że na mapce było 5896 m... To co, o metr się obsunęło?..

Poza mną jest tylko Paul, podskakuje, podśpiewuje... Ściąga mi czołówkę i chowa do kieszeni. Mojej. No fakt, po co mi - za horyzontem wstaje słońce. Widzimy go najwcześniej na całym afrykańskim kontynencie! Jest miło, jest pięknie, ale nie oszałamiająco. Jestem upiornie zmęczony, i dociera do mnie, po raz pierwszy w życiu, głęboki, najgłębszy sens Kaczmarkowego „pero-pero, bilans musi wyjść na zero!”... Jak się na coś weszło, to z tego czegoś trzeba zejść. I to nie do obozu na 4600, tylko do innego, na 3 tys. m!

Seria fotosów, dla siebie, dla mamy, dla sponsora...

Najchętniej teraz bym się obudził.

Ale nie ma spania, nie śpimy już dobę. Zaczynamy schodzenie. Jeszcze Paul pokazuje przez krater Leopard Point, jakieś 5550, pytałem go dzień wcześniej o to. Miałem wtedy kupę energii, nawet mogłem pytać. Teraz tylko kiwam „z wdzięcznością” głową i kieruję się na piargi, którymi przez 6 godzin będę schodził do obozu. Pełne słońce, w apogeum - dwadzieścia kilka stopni Celsjusza (a my w polarach i polarach!), piasek i gruz, i żwir, i widok na obóz, który się nie zbliża, a wiem, że jak się zbliży to na chwilę, bo po lunchu trzeba będzie iść, iść i iść... I tak się stało. Spałem 40 minut, szesnaście razy za mało, chociaż tydzień temu wydawało mi się, że po zdobyciu szczytu, o ile do tego dojdzie, nie będę spał z radości przez miesiąc. Po drzemce coś tam jemy, nie pamiętam, pewnie tę samą zupę: woda, mąka i jakiś smak z puszki?.. I zaczynamy schodzić. Najpierw idzie dobrze, potem - rozpacz. Łydki sztywnieją i grabieją, kolana grabieją i sztywnieją, kijki wypadają z ręki. Chce się pić, i siedzieć w nieskończoność.

Obóz! Piwo w kiosku! Ale nie, nie nasz to obóz, to taka przychodnia, tu nocują tylko ci, co po nich śmigłowce. I sępy...

My - niżej.

Docieramy. Przecież inaczej nie byłoby tej subiektywnej, ale szczerej, relacji. Docieramy. Kupuję od razu dwa piwa, wiem, że schudłem, i to mnie cieszy, i wiem, że piwo mi nie pomaga w zrzucaniu wagi, ale dziś mi się należy. Ciekawe, dlaczego nie pamiętam ile kosztowało: dolara czy dwa za butelkę?


7 dzień - MWEKA CAMP - MWEKA GATE 1600 m nom. 4-5 h (wg GPS - 8,9 km, czas: 08:57- 12:23)

„Święto, święto, i po święcie...”

Rano miła uroczystość wręczenia „tipów”. Są obecni wszyscy Harry Potters... Informacja, że napiwek wynosi po 30 USD na łeb wywołuje u potterów słaby bardzo „entuzjazmiks”. Po naradzie dorzucamy (Polacy nie lubią, jak się ich nie lubi!) po 5 USD i to już wywołuje oklaski. Fajnie, wszyscy mają swoje małe święto.

Zejście to już tylko męcząca formalność. Przyroda wraca do łask, wchodzimy w krzewy, drzewa, wysokie drzewa. Zaczynają koncertować ptaki (albo włączają aparaturę Dolby), pojawiają się małpy, wyprzedzają nas Ukraińcy - ci chyba nie byli na szczycie, coś za bardzo radośni... Gdy docieramy do bramy, gdzie przewodnik idzie pobierać dla nas certyfikaty, przypuszczenie potwierdza się: nie widzę, by mieli dostać dyplomy zdobycia.

Wreszcie ludzki sanitariat, pardon - nazwałbym go nawet WC! Kafelki i woda, omal się nie napiłem z kranu. Ale lustro - szok! Czerep spalony, łuszczy się nos, konchy uszu i dłonie... Widzę twarz twardziela, który wziął pod but Kilimandżaro! Przepraszam, nie miało być tak butnie, ale nie wytrzymałem. Przecież wcześniej w całym swoim życiu zdobyłem Śnieżkę (11 lat temu), dwa razy Ślężę (raz 7 lat temu, i raz trzy miesiące temu, już w ramach „przygotowań”) i raz Chełmiec. I teraz Kili łaskawie dało mi popalić, i dało mi się zdobyć... Przypominam sobie, że na szczycie nie byłem taki butny, hm, nawet może by ktoś zobaczył łezkę?.. Na szczęście byłem tam pierwszy, nikt nie widział, może jakiś Japończyk, ale on z trudem chwytał atomy tlenu i łykał je jak drażetki z tranem...

Tak czy owak - mam certyfikat...

Dobrze by było jeszcze wiedzieć, czy to jakoś zmieni moje życie?

Jak?

I czy musi?

Chyba jednak nie. Ale było - „bajońsko”!

EuGeniusz Dębski

1. Galeria Fotek z wyprawy



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja