Eugeniusz Dębski - www.eugeniuszdebski.pl
Aktualizacja: 20.06.2017
Od E do D

czyli moje fantastyczne życie

Na pewno, nie mam co do tego wątpliwości, niektóre daty są pomylone albo co najmniej niepewne. Z pewnością wiele osób, poza tym, że istnieją czy istniały, zapamiętało to samo co i ja, ale inaczej, i być może to one mają rację. Mam też głębokie przekonanie, że wiele sytuacji innym umknęły albo jako nieistotne, nieśmieszne i błahe i głupie – zatarły się w ich pamięci. Powtarzam więc - co do dat i nazwisk pewności nie mam, zwłaszcza jeśli chodzi o daty, bo nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać na przykład, kiedy broniłem matury (może to jednak w dalszej części wspominek zrobię, nie omieszkam się pochwalić!). Ale żadna z przytoczonych sytuacji nie jest wymyślona, zmyślona, choć o zawodową konfabulację oskarża się mnie wielokrotnie. Powód jest dwojako prosty: skoro to mają być jakieś tam wspomnienia, to niechże będą, i drugi: nie wymyśliłbym tego, choćbym chciał. Jest takie rosyjskie powiedzenie, pasujące tu jak ulał: „Naroszno nie pridumajesz” – „Nie do wymyślenia” w wolnym przekładzie. Nie szło mi też o to, by opatrzyć siebie metką z napisem „Ten, to miał ciekawe życie”. Ciekawe to miał Gagarin. Albo Richard Sorge. Owen Yeates.

Każdy, powtarzam: każdy ma do opowiedzenia masę podobnych „rodzynków”, rozłożonych w życiu jak w serniku. Tylko nie każdy zapamiętał, nie zbierał, nie spisał, bo nie uważał tego za ważne, albo zwyczajnie nie chciał, czy nie umiał. Ale dlatego jeden wuj przy stole sypie anegdotami z nogawki, a drugi smętnie sączy kompot, bo nie ma nic do opowiedzenia. Ja - kompotu nie lubię!

A wuj, sypiący dykteryjkami, może być znienawidzony przez resztę rodziny, jestem tego świadomy…

Aha, nie będę przytaczał żadnych nazwisk, nie wszystkim wyda się właściwe wciąganie ich w moje życiowe sprawy.

Aha-2. Będę przytaczał nazwiska ludzi, o których wiem, że mi wybaczą i których nazwiska przydadzą opowieściom dramatyzmu, wiarogodności, dowcipu, ikry, siurpryzy i czegoś wszystkiego. Gdybym napisał, że pewna pani pochwaliła mój styl jazdy na rowerze to by było… nieciekawe, ale gdybym napisał, że była to Maja Włoszczowska? Hę?

Aha-3. Chronologia na pewno nie będzie zachowana. Po co? I tak nie jestem pewien dat, no i piszę, co mi się przypomni. Numeracja wpisów może kiedyś/komuś/jakoś (mi?) pomóc w ułożeniu jako tako kalendarzowo, ale to sprawa na kiedyś potem.

6. Aktualnie się okładkami okładam...


Nie, żebym sam zaczął je robić, bo to by było wbijanie kolca ciupagi we własnego palucha (zgrabnie unikam „strzału w stopę”), tylko pomysł „Kolekcji ED” wolno bo wolno, ale się realizuje.
Obok macie już chyba siedem sztuk, a będzie więcej. Joanna Szlanga, należy gdzieś-kiedyś-jakoś o niej choćby wspomnieć, znakomicie zrealizowała mój pomysł, dość mętnie i niezręcznie wyłuszczony. No i dobrze. Trzeba umieć się właściwymi ludźmi okładać, no - otaczać. Temat okładki załatwia, jak napisałem Joanna Szlanga, doce i erteefy w MOBI i EPUB zamienia Waldek Chomicki, na stronie zamieszcza niezawodny Andre Szołtysik. Całej trójce należy się chwała i sława. Okładają towar już gotowy w jeszcze lepszą i zgrabną gotowość, co, mam nadzieję, i wam, Czytelnikom, się spodoba.
Powoli i nieuchronnie zmierzam do sedna niniejszej nowomowy: do okładki.
A było tak...
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


5. 1970 – Niech gra Muzyka!


Trudno dziś uwierzyć, że nie tak dawno mieliśmy czasy, w których na falach długich muzyka tak zwana młodzieżowa tliła się między szesnastą a osiemnastą. A i tak było w tym kawałku radia (Studio Rytm?) dużo NieTegoCzegoChcieliśmy – wiadomości, felietonów, nawoływań, pouczeń… Ale-ale-ale! (jak wcina się w moje mędzenie wnuczka Nina) Była też lista przebojów Studia Rytm! Uwierzycie, młodzi, że czekało się na nią cały tydzień???
A ja przywoziłem z ZSRR coraz to mocniejsze odbiorniki, począwszy od takich wielkości paczki Sportów, długie i średnie fale, potem większe, potem już tylko duże, wielkości biurowego segregatora, które się szybko psuły – przestawały trzymać kontakty w przełączniku fal, z czym radziłem sobie nie przełączając ich, albo zmieniały właściciela, kiedy zbliżały się kolejne wakacje i świtało widmo radioodbiornika typu „Ałmaz”, „Meridian”, „Spidoła” – ta ostatnia – najgłośniejsza, z wieloma krótkimi, które dawały możliwość – podobno – słuchania Radia Wolna Europa. Ja, przyznaję, nie słuchałem. W każdym razie – w Spidole był UKF, więc gdy pojawił się Program III byłem topowym posiadaczem. O którychś tam godzinach wynosiłem radio i ulica w centrum Bytomia, zamknięta dla ruchu kołowego, więc cała nasza, stawała się niemal cała moja.
Muzyka…
Był czas to taki, że Andrzej G. przysięgał całej grupie, że słyszał „…nowy kawałek bitelsów, coś o tym, że ty blada, ja blady…”. Przysięgam! Po czterech dniach (sic!) udało się ten przebój „złapać”, bladzizna prysła, ale kawałek, oczywiście, stał się hitem.
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


4. 1970 i ciąg dalszy w 1980
Biały Album (zdjęciem Albumu obraziłbym szacownych Czytelników, więc odpuszczam) ukazał się 22 listopada 1968, był pierwszym podwójnym albumem The Beatles i pierwszym, jaki dane mi było oglądać, a chwilę potem, gdy doszła do mnie kolejka, trzymać w ręku! Patrzyć, wąchać, ślinić się na teksty, do tego kolaż, kolorowe zdjęcia Chłopaków Z Liverpoolu. Było to możliwe cudem jakimś, bo dwa tygodnie po emisji płyty wuj kolegi z klasy przysłał mu ten skarb. No po prostu cud! Sądzę, że nawet dziennikarze muzyczni w Polsce jeszcze nie mieli tego skarbu w ręku. Alek, na swoje nieszczęście, nie miał gramofonu, inaczej jego królowanie w szkole byłoby bezapelacyjne i długie. A ja miałem gramofon. Tegoż roku przywiozłem z wakacji w ZSRR adapter monofoniczny „Mołodiożnyj”. Młodzieżowy czy nie, wyglądał kapitalnie, przy Bambino jak z innego wieku. I grał o niebo lepiej. Po trzech dniach oglądania, dotykania, wąchania albumu „na sucho”, Alek zdecydował się. Podszedł do mnie i zapytał:
- Gieniu, a on mi nie zrypie płyty?
Nie musiał precyzować pytania. Przecież wszyscy żyliśmy czekaniem na odegranie. Ja – szczególnie, bo kochałem ich szczególnie (omal nie pobiłem się ze Zbyszkiem D., który – dla szpanu – udawał, że woli Roling Stones), no i miałem ten adapter!
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


3. 1979
To wyjątkowy z kilku względów zapis w EDzienniczku… Po pierwsze, jest wyjątkowo dokładna data. 27 października 1979 roku. Taką datą sygnowany jest list. Po drugie, to mój jedyny list-odpowiedź na moje zapytanie. No i czy muszę dodawać, że list od samego Stanisława Lema to jest coś?
COŚ!
Napisawszy kilka opowiadań przypomniałem sobie, że któryś amerykański fachowiec (a jakiż inny byłby ceniony? rosyjski?) powiedział, że grafoman od twórcy różni się tym, że nie cierpi przy tworzeniu, że pisanie sprawia mu radość.
Cóż, miałem dwadzieścia siedem lat, wierzyłem jeszcze w wiele rzeczy, dopiero co przestałem wierzyć w Mikołaja i znajdowanie dzieci w kapuście, w amerykańskich fachowców wierzyłem bezkrytycznie.
">>>>>>>>CIĄG DALSZY >>>>>>>>".


2. 1986
O zaginionych maszynopisach. I cudownych ich odnalezieniach. Bursztynowa Komnata zaginęła i do dziś się nie odnalazła, Rosjanie musieli drugą wykonać (nie robi wrażenia, oj nie). Skradziono i nie zwrócono Wojciecha Gersona obrazu "Łokietek na Skałach Ojcowskich" ani „Ledy z łabędziem” Leonarda da Vinci czy „Zdjęcie z krzyża”, obraz Rubensa, to tylko pierwsze z brzegu polskie przykłady.
Jeszcze parę cennych, światowego formatu, dzieł zaginęło w pomroce i się nie odnalazły, a moje dzieła – tak!
Dotyczy to „Furtki do ogrodu wspomnień” i „Najważniejszego człowieka Wszechświata”. Nie piszę o tym by się chwalić, nie ma czym, to po prostu relacja.


1. 1984-85? albo wcześniej. Lub później.
To był dobry rok. Dopadło mnie jakieś honorarium. Chwilę potem drugie, odczułem to jako silny napór na moje ego, rozbuchanie go, ego. I jako wskazówka – powinienem pisać więcej, szybciej, sprzedawać się. Po iluś tam chwilach zastanowienia doszło do mnie, że istotnie przyspieszyć by mogła pisanie elektryczna maszyna! Bo ja ciągle na Łuczniku i na Łuczniku. A przecież już pojawiły się takie z buforami pamięci, chyba Maciej Parowski taką miał, albo miał do użytku w redakcji Fantastyki, nie pamiętam. Ale skromna i niepozorna myśl-pragnienie, gwałtownie zaczęła się rozrastać i gwałcić, napierać… Tak, uznałem. Szybko wymyślam, szybko myślę, szybko montuję fabułę, zatem co spowalnia proces twórczy? Przelew intryg na papier....



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja