Aktualizacja: 20.06.2017
Wywiad z rzeki...

Pytanie: Czy tytuł "Wywiad-rzeka" nie jest aby trochę nadęty?

Odpowiedź: Czy ja wiem? Przecież nie chodzi o to, że będzie się lało i lało, i lało. Chodzi o to, że będzie trwał tak długo jak będą dopływy. Pytania. Jak mi Andre Szołtysik nie podeśle pytania, to nie będę odpowiadał. W pewnym sensie jestem w jego korycie, jeśli się już tej terminologii rzecznej trzymać. Znamy się dobre kilka, może nawet osiem czy dziesięć, a widzieliśmy się tylko na fotach w Sieci. Co się umówimy na jakieś piwo, to albo ja mam anginę, albo on się żeni... Ciągle coś przeszkadza. A jestem mu wiele piw winien, oj wiele...

Pytanie: No to do rzeczy. Czy są tacy autorzy, a jeśli są to jacy, na których się wzorujesz, których szanujesz, uwielbiasz, którym zazdrościsz, których nienawidzisz z zawiści?

Odpowiedź: Oczywiście, że są tacy, poza tą ostatnią grupą, jakoby znienawidzoną. Ale z tym "wzorujesz" to taka mętna sprawa. Co to znaczy? Od kogo zżynam pomysły, czy czyj styl naśladuję? Świadomie nie robię tego nigdy. Po co komu moje opowiadanie a la Bradbury? Jest Bradbury jeden, On, najlepszy z Bradburych. Można, świadomie, w celu jakimś naśladować czyjś styl, ciągnąć czyjąś fabułę, ale nie tak, żeby się narazić na zarzut wtórności czy wręcz kradzieży.
Proszę - trzytomowy projekt rosyjskich autorów - kontynuacje dzieł ABS, czyli Arkadego i Borysa Strugackich, sequele i prequele. Jako wyraz szacunku, hołdu dla Mistrzów, bo ABS w Rosji to nie to, co choćby i Lem u nas. Lem jest, wszyscy to wiedzą i koniec. Może dlatego, że się nie udziela, jak udzielał choćby Borys. Tak więc powstały trzy tomy "jakby Strugackich", za aprobatą Borysa Natanowicza, i okay. Sam przeczytałem z przyjemnością. Nawet przełożyliśmy z Ewą pierwszy tom. Potem się tak złożyło, że kolejne nie wyszły i leżą odłogiem. Ale takie naśladownictwo jest "w porzo". "Nara", bo jakby nie było zgody BS, i motywacji, to byłaby już kradzież.
Takoż i ja nie naśladuję nikogo, nawet w powieściach z Owenem Yeatesem, który jest jako żywo, prawnukiem Philipa Marlowe'a, staram się tylko lekko stylizować na Chandlera, a nie walić 110% Chandlera w para-Chandlerze.
Z całą czytaną przeze mnie fantastyką jest jak ze stacjami radiowymi - niektóre do mnie docierają, inne - nie. Jak z muzyką - ten rodzaj mi leży, a tamtego nie słucham. Albo mam zły odbiornik, albo na niektóre pasmach jestem głuchy. Nie zamierzam wystawiać ocen żadnemu autorowi, polskiemu czy obcemu, żyjącemu i pogrzebanemu. Ale skoro padło pytanie - musi wypaść odpowiedź.
Więc jest tak.
Mógłbym całą światową fantastykę podzielić na trzy działy:

  1. autorzy, których wszystko lub niemal wszystko mi leży
  2. autorzy, których niektóre utwory mi leżą, a inne są mi obojętne
  3. autorzy, którzy do mnie nie docierają en masse.

Ci pierwsi, to Tuzy. Strugaccy, Martin, Aldiss, Lem, Asimov (choć już nie cały, ale "Fundacja" - tak!, Dick (też z kilkoma wyjątkami, choć może dołożyli się tłumacze, po angielsku nie czytam, niestety), Sheckley, Le Guin, Wolfe, Vonnegut, i pewnie jeszcze cała hałda innych. Ale podaję tylko sztandarowe przykłady dla tych trzech działów. Ale - przypomniałem sobie - taki Card, to tylko cykl enderowski (właśnie podczas korekty odkryłem, że mądry Word poprawił mi "enderowski" na "enerdowski", więc gdyby w tekście było "enerdowski" a nie "enderowski", to znaczy, że nie udało mi się go poskromić), ale poza "Grą Endera", którą uważam za idiotyzm w dziurawych gaciach (dzieciaki, uczące starych taktyków walki w przestrzeni!?!?) reszta cyklu mi się bardzo podoba, z księgi na księgę bardziej. A znowuż Pratchett - wszystko cacy bardzo, poza "Piramidami", których nie zmocowałem.

Ci drudzy (zatrzymam się przy polskich autorach, będzie łatwiej) kilkoma utworami mnie porazili, innymi nie. Te wymienione tu utwory to, te, co mnie zachwycają, inne - są emitowane na tych falach, których nie odbieram. Baraniecki (choć może i cały, tak, raczej tak, ale już nie będę przepisywał tego ustępu), ale - o, lepszy przykład - Oramus ("Senni zwycięzcy" i opowiadanie "Trudno nie być bogiem"), Żwikiewicz ("Delirium w Tharsys"), Parowski "Twarzą ku ziemi", Hubberath ("Ciepłe miejsce lęgowe" albo jakoś blisko, nie pamiętam dokładnie tytułu, i jeszcze kilka opowiadań), Dukaj ("Ruch Generała"), połowa tekstów Grzędowicza, większa część powieści Kresa (poza "Królem bezmiarów" i jeszcze jakiejś jednej, której nie zmogłem), chylę czoła przed opowiadaniami Sapkowskiego, opowiadaniami Ziemiańskiego... Znam, pamiętam i bardzo lubię pojedyncze rzeczy Sawaszkiewicza, Peteckiego (wczesnego).Zajdel? Ależ tak! Przede wszystkim "Limes inferior", a reszta już nie, za bardzo przypominają mi agitki, tylko z opozycyjnej strony, za mocno powiedziane, zbyt grubo ciosane, może po to, by dotarło do wszystkich. Ale ja wolę grę na półtonach, półcieniach... I tak pewnie mógłbym jeszcze długo. Gdybym miał lepszą pamięć. Jak czytam ten akapit po dwóch dniach - uświadamiam sobie, że wszyscy polscy autorzy przynajmniej jednym tekstem mnie uradowali. No, poza jednym, którego nie czytam z powodów prywatnych, a który zanim do tych powodów doszło też mi nie służył...

Z zagranicznych za taki przykład dobrze służy Clark (bez przykładów, bo nie pamiętam), Carrol ("Kraina Chichów" - dreszcze! dreszcze!!!, a potem już gorzej i nudniej), do tego McCaffrey (za "Jeźdźcy smoków" - kiedyś mi się podobała mocno), Antony (pierwsze dwa tomy serialu z X. - a kolejne utwory już mnie nudzą, albo i odrzucają), ...

Trzecia grupa to autorzy, którzy mnie nie dotyczą. Nie piszą dla mnie. Nie jestem ich targetem.
Jordan. Anderson. Ziemkiewicz. Lewandowski, Inglot. Cała plejada młodych wilków z hodowli "Science Fiction" i fali, co to od trzech lat na półkach się pojawiła. Proszę mnie dobrze zrozumieć: to, że nie trafili do mojego serduszka nie znaczy, że są gorsi od innych. Po prostu - to nie ten rodzaj muzyki. Beatlesów kocham całych, Rolling Stonesów w połowie, a hip-hop wyłączam. Hip-hopu słuchają inni, co to pewnie nie cierpią Nory Johnes i Stinga. I proszę się nie czepiać porównań, wiem, że ułatwiają przekierowanie moich słów, że łatwo je wypaczyć, ale jak się czyta i słucha uważnie i nie chce doszukać podtekstu, to mogą pomóc zrozumieć, o co chodzi. Nie podobają mi się też powieści Sapkowskiego, i to im dalej, tym bardziej, a popatrzcie, że napisałem wyżej: "... chylę czoła przed opowiadaniami Sapkowskiego...", w krótkiej formie jest Mistrzem. A powieści mnie nie ruszają. Wolno mi. Nie ruszają mnie też powieści Ziemiańskiego, a opowiadania ma wybitne. Podoba mi się bardzo "Wrzesień" Pacyńskiego, a "Sherwood" - nie skończyłem.

To jest wygodna, ale i chyba normalna postawa. Już nie muszę całować każdej książki sygnowanej dżdżownicą czy innym nurkiem. Teraz mogę sobie pozwolić komfort kupowania, czytania i lubienia tylko tych, co to ich kupuję, czytam i lubię. Jeszcze raz przypominam - to tylko i wyłącznie moje czytelnicze grupowanie. Nic nie oceniam obiektywnie. Mnie się podoba, mnie się nie podoba. Nie - ten jest lepszym pisarzem, ten jest gorszym.

Na pewno wielu pominąłem w pierwszej grupie i drugiej, co i rusz, już w tej chwili ktoś mi się przypomina, wcinam kursor kilka wierszy wyżej i dopisuję. Ale i tak nie wyczerpię tych grup. Co do trzeciej, to mam tu niewiele przykładów, no bo nie czytam tego, co mi nie "pasi", choć staram się przynajmniej zerknąć, co też autor tym razem zaserwował. Bo skoro bardzo zachwalana "Droga do Meorii" mogłaby dla mnie nie istnieć, dla mnie, powtarzam, a "Senni zwycięzcy" to miejsce w pierwszej dwudziestce ulubionych polskich powieści, to znaczy to, że każdy autor jest w stanie mnie miło zaskoczyć. Ale wcale nie musi się starać. Nie musi...
No i to by było tyle szczerej odpowiedzi.

Pytanie: A nie obawiasz się, że nadmierna szczerość może ci zaszkodzić towarzysko?

Odpowiedź: Ci, co mnie nie lubią osobiście i zawodowo, tylko się utwierdzą w przekonaniu, że mieli rację, ci co - podobnie jak ja - mają jakiś dystans do siebie, swojej twórczości i trochę skromności i pokory w duszy - nie obrażą się. Nic więc nie powinno się zmienić w moim towarzyskim pejzażu. Ostracyzm mi nie grozi.

Jeśli się mylę - trudno. Ten czy ów musi się pogodzić, że mnie nie rzuca na kolana (znaczy - nie musi, ale to już nie mój problem!).

Ja się pogodziłem, że niektórymi nie wstrząsnąłem. I żyję.



Wywiad rzeka z....... Eugeniuszem Dębskim



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja