Aktualizacja: 12.05.2019
"Władcy nocy, złodzieje snów"
fragment najnowszej powieści
Zamieszczony na www.srebrnyglob.pl

Kliknij aby powiększyć
     "Mamy porywaczy..."
    
     Obudziła mnie Pyma. Wyrwany ze snu nerwowo chwyciłem podsuwaną mi słuchawkę i palnąłem się nią w głowę. Dopiero wtedy do końca opuściłem krainę sennych marzeń.
     - Tak?!
     - Owen, ubieraj się i czekajcie z Nickiem na samochód. Mamy porywaczy, z tym, że nie trzeba się przesadnie śpieszyć - nie żyją.
     - Dobra. Tfu, nie o to mi szło... Nieważne...
     Odłożyłem słuchawkę. Pyma spokojnie wysłuchała jeszcze krótszej wersji tej wiadomości. Wysunąłem się spod kołdry i pognałem do łazienki. Siedem minut później byłem w hallu, po chwili dołączył do mnie zaspany Nick. Zeszliśmy do garażu. Dwa identyczne, z jednakowymi tablicami Fordy czekały na nas. Wsiedliśmy do jednego, szyby straciły przejrzystość, wyjechaliśmy. Za bramą my skręciliśmy w lewo, drugi Ford w prawo. Procedura dowozu nas do rezydencji była opracowana w najdrobniejszych szczegółach i imponowała wykonaniem. Ciągle jeszcze byłem pod wrażeniem akcji, gdy po odzyskaniu chłopaków przewożono nas tu, do utajnionej rezydencji: w tunelu Edisona zajechał nam drogę autobus, z tyłu i z boków zasłoniły widoczność dwie ciężarówki, my gwałtownie skręciliśmy w techniczny korytarz, a chwilę wcześniej wyprysnęła stamtąd identyczna jak nasza limuzyna. Jeśli ktoś nas śledził to musiał pojechać za nią. Nie wiem dokąd go zaprowadziła. Teraz - dwa Fordy. Ciekawe, czy istnieje procedura jeszcze wyższego utajnienia? Pewn
    ie prezydenta ukrywaliby staranniej. Chociaż Douglas powiedział co innego.
     - Wiesz może coś więcej? - spytał mnie Nick.
     - Ktoś wymiata świadków.
     - To głupie.
     - Wiem, ale nie ja to robię.
     Zastanawiająca jest wiara przestępców w możliwość przerwania zbrodnią łańcuszka zbrodni, w takie trupami zamazywanie tropów. A przecież zamordowanie mordercy powoduje tylko tyle, że zainteresowanie tropiących przenosi się na kolejny obiekt, i nigdy się nie urywa. A każde zabójstwo daje coraz więcej materiału, do porównania, analizy, wyszukiwania. Na szczęście przestępcy nie są tak cwani jak ja.
     Jechaliśmy godzinę. Z jedną przesiadką. Potem wjechaliśmy do jakiegoś piętrowego garażu, tak przynajmniej sądziłem po tym, jak przyciskało nas do prawego boku salonu. Z jego dachu zabrał nas młynek z napisem "Federalne Biuro Energetyki". Teraz już pędziliśmy całą mocą turbin. Mimo podniecenia z powodu uchwycenia końcóweczki tropu monotonne burczenie silnika i świst śmigieł rotora wywołały u mnie paradoksalną senność i zasnąłem.
     Dopiero nad celem podróży Nick trącił mnie w ramię.
     - Żeby cię, Owen - powiedział z zazdrością w głosie. - Łykasz coś, czy jak? Mnie się oczy kleją, a nie zmrużyłem oka - poskarżył się.
     - Bo ty jesteś w pracy... U-uech!.. - przeciągnąłem się. - Gdzie jesteśmy?
     - W mojej pracy! - warknął i poszedł do WC.
     Na horyzoncie widniały nocne światła jakiegoś miasta, pod nogami mieliśmy autostradę z nielicznymi światłami przemierzających ją samochodów. Kilka oświetlonych jak choinki trucków, motel. O, to tam najwyraźniej się kierowaliśmy. Nieco na uboczu błysnęły dwukrotnie światła jakiegoś wozu, wydarły z ciemności połać ziemi, kilka krzewów z demonicznymi w tych błyskach cieniami. W tę rozświetloną przestrzeń skierował pilot śmigłowiec. Opadliśmy miękko, fachowo, jak na bezę z kremem, gdyby nie zmieniający się wizg turbin sądziłbym, że jeszcze wisimy w powietrzu.
     Wyskoczyliśmy.
     - Dzień dobry! - krzyknął ktoś. - Proszę za mną!
     Przemknęliśmy skuleni pod tarczą z wirujących coraz wolniej śmigieł, potem zwolniliśmy. Do motelu "Pyiruba" dotarliśmy po dwóch minutach w kompletnej już ciszy. Przewodnik sunął przodem, nie odzywał się i nie pokazywał twarzy. Podprowadził nas pod jeden z pokoi, jeden z grupy jasno oświetlonych i gestem zaprosił do wnętrza. Sam został na zewnątrz, zasilił szeregi tych obudzonych, którzy koniecznie musieli dowiedzieć się, co wyrwało ich ze snu.
     W pierwszym pokoju nie było żadnych śladów przestępstwa, prócz siedzącego w fotelu znudzonego miejscowego szeryfa. W progu sypialni stał Sarkissian i od razu pomachał na nas ręką. Weszliśmy do sypialni.
     - O J-jez-zu... - jęknął Nick.
     Ja milczałem, bo mogłem tylko dołączyć do niego.
     Cały pokój schlastany był krwią. Było jej tak dużo na ścianach i suficie, że wydawało się, iż właśnie na podłodze jest jej najmniej. To, oczywiście, było złudzenie. Ale dość wyraziste. Po obu stronach podwójnego łóżka, na podłodze, w miejscu, gdzie zazwyczaj stały szafki z lampkami, telefonami i bibliami w szufladach, usadowiono ciała, kobieta i mężczyzna. Kobieta miała odciętą i ustawioną na udach głowę, splecione dłonie morderca ułożył na czubku jej głowy, wyglądała jakby trzymała ją, by nie uleciała. Makabryczny dowcip. Długie włosy unurzane były we krwi, potem rozczesane i gładko poukładane na bokach ud i podłodze. Chyba nie była brzydka za życia, ale trudno było w tej chwili ocenić rysy jej twarzy, skoro zalana było zaschniętą już krwią. Równie trudno było oszacować jej wiek, ale nie było stara, na pewno młodsza ode mnie. Przesunąłem się w bok i przyjrzałem się mężczyźnie. Jakiś agent robił skan jego twarzy, słysząc, że się zbliżam oderwał na sekundę od zajęcia i szepnął:
     - Za chwilę usunę krew, można będzie im się przyjrzeć... inaczej.
     Skinąłem głową. Stanąłem z boku. Ta ofiara miała głowę na miejscu. Na głowie ktoś ułożył wyciętą z rozpłatanego brzucha wątrobę. Ta "peruka" ściągała uwagę, nie pozwalała przyjrzeć się twarzy.
     - Te trzewia też proszę usunąć - mruknąłem do agenta ze skanem.
     - Jasne.
     Mężczyzna - udało mi się przemóc i ocenić jego wiek na dwadzieścia osiem-trzydzieści dwa lata - miał rozcięty brzuch, przeponę i wydartą wątrobę. Zabójca manipulował też przy genitaliach, ale wszystko pokrywała skorupa skrzepu. Odsunąłem się i przyjrzałem pokojowi. Krew na podłodze pochodziła niewątpliwie stąd, że ofiary były wleczone po całej niemal jej powierzchni. Obficie zlane czerwienią łóżko - może tam właśnie zostali zastrzeleni - potem dywan w kilku kierunkach i, w końcu, te finalne miejsca pod ścianami, na miejscu szafek, usuniętych na boki. Potem ktoś do jakiejś szprycy chwytał tryskającą i płynącą krew i strzelał nią po ścianach i suficie. Musiał przy tym chichotać, musiał. Skoro nie wymiotował, to rechotał.
     - Jakiś świr, prawda? - No właśnie. Popatrzyłem na Nicka. Pokiwał głową. - Albo chce, żebyśmy tak myśleli.
     - Jasne. Za dużo tej scenografii.
     Nick wskazał brodą mężczyznę.
     - Ma tak usmarowane usta i brodę...
     Przyjrzałem się, chcąc zrozumieć, co chce mi powiedzieć. Acha, rzeczywiście!
     - Coś wsadzili do ust?..
     - Yhy.
     Poczułem, jak włączyła się zamrażarka moich soków żołądkowych. Skuteczna, jak cholera.
     - Założę się, że ucięli biedakowi fiuta - mruknął Nick.
     Miał rację. Biedak. Z drugiej strony to właśnie jego miałem kopać do utraty przytomności, to on i jego partnerka porwali mojego syna i syna nieznanych mi państwa Delbarre. Skanujący twarze technik podszedł i pokazał nam ekran. Nie znaliśmy ani kobiety, ani mężczyzny. Przeciętne twarze, nie zapadające w pamięć.
     Wyjąłem papierosa i skierowałem się do drzwi. Niech sobie tu poszaleje ekipa techniczna. Wyszliśmy do salonu, ale tam siedział szeryf. Drzemał. Po raz pierwszy w życiu widziałem lokalnego łapsa, który nie plątał się pod nogami i nie żądał wprowadzania go we wszystkie niuanse śledztwa. Wyszliśmy na zewnątrz, było tu o wiele przyjemniej, przynajmniej nie było zmasakrowanych zwłok.
     - Na parkingu stoi Cheher Alasca z salonem obficie splamionym moczem Phila i Binky'ego - odezwał się Sarkissian zapaliwszy wyrwanego z mojej paczki GG.
     - Zacząłeś palić? - zapytałem widząc go po raz chyba czwarty z petem w ustach.
     - Nie - machnął niecierpliwie ręką. - DNA jeszcze nie jest gotowe, za kwadrans będzie. Poza tym kilka elektronicznych gadgetów, przy pomocy których porozumiewali się z nami... - Zaciągnął się mocno, zabunkrował dym gdzieś w sobie - gdy mówił nie było go wydechu: - Żal im było zainwestowanej w te pierdoły forsy.
     - Może wypożyczyli? - bąknął Nick.
     - Albo i tak - zgodził się Dough.
     Zapaliłem w końcu i ja. Gdzieś w apartamencie z boku awanturował się facet; on chciał spać, a ona sterczała przy oknie i gadała.
     - Od kiedy tu jesteście? - zapytałem.
     - Niemal trzy godziny. Zaraz ekipa techniczna zwoła konferencję.
     Z ciemności wyłonił się zwalisty młodzian z małą tacką.
     - Szefie, kawa? - zapytał cicho.
     - Świetny pomysł, Narheda - pochwalił go Sarkissian.
     Poznałem go, to on prowadził limuzynę, która tak sprawnie zanurzyła się w technicznej odnodze tunelu, a po chwili wynurzyła w innym kolorze karoserii. Prowadził tak, jak lubię - z widocznym zapasem refleksu.
     Siorbaliśmy wrzącą kawę. Gatunek był kiepski, takie gatunki jak Black Cat nie pozwoliłyby mu nawet stać ze sobą na jednej półce, ale musiałem przyznać, że napar był mocny, aż gęsty, i gorący.
     - Jeśli forsy nikt im nie zwinął, to znaczy, że mamy do czynienia ze sprzątaniem - powiedział w końcu Nick.
     - A jeśli zwinął - z zamaskowanym sprzątaniem! - dodałem.
     - Jesteś pewien?
     Zaciągnąłem się jeszcze raz i pstryknięciem posłałem niedopałek daleko w mrok przed siebie.
     - Za dużo się dokoła mnie dzieje, żebym wierzył w przypadkowy rabunek czy porachunki. Komuś się wydaje, że ja coś wiem. Gdybym mógł dać mu znać, że to złudzenie zaraz ustałyby te dziwne przypadki.
     Akurat! Sam nie wierzyłem w ostatnie słowa.
     - Chyba że coś wiesz, ale nie uświadamiasz sobie... Auć!.. - Dough łyknął za dużo ukropu z filiżanki.
     - Ta. Możl... Stop! - Zacisnąłem zęby i jak mogłem odłączyłem zmysły. Chwilę trwałem w ciszy i skupieniu, w innym wymiarze. - Dough, nie pomyśleliśmy o pani Groddehaar - wycedziłem. - A - w końcu - od niej się wszystko zaczęło!..
     - Kur-r-r... Narheda!!! - Duży cień zmaterializował się przy nas. - Natychmiast uruchom dyskretną, ale bardzo solidną obserwację i ochronę pani Groddehaar. Chicago... - popatrzył na mnie. Wzruszyłem ramionami, nie pamiętałem adresu, nie pamiętałem nawet czy mam co pamiętać. - W każdym razie - za kwadrans ma tam być... - popatrzył na mnie znowu.
     - Tuzin, co najmniej. To jest jakaś cholerna rezydencja, zbudowana chyba z przewiezionych z Anglii cegieł.
     - Dwudziestka, na stałe, jasne?
     Narheda skinął głową i wyszarpnął wybierak, Sarkissian nagle zrobił krok, chwycił go pod łokieć i pociągnął gdzieś w ciemność.
     - Tajemnice, kurza dupa! - warknąłem.
     - Nic... - Douglas natychmiast wynurzył się z powrotem z mroku - ... co by cię dotyczyło. Chodzi o podział nagród. - Milczałem, ale byłem zły. Może miał rację. - Chodźcie, technicy mają wstępne dane.
     Weszliśmy do mieszkania przylegającego do apartamentu pary pechowych kidnaperów. Dwaj technole kiwali się nad swoimi ekranami, muskali je czubkami palców, dwa inni przetasowali papiery, rzuciwszy na Sarkissiana szybkie i spłoszone spojrzenia. Usiedliśmy w ustawionych w rzędzie fotelach, jakbyśmy zostali zaproszeni na kolaudację kolejnego dzieła z Hollywood.
     - Tak więc personalia ofiar zostały ustalone ponad wszelką wątpliwość. Para dotychczas niekarana. Żyli ze sobą od sześciu lat. Ona: Marge Tora, bibliotekarka, on - Slim Keogh, instalator i serwisant aparatury klimatyzacyjnej. Na razie nic więcej o nich nie mamy - wyrecytował z pamięci jeden z tych od papierów. - Wyjechali z Texasu dwa tygodnie temu, urlop. Jak się znaleźli tutaj i dlaczego porwali... To znaczy - co ich natchnęło do zejścia na drogę przestępstwa, nie wiemy. Odtwarzamy ich z miejsca zamieszkania do tego motelu. Sprawdzamy konta - gdzieś musi być przelew pana Yeatesa. - Referujący, szpakowaty na skroniach technik, obrzucił nas szybkim spojrzeniem. - Teraz sytuacja tutaj... Zamordowani siedem-osiem godzin temu, czyli dobę po pomyślnej wymianie dzieci na pieniądze. Niewątpliwie zastrzeleni, każde dostało dwa pociski w kark, ale mierzone tak, by pocisk szedł w dół, chyba chodziło zabójcy o to, by nie było rany wylotowej. Nie potrafię inaczej tego zinterpretować... Dalej - ona ma głowę odciętą no
    żem elektrycznym, pewnie przenośnym, akumulatorowym. W jej ustach znaleźliśmy dwa metalowe guziki połączone cienkim rzemykiem. - Wzruszył ramionami. - Nie potrafimy na razie określić o co chodzi z tymi guzikami, jakie jest ich przeznaczenie czy jaka symbolika. Teraz on... Tak samo zastrzelony, potem przecięto mu powłokę brzuszną, wyprowadzono wątrobę i ułożono na głowie. Prócz tego ma odcięty penis... - Odchrząknął. - Ponieważ nie znaleźliśmy tej części ciała...
     - Poszukajcie w ustach - wtrąciłem się oświecony nagłym przebłyskiem natchnienia.
     Miałem jednak do czynienia z profesjonalistami supernajwyższej klasy:
     - Poszukaliśmy - szybko zareagował referent. - W ustach nie ma, ale na pewno jest w nim dalej... głębiej. Wetknęli mu go, popchnęli czymś... Na razie nie wiadomo, dopiero po sekcji będziemy mieli pewność.
     - Dobrze, co jeszcze?
     - Krew na suficie i ścianach należy niewątpliwie do ofiar. Mordercy - było ich dwu, co najmniej, ale co do tej ilości mamy pewność - ściągali krew do jakichś szpryc, może takich rzeźniczych, a potem tryskali nią na ściany.
     - Muszą też być zachlapani? - zapytał Nick.
     - Zapewne, choć używali plastykowych peleryn, któryś zaczepił o róg szafy i zostawił tam strzępek. Ale i tak obuwie i nogawki muszą być obficie splamione. Tylko że od morderstwa upłynęło dziewięć już godzin i dawno te ubrania mogły zostać spalone w kwasie.
     - Inne ślady morderców?
     Referujący technik, pokręcił głową, potem rzucił szybkie spojrzenia na dręczących spinacze kolegów, a gdy ci również pokręcili głowami dodał:
     - Nic. Przynajmniej w tej chwili. Oczywiście - będziemy mieli analizę powietrza, scharakteryzujemy rzez na szyi denatki, zbadamy pociski, treść żołądków i trasę ich poruszania od Texasu. W ciągu doby zamkniemy resztę rutynowego postępowania. - Opadł na krzesło. - Z przyjemnością wysłucham sugestii... - bąknął.
     - Możliwie szeroki krąg ich znajomych - powiedziałem. Odwróciłem się do Sarkissiana. - Ktoś ich wyprawił do tej roboty, wyposażył, a potem zaszlachtował. Wygrzebcie, ale bez wzniecanie kurzu wszystkich członków rodziny i znajomych, począwszy od szkoły średniej, i - w ogóle - przez cały czas niech działają filtry porównawcze, gdy tylko gdziekolwiek kiedykolwiek w ich otoczeniu ten sam osobnik pojawi się dwukrotnie - alarm. Oczywiście, tutaj należy przesłuchać wszystkich obecnych, tych, co odjechali już po morderstwie - znaleźć.
     - To wiadomo - wtrącił się Dough. Zobaczył moje piorunujące spojrzenie. - Przepraszam...
     - Głośno myślę... Wprowadźcie do bazy nazwiska Groddehaar, Padhurst, Tatle, wszystkie, jakie przemknęły przez...
     - Verinci! - podpowiedział Nick.
     - Właśnie. Instytut Morgana, ta chata Leishy Padhurst... Już nie wspomnę, że jak gdziekolwiek pojawi się coś ze snami...
     Sarkissian ruchami brwi przeprowadził między mną i technikiem linię w powietrzu. Wszyscy trzej technole pokiwali radośnie głowami. Wstaliśmy i wyszli na zewnątrz.
     Świtało. W kilku dotąd ciemnych oknach zapaliło się światło, w kilku innych, dotąd oświetlonych - zgasło. Umilkł narzekający na ciekawską towarzyszkę maruda z hiszpańskim akcentem. Zapaliliśmy, tylko ja miałem papierosy, siedem. W tym tempie - pomyślałem, trzeba będzie wysłać do miasta śmigłowiec po fajki. Może mają w barze. Coś zaskrzypiało nad dachem motelu, może jakiś wiatrak budzi się do życia?
     W połowie papierosa ćwierknął telefon Sarkissiana. Musnął kieszeń marynarki i zaczął słuchać. Potem zesztywniał, potem jeszcze bardziej. W końcu wyciągnął rękę z papierosem w kierunku Nicka, a gdy ten zaskoczony wyciągnął swoją - po prostu włożył mu zapalonego papierosa w dłoń jak w konchę popielniczki. Nick syknął i cisnął peta na ziemię. Douglas tego nie widział: stał ze szklanym wzrokiem wbitym w niebo. Cały skoncentrował się na kuleczce głośnika, przekazującej mu jakieś dane do ucha.
     Trwało to trzy czy cztery minuty, ja w każdym razie zdążyłem wypalić swojego papierosa i wypalić do połowy drugiego.
     Potem Douglas Sarkissian uderzył się w kieszeń.
     - Kurwa mać, Owen! - wycedził. - Czy zawsze, kiedy dzieje się coś ekstra, to musisz być w centrum wypadków?!
     - Ale ja... Nic nie wiem...
     - No właśnie! - wrzasnął wściekły. - Ale będziesz chciał wiedzieć, kurważ niedużaż! I dlatego cała zabawa będzie się toczyła jakimś idiotycznym trybem, a nie tak, jak robimy to my!!! Jak powinni to robić zawodowcy!
     - Jak na razie to nie wiem, co się ma toczyć! Kurważ niedużaż! - dodałem po chwili z nadzieją, że prowokacja się uda..
     - Ja nie mogę!.. - jęknął Dough. Machnął ręką do szybko zbliżającej się odsieczy - trzech zaniepokojonych jego krzykiem ludzi. Odsiecz wpatrywała się w pryncypała z nadzieją, że pozwoli mi przyłożyć. Ale nie pozwolił, oddychał ciężko, właściwie sapał jak rozwścieczony andaluzyjski byk, ale powstrzymał się. Zuch. - Szlag by to trafił!..
     Pomaszerował do młynka. Pomachał ręką, żeby pilot nie uruchamiał silnika. Gdy weszliśmy do salonu zwalił się w fotel i rzucił do Nicka:
     - Jesteś najmniej zmęczony... Daj nam po łyku.
     Pierwsze łyki poszły szybko. Przy drugim Sarkissian powiedział:
     - Nic ci teraz nie powiem, Owen. I nawet nie próbuj się do mnie odzywać, a jeśli nie posłuchasz - wylecisz z tego śledztwa. Z dużej wysokości. Naprawdę, przysięgam: dostaniesz taką porcję głuptaka, że - używając twego plugawego języka - będzie ci się myliła głowa z dupą. A my w tym czasie będziemy robić, co robić mamy. Jeśli wytrzymasz do domu, to tam ci opowiem co wiem, i co wiąże się jakąś wątłą nicią w nieokreśloną, niewyraźną sprawę. Ale - teraz ani słowa!
     Tym razem uwierzyłem mu. I choć dławiłem się komentarzami, pytaniami i propozycjami - wytrzymałem. A po godzinnej prelekcji Sarkissiana, wysłuchanej już w bunkrze CBI, zatkało mnie i dałem sobie spokój z dowcipami, komentarzami na każdą okazję, przytykami i finezyjnymi kpinami, absolutnie ze wszystkimi tymi idiotyzmami.
     Bo i nie było z czego żartować.
    
Powrót do opisu powieści.