Aktualizacja: 18.04.2017

1 dzień - MACHAME CHECK POINT (1800 m) - MACHAME CAMP (2980 m) - nominalnie 8 h (wg GPS - 11 km, na pewno łże!)

„O jeden krok za daleko”...

Zaczęło się od ulewy, którą przetrwaliśmy w podjeżdżającym do bramy parku autobusie. I dobrze się stało, bo w przeciwnym razie tej ulewie startowalibyśmy i szli te swoje 10 godzin w mokrym odzieniu - założę się, że nikt nie był przygotowany na deszcz już na pierwszych metrach podboju. Niestety, coś za coś - wyszliśmy z autobusu suchą stopą, ale 2 km przed bramą i kilkaset metrów w pionie mając dodatkowo do przebycia. Nasz autobus nie dał rady wspiąć się pod Machame Gate.

No tośmy ruszyli... Najpierw powoli, jak żółw ociężale... Ja - zdobywając po drodze wiadomości o kijkach, dopasowywaniu plecaka i wielu jeszcze innych, podstawowych, a wcześniej mi nieznanych „mykach”. I tak nie dało się uniknąć wpadki - moja czołówka powędrowała w plecaku głównym do przodu, zaskakująco szybko zapadł w lesie deszczowym mrok, i mogłem iść tylko w plamie światła pozostawianej przez czołówkę Włodka Szczęsnego.

W sumie pokonaliśmy tego dnia ok. 20 km (moje obliczenia) w linii prostej i jakieś 1300 m w pionie... Obóz przyjąłem jak zbawienie, niemal już szykowałem się do aktu skruchy, żalu za grzechy, obietnicy poprawy... Pierwszy mój kryzys...


2 dzień - MACHAME CAMP - SHIRA CAMP (3840 m) - nominalnie 6,5 h (wg GPS - 4 km, ale chyba kłamie!)

„Euforia”...

Dość łatwo. Idziemy, idziemy i idziemy. Sucho i miło. Widoczki kontemplujemy. Zdjęcia robimy. Ciepło. Roślinność prezentuje się dobrze, oryginalnie i egzotycznie. W końcu - to najlepsza pora na wejście na Kilimanjaro! W połowie drogi zaskakująco nieprzyjemny i niespodziewany 40 minutowy atak gradu. Gradobicie kończy półtorej godziny ulewy. W jej trakcie kończy mi się ścieżka. Zastanawiam się przez chwilę, gdzie się podziała reszta. O, są: wspięli się już po - jak dla mnie - pionowej ścianie, na której kijki tylko przeszkadzają. Choć może i nie do końca - jak się spadnie w dół, jakieś 27 - 32 metry to ułatwią odnalezienie ciała między rudymi wielkopumeksowymi głazami. Tak to widzę. Ale udaje się. Kijki w zęby, zęby w ścianę, palce w szczeliny... Nie wiem, dlaczego nikt poza mną nie zapamiętał tego momentu. Mnie się robi zimno w żołądku nawet teraz, kiedy to piszę...

Oczywiście - nie mieścimy się w przewidzianych na ten dzień 6-7 godzinach. Konsekwentnie - o półtorej godziny dłużej. Obóz suchy, namioty stoją, przebieramy się w such... O, matko kochana! Widzę... widzę... Kilimandżaro... Oj...

Kto powiedział, że ja na nią wejdę?!.

Widok przewspaniały, onieśmielający i dający do myślenia... Szybko znika za kurtyną nie wiadomo skąd nadlatujących chmur...

Raczej mi się nie uda...


3 dzień - SHIRA CAMP - BARRANCO CAMP (3950 m) - nominalnie 7.5 h (po drodze: LAWA TOWER CAMP 4630), (wg GPS 9,7 km, czas: 09:32 -16:02)

„Motylem jestem!..”

Nie wiem dlaczego, ale tym razem, choć po drodze mijamy 4600 m, wszystko idzie gładko i miło. Krokomierz wykazuje, że zrobiłem 15.879 kroków. Zrobiłem je w 7 godzin, po raz pierwszy i - chyba ostatni - mieścimy się w przewidzianych limitach. Do obozu wchodzę pierwszy. Nikt, niestety, poza mną, tego nie odnotowuje... A i ja robię to tylko dla dzieci. I wnuków. Znaczy - odnotowuję...

Ten obóz różni się od innych tym, że nie wolno tu sikać do woli. Poza sanitariatem, który z wielkim trudem utrzymuje tę nazwę. Pewnie chodzi o to, że rzeka znosi wody gdzieś do Arushy czy Moshi. Trudno, jak nie to nie.


4 dzień - BARRANCO CAMP - KARANGA CAMP (3900 m) - nom. 3 h (wg GPS - 5,0 km, czas: 09:30 - 13:17)

„Gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska...”

Obym nigdy więcej nie spotkał na swojej drodze takich rzeczy! Breakfast... Tak powiedział Paul. Krótka czterdziestominutowa „hard road”, potem - luz-bluz-na duszy guz!

Po kwadrancie już wiedziałem, że spadać będę ok. 50 m. Po dwóch kwadransach przewidywany metraż zlotu - 120 m. Po godzinie - 230 m, i po czterdziestu minutach... Udało się, nie spadłem. Jakim cudem? Kijki to ratowały, to przeszkadzały, drżące łydki i sucho w gardle, oczy utkwione w ścianie, byle nie w dół! Byle nie w d... Gdzie patrzysz, durniu!..


5 dzień - KARANGA CAMP - BARAFU CAMP (4550 m) - nom. 4 h (wg GPS - 3,6 km, czas: 09:46 - 12:32)

„Day before...”

Rzeczywiście łatwy dzionek. Pogoda niewymuszona, trasa kamienista i pustynna, cztery godziny, 400 m różnicy poziomów... Zero skutków wysokości, ale już dech zapiera perspektywa dnia jutrzejszego. Mamy się napić do woli, czyli dużo, spakować, poprzebierać, przygotować... Nie pamiętam, żeby ktoś się chwalił drzemką... Szwendanie się po okolicach obozu, ale bez nadmiernego oddalania, bo i gdzie? Nasz główny organizator, chef i Gilbert zarazem - po raz drugi dał silnie w gaz, i usiłuje po pijaku dokonać rachunku krzywd. Kiedy nie znajduje nikogo chętnego do wysłuchania litanii rzuca „Fuck you!” do Olafa, dodaje, żeby nie było zmarnowane, to samo w suahili. Nie zapamiętałem, niestety... Pijaka udaje się ułożyć do snu. Pozostali krzątają się, krzątają i krzątają...


6 dzień - BARAFU CAMP - UHURU PEAK (5896 m) - nom. 6 h (wg GPS - 5,7km, czas: 23:45 - 06:28) plus zejście do BARAFU CAMP (wg GPS - 5,3 km, czas: 06:53 - 09:10; ja „szedłem” do 12.10), a potem BARAFU CAMP - MWEKA CAMP (wg GPS - 8,9 km, czas: 08:57 -12:23)

„Sąd ostateczny”

O 23-ej wyruszamy w dwu grupach, idę we wcześniejszej, słabszej jakoby. Przemierzamy cały obóz, śpiący jeszcze po części, rozbudzony też po części. Większość jeszcze nie wychodzi, szczyt ruchu to północ. Zaraz po wyjściu z obozu uderza w nas z prawej cholernie zimna żyleta wiatru i tnie aż do Stella Point, jeszcze nie wiem, że tak będzie cięło przez siedem godzin. Mam na sobie koszulkę termiczną, dwa polary i dobry gore-tex, dół ciała - zabezpieczony odpowiednio, na szczycie mnie ulokowane: kominiarka, czapka z nausznikami, kaptur kurtki... Wystają mi tylko rzęsy i one mi marzną. Oraz kijki, mogłem zrobić na szydełku jakieś ochraniacze na nie. Dobra, żarty na bok, ale jest zimno, przez cały czas wiatr odczuwam tak, jakbym w samym t-shircie opierał się o mur z lodu. Nie tragicznie, ale odczuwalnie nieprzyjemnie. Czasem dmucha tak, że zapieram się kijkami. Odpoczynki wykluczone, Paul tłumaczy, że ciało traci wtedy ciepło i energię, jeśli więc stajemy, to na minutę. Po jakimś czasie, nie bardzo pamiętam, jakim, dogania nas młodsza, lepsza, silniejsza grupa. Idziemy razem. Katarzyna, której chód dotąd mi odpowiadał, oraz widok na jej nogi i mocowanie ich do korpusu też, zaczyna iść krokiem „kameleona”: krok - sekunda na oddech - krok - sekunda na oddech... Usypia mnie i wpadam w jakiś rodzaj transu, chyba idę na autopilocie, w głowie pustka i pobieżna rejestracja okoliczności: zimno, idę, sekunda, z lewej światła Arushy, idę, zimno, z prawej światła... O, to chyba idziemy po jakimś garbie?.. Sekunda, krok...

Nagle widzę, że kolumna idzie po mojej lewej ręce, a ja zmierzam gdzieś samotnie, raczej jakby z zamiarem krótką drogą do Moshi? Do dziś nie wiem, czy zasnąłem, czy straciłem coś jak kawałek przytomności?.. Wracam szybko na trasę, analiza wydarzenia, wykonywana w umyśle i w rytmie kroków, bo temu rytmowi podporządkowane jest wszystko, pomaga trochę...

Kurde - śnieg!

Śniegi Kilimandżaro!? Jesteśmy na szczycie! Hurrrrrrrra, jesteśmy na szczy... Paul, kręci głową. Nie-e! Uhuru Peak, jest dalej. To tylko Stella Point. TYLKO?!! Co za bydlę z tego Paula, a my mu płacimy!

Idę, choć chcę mi się już tylko pluć (ciekawe, czy wielbłądy też plują z takiego rozczarowania życiem i otoczeniem?) i chętnie straciłbym przytomność, ale widzę, że chętnych dokoła jest wielu i nikt się mną nie przejmie. No to idę. Mam cichą nadzieję, i werbalizuję ją mało przyzwoicie, że to już, tuż-tuż.

Tak nie jest. To jest jeszcze chyba godzina marszu, światełka tych, co weszli przede mną, ciągle są wyżej ode mnie i dalej, i nie zbliżają się... Co za koszmar. Wlokę swoje półwieczne ciało, ono się jeszcze nie poddaje, no to i umysł nie chce być gorszy. Zbieramy się w garść, ja, ciało i mózg, i prujemy.

Nagle czuję... czuję, że mi albo płuca pękły, jak dziewiętnastowiecznemu gruźlikowi, albo dostałem nagle oddechu skądsiś... Nic, tylko Kili mi pomaga! No to nie mogę zawieść jej zaufania, pruję, idę, maszeruję, i nagle robi się jaśniej, choć jeszcze nie ma świtu.

I widzę te cholerne dwa słupki, i cztery krzywe rozmyślnie poprzeczki. „CONGRATULATIONS, YOU ARE NOW AT 5895 M AMSL”. Po łbie kręci mi się, że na mapce było 5896 m... To co, o metr się obsunęło?..

Poza mną jest tylko Paul, podskakuje, podśpiewuje... Ściąga mi czołówkę i chowa do kieszeni. Mojej. No fakt, po co mi - za horyzontem wstaje słońce. Widzimy go najwcześniej na całym afrykańskim kontynencie! Jest miło, jest pięknie, ale nie oszałamiająco. Jestem upiornie zmęczony, i dociera do mnie, po raz pierwszy w życiu, głęboki, najgłębszy sens Kaczmarkowego „pero-pero, bilans musi wyjść na zero!”... Jak się na coś weszło, to z tego czegoś trzeba zejść. I to nie do obozu na 4600, tylko do innego, na 3 tys. m!

Seria fotosów, dla siebie, dla mamy, dla sponsora...

Najchętniej teraz bym się obudził.

Ale nie ma spania, nie śpimy już dobę. Zaczynamy schodzenie. Jeszcze Paul pokazuje przez krater Leopard Point, jakieś 5550, pytałem go dzień wcześniej o to. Miałem wtedy kupę energii, nawet mogłem pytać. Teraz tylko kiwam „z wdzięcznością” głową i kieruję się na piargi, którymi przez 6 godzin będę schodził do obozu. Pełne słońce, w apogeum - dwadzieścia kilka stopni Celsjusza (a my w polarach i polarach!), piasek i gruz, i żwir, i widok na obóz, który się nie zbliża, a wiem, że jak się zbliży to na chwilę, bo po lunchu trzeba będzie iść, iść i iść... I tak się stało. Spałem 40 minut, szesnaście razy za mało, chociaż tydzień temu wydawało mi się, że po zdobyciu szczytu, o ile do tego dojdzie, nie będę spał z radości przez miesiąc. Po drzemce coś tam jemy, nie pamiętam, pewnie tę samą zupę: woda, mąka i jakiś smak z puszki?.. I zaczynamy schodzić. Najpierw idzie dobrze, potem - rozpacz. Łydki sztywnieją i grabieją, kolana grabieją i sztywnieją, kijki wypadają z ręki. Chce się pić, i siedzieć w nieskończoność.

Obóz! Piwo w kiosku! Ale nie, nie nasz to obóz, to taka przychodnia, tu nocują tylko ci, co po nich śmigłowce. I sępy...

My - niżej.

Docieramy. Przecież inaczej nie byłoby tej subiektywnej, ale szczerej, relacji. Docieramy. Kupuję od razu dwa piwa, wiem, że schudłem, i to mnie cieszy, i wiem, że piwo mi nie pomaga w zrzucaniu wagi, ale dziś mi się należy. Ciekawe, dlaczego nie pamiętam ile kosztowało: dolara czy dwa za butelkę?


7 dzień - MWEKA CAMP - MWEKA GATE 1600 m nom. 4-5 h (wg GPS - 8,9 km, czas: 08:57- 12:23)

„Święto, święto, i po święcie...”

Rano miła uroczystość wręczenia „tipów”. Są obecni wszyscy Harry Potters... Informacja, że napiwek wynosi po 30 USD na łeb wywołuje u potterów słaby bardzo „entuzjazmiks”. Po naradzie dorzucamy (Polacy nie lubią, jak się ich nie lubi!) po 5 USD i to już wywołuje oklaski. Fajnie, wszyscy mają swoje małe święto.

Zejście to już tylko męcząca formalność. Przyroda wraca do łask, wchodzimy w krzewy, drzewa, wysokie drzewa. Zaczynają koncertować ptaki (albo włączają aparaturę Dolby), pojawiają się małpy, wyprzedzają nas Ukraińcy - ci chyba nie byli na szczycie, coś za bardzo radośni... Gdy docieramy do bramy, gdzie przewodnik idzie pobierać dla nas certyfikaty, przypuszczenie potwierdza się: nie widzę, by mieli dostać dyplomy zdobycia.

Wreszcie ludzki sanitariat, pardon - nazwałbym go nawet WC! Kafelki i woda, omal się nie napiłem z kranu. Ale lustro - szok! Czerep spalony, łuszczy się nos, konchy uszu i dłonie... Widzę twarz twardziela, który wziął pod but Kilimandżaro! Przepraszam, nie miało być tak butnie, ale nie wytrzymałem. Przecież wcześniej w całym swoim życiu zdobyłem Śnieżkę (11 lat temu), dwa razy Ślężę (raz 7 lat temu, i raz trzy miesiące temu, już w ramach „przygotowań”) i raz Chełmiec. I teraz Kili łaskawie dało mi popalić, i dało mi się zdobyć... Przypominam sobie, że na szczycie nie byłem taki butny, hm, nawet może by ktoś zobaczył łezkę?.. Na szczęście byłem tam pierwszy, nikt nie widział, może jakiś Japończyk, ale on z trudem chwytał atomy tlenu i łykał je jak drażetki z tranem...

Tak czy owak - mam certyfikat...

Dobrze by było jeszcze wiedzieć, czy to jakoś zmieni moje życie?

Jak?

I czy musi?

Chyba jednak nie. Ale było - „bajońsko”!

EuGeniusz Dębski

www.eugeniuszdebski.pl

1. Galeria Fotek z wyprawy
2. Dodatkowa galeria na Google Picassa



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja