Eugeniusz Dębski - www.eugeniuszdebski.pl
Aktualizacja: 20.06.2017
2. 1986


O zaginionych maszynopisach. I cudownych ich odnalezieniach. Bursztynowa Komnata zaginęła i do dziś się nie odnalazła, Rosjanie musieli drugą wykonać (nie robi wrażenia, oj nie). Skradziono i nie zwrócono Wojciecha Gersona obrazu "Łokietek na Skałach Ojcowskich" ani „Ledy z łabędziem” Leonarda da Vinci czy „Zdjęcie z krzyża”, obraz Rubensa, to tylko pierwsze z brzegu polskie przykłady.
Jeszcze parę cennych, światowego formatu, dzieł zaginęło w pomroce i się nie odnalazły, a moje dzieła – tak!
Dotyczy to „Furtki do ogrodu wspomnień” i „Najważniejszego człowieka Wszechświata”. Nie piszę o tym by się chwalić, nie ma czym, to po prostu relacja.
Ale zacząć należy od Szkoły Oficerów Rezerwy. Trafiłem do niej kilka miesięcy po zakończeniu studiów, nie umiałem, nie miałem możliwości i – może? – trochę nie chciałem się migać. W każdym razie trafiłem, już na własne życzenie do Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, piechota. Każdy facet, który ma pojęcie o wojsku z natury, że tak powiem, a nie z czytania magazynów o militariach, wie, że piechota, to największe szambo. Przesadzona dyscyplina, tupanie kilometrami, kałachy, hełmy, marne buty, maski gazowe… Najważniejsze w takiej piechocie? Defilowanie i oddawanie honorów. A co ma żołnierz w butach? W butach żołnierz ma długo chodzić! Słowem – zabawa jak cholera!
A przecież mogłem iść do Łodzi, gdzie kadeci-filolodzy mieszkali w hoteliku, w dwuosobowych pokojach, po pracy w jednostce przebierali się w cywilne szmaty i szli na miasto, ale nie, ja chciałem być blisko żony. No i byłem. Kto był w piechocie wie, jakim idiotą byłem. Wyciąłem sobie najgorszy numer w życiu, szkoła piechoty to dno, po którym się ładnie maszeruje, tylko. A – powtórzę, żeby nie umknęło z pamięci nikomu - najważniejsza rzecz, to żeby-się-kurwa-ładnie-salutowało. Czasem po cztery razy, jeśli napotkany kadet ze stopniem kaprala tak chciał. Dobra. Jakoś tam było, na szczęście minęło. Ale musiałem w tej szkole mieć niezłą przeciętną, żeby móc wychodzić na jakieś przepustki, a chciałem wychodzić, bo żona! No to się uczyłem, żeby mieć przeciętną powyżej 4,2, albowiem taka przeciętna uprawniała do przepustek, kto miał gorszą siedział w koszarach i „się uczył”. Ale pewnej nocy obudziłem się z myślą, że nabijam mózg kompletnie mi niepotrzebnymi przecież danymi, no bo co – zasięg bombowca? ładowność magazynka? grubość pancerza? skład batalionu czołgów RFN czy USA? Poszedłem do palarni, czyli miejsca przy kiblu, wypaliłem dwa i postanowiłem, że będę się uczył, do egzaminów i zaliczeń, ale też będę pracował nad szybkim zapominaniem i zwalnianiem miejsca w pamięci na inne ważne rzeczy. I - o dziwo! – tak się stało. Dostawałem z budowy granatu piątkę, a następnego dnia już nie pamiętałem, który jest obronny a który zaczepny. I tak dalej. Cały rok tak pracowałem. Ale – coś za coś… Niestety, po wyjściu do cywila okazało się, że dość solidnie uszkodziłem sobie pamięć, bo mój mózg zaczął uważać niemal wszystko za bezwartościowe i wywalał takie coś zbędne po kilku dniach, godzinach z pamięci. Nie wiem, czy taka jednostka chorobowa istnieje, a Oliver Sacks ucieszyłby się na mój widok. W każdym razie – żeby coś zapamiętać, musiałem pamiętać, żeby to coś „na siłę” zostawić w baniaku. Niestety, zdarzało się często, że zapominałem przymusić się do zapamiętania. Zacząłem słynąć z roztargnienia, zapominalstwa i tak dalej. Ale ponieważ rzadko o tym pamiętałem, to nie przejmowałem się zbytnio.
Minęło kilka lat…
Napisałem kolejny tom przygód Owena Yeatesa. Przyznam się, po raz pierwszy publicznie, że w treści sprytnie ulokowałem i zamaskowałem moją własną i osobistą love story z czasów Liceum Ogólnokształcącego nr IV im. Sikorskiego. Taka mała zemsta na MO.
Zaniosłem powieść do wydawnictwa, wyraziło mocne zainteresowanie. Przepełniony radością oddałem kopię maszynopisu – tak, maszynopisu! – komuś tam, i – zgodnie z moimi prywatnymi wytycznymi z Ludowego Wojska Polskiego – zapomniałem o tym. Tymczasem w wydawnictwie doszło do katastrofy – nagle i nieodwracalnie zmarł sekretarz redakcji. No, pogrzeb, kwiaty… Po dwóch tygodniach zachodzę do firmy, pytam nieśmiało o swoją książkę, pracownicy robią dziwne miny. Szukają umowy, umowy nie ma… Czekam dwa następne tygodnie, odwiedzam oficynę. Miny równie dziwne, umowy nadal nie ma. Rozkładanie rąk. Po kolejnych dwu tygodniach, kiedy ponownie wymieniliśmy wzruszenia ramion i uniesienia brwi i wychodziłem z redakcji dogoniła mnie na schodach sekretarka i w sekrecie zdradziła, że świętej pamięci sekretarz redakcji miał na mieście kobitę, u niej często sobie czytał rzeczy do zrobienia. I zdradziła jeszcze, że w redakcji robią głupie miny, bo mojego maszynopisu nie ma, w domu redaktora nieboszczyka nie ma, więc… Zaginął?!.
Podała mi adres tej pani, zdobyłem się na odwagę, poszedłem, gdy otworzyła drzwi rzeczona pani zacząłem szeptem i mętnie tłumaczyć o co mi chodzi, wsłuchawszy się w moje słowa omal mnie w tym progu nie pobiła, potem, po długim lamencie, przyznała, że znała Janusza, że zostało po nim kilka teczek…
Pokazała je. Mojej powieści w nich nie było.
Z jednej strony – dramat. Już nie pamiętałem (co za skuteczność metody zapominania, hę?), że gdzieś jest kopia, albo – jeśli pamiętałem – to nie mogłem jej zlokalizować. Nie zostało mi nic innego, jak napisać to jeszcze raz. Ale wolałem pisać nowsze powieści, tę zostawiłem sobie na kiedyś. I w końcu kompletnie o niej zapomniałem.
Minęło kolejnych kilka lat, odbywam gdzieś spotkanie autorskie, coś tam opowiadam, wyjaśniam, przepowiadam, nagle z sali pada pytanie o kolejne powieści z Owenem i otwiera się jakaś klapa w mózgu: przecież jedną jeszcze mam! W głowie, co prawda, ale mam. Opowiadam więc jak to było: napisałem, złożyłem, umarł, zgubił, trzeba będzie pisać na nowo. A tu nagle z tylnego rzędu niejaki i znany dobrze w Fandomie Champion (nie pamiętam który, bo jest ich dwóch, a ja – jak już wiecie – z pamięcią mam na pieńku) rzuca niedbale:
- Ja mam tę kopię „Furtki”!
Dostał brawa, a ja swoją kopię. Co prawda marną, bo kopia maszynopisu zawsze była marna, kto ma siłę walić w klawisze z siłą kilkunastu kilo, przy tym smakując słowa i śledząc kluczącą fabułę? Ale marna lepsza niż żadna, nie musiałem już pisać tej powieści od początku, wystarczyło dać do przepisania…
A z tym – dygresja – była inna historia. W tym czasie redagowałem pod wodzą Andrzeja Ziemiańskiego internetowy miesięcznik „Fahrenheit”, ogłosiłem w nim, że kto chce pomóc, może dostać kilka stron do przepisania. I wyobraźcie sobie, że zgłosiło się tak wielu chętnych, że po dwóch godzinach nie było już porcji do wysłania. Rekordzista dystansu znajdował się w Berlinie, a mistrzyni objętości zawładnęła trzema porcjami. Ludzie ci, którym do dziś jestem mocno wdzięczny, spisali się na medal, po kilku dniach pozbierałem „porcje”, skleiłem i miałem ładnie przepisaną „Furtkę”! Jeden z przepisujących przysłał nawet dwa warianty: przepisany i przepisany twórczo, z redakcją. Oczywiście wziąłem ten drugi.
OK. Kończę dygresję.
Odzyskałem i opublikowałem potem „Furtkę do ogrodu wspomnień”.
Z drugim zaginionym maszynopisem nie było tak ciekawie, ale okres czasu od zaginięcia do odnalezienia był jeszcze dłuższy. Przy okazji – pamiętacie słynne zdanie Wolanda: „Rękopisy nie płoną!”? Pamiętacie, na pewno. Tak sobie pomyślałem kiedyś, że te moje peregrynacje z maszynopisami kapitalnie dowodzą słuszności tezy Czarta, Diabła, Szatana z „Mistrza i Małgorzaty”. Zaginęły, bezpowrotnie, i to tak, że o jednym kompletnie nie pamiętałem, i proszę – nagle są!
Wracając do głównego nurtu opowieści: napisałem gdzieś w 1983, w każdym razie przed oficjalnym debiutem, nowelę „Najważniejszy człowiek Wszechświata”. Zabrałem się do redakcji i nagle uzmysłowiłem sobie, że dobrze by było dopisać do niej ciąg dalszy. Z odpowiedziami na pytania, które padły w „NCW”. Dlatego nie puściłem noweli do wydawcy, tylko odłożyłem do uzupełnienia. Potem, jak często bywało, dałem go do biblioteki klubu „Szedar”, żeby chętni sobie poczytali. I..
I, jak się domyślacie, zapomniałem o „NCW” kompletnie, nieodwołalnie i na śmierć. Dopiero po dwudziestu kilku latach, czujecie to? Po dwu-dzies-tu-kil-ku latach wspomniał o ten noweli szef, założyciel i spiritus movens biblioteki . Zdziwiony lekko i zasromany, odebrałem od niego zszyty maszynopis, jeszcze gorszej niż „Furtka do ogrodu wspomnień” jakości, rozszyłem, zeskanowałem, poddałem obróbce OCR-em i… niewiele to dało: niedoczyty, kiksy, plamy, żuczki… Mniej więcej rok trwało poprawienie jakichś dwudziestu stron, w końcu kram ów wylądował u właściciela wydawnictwa Piaskun, który oświadczył że wyczyści tę stajnię Augeniusza, i chętnie przy tym. Kłamał z przekonaniem i wdziękiem, co spowodowało, że mu uwierzyłem i przekazałem ten nieosmalony nawet rękopis do obróbki. Niedługo powinien ujrzeć światło dzienne. Prawie trzydzieści lat… co ja gadam! – czterdzieści z hakiem lat po powstaniu!
O matko, jaki ja stary jestem?!



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja