Aktualizacja: 29.09.2017
Wywiad rzeka...

Nie powiem, żeby moja skrzynka była przeciążona Emilami od czytelników, nie musiałem powiększać jej objętości, żeby zgłodniałym wiedzy internautom dać szansę dialogu, ale co jakiś czas pojawia się Emil od tego czy innego, najczęściej z pytaniem. Czasem zaskakującym: Czy zna pan Sapkowskiego i jaki on jest?, a czasem z pytaniem takim raczej standardowym. Pomyślałem więc, że przedkanikulna nuda, a właśnie skończyłem "dzieło życia" (może knot of life, jeszcze nie wiem), i postanowiłem sobie uciąć kilka dni bezruchu. Kompletnie wyłączyć się nie potrafię, dzień bez kompa jest torturą niemalże, zatem realizuję takie małe plany, które miałem kiedyś w wolnej chwili zrealizować. Między innymi zacząć wywiad, który ma się skończyć wtedy, kiedy nie będzie już pytań.

Zaczynam więc. Tematy i pytania dyktują pytający i statystyka. A ta podpowiada, że dzisiaj wygrało... No? Wygrało... tak! Wygrało pytanie o początki!

Pytanie: Zacznijmy standardowo, od jaja. Skąd fantastyka? Od kiedy? Dlaczego zacząłeś pisać, zamiast tylko czytać? Znakomita większość ludzi woli tylko czytać, a piszą... Właśnie, kto pisze? Po co? Przecież nie altruistycznie, po to tylko, by zaspokajać głód czytania innych? Kto jest normalniejszy - czytelnik czy pisarz, inaczej: czy czytelnik to potencjalny pisarz, tylko leniwy, a pisarz, to też czytelnik, tylko wyższego rzędu, na wyższym poziomie? Z podliftowanym umysłem?

Odpowiedź: Skąd fantastyka? Z księgarni.

;-))

Zacząłem czytać mają cztery czy pięć lat, po polsku i po rosyjsku, bo przecież to się działo w Związku Radzieckim, dokładnie - w Truskawcu, 100 km od Lwowa. Znałem wtedy jednakowo wyśmienicie polski, rosyjski i ukraiński. Bo z mamą i babcią ze strony mamy rozmawiałem po rosyjsku (i czytałem w tym języku), z rodziną ojca - po polsku (czytając po polsku), no a z kolegami na ulicy po ukraińsku. No więc - kiedyś tam nauczyłem się czytać. Książek polskich było mało, czytałem więc radzieckie wydawnictwa. Trafił w moje ręce jeden z tomów serii "Mir prikluczenij" ("Świat przygód"); zawsze było w takim tomie coś o partyzantach, albo radzieckich wywiadowcach, coś historycznego, jakaś przygodówka pionierska i jakaś fantastyka. Pamiętam to pierwsze opowiadanie fantastyczne, które mnie zahaczyło na całe życie: dwaj faceci spotykają się na lotnisku, mają odwołany lot, nudzą się rozmawiają. Jeden opowiada, że jest badaczem Afryki, i że dowiedział się, iż gdzieś tam, na rzece jakieś takiej Banga-Wounga pojawia się dziwny stwór. Pożera ludzi, bydło i co się da. Pojechał więc on tam, wypłynął łodzią, i nic. I tak kilka razy, aż pewnego dnia pod ich łodzią zmaterializowało się ciało, którego wcześniej nie było. Jeden z Afroafrykanów wypadł za burtę, huknął strzał, stwór zniknął, pokarm w postaci aborygena też... Ale ów uczony zdążył zaczerpnąć wody z tego zbiornika. I teraz pointa mniej więcej taka, lecę z pamięci: "Woda jak woda, ale gdy oddałem ją do analizy w Paryżu, okazało się, że... O? Co to? Mój lot, pędzę, monssieur! Co? A, woda... Ale nie mogę opowiadać, bo mi ucieknie samolot! Dobrze, napiszę, biorę adres, na pewno napiszę! Do widzenia!.."

No i zostałem sam z tym tekstem. Matko, co się tam wydarzyło? Co to było, jakiś krokodyl, co się rozpadał na strzępy i łączył, gdy były głodne? CO TO BYŁO??? Pamiętaj, że miałem jakieś pięć lat. Zwariowałem. Śniło mi się to, kombinowałem na wszystkie strony z rozwiązaniem zagadki, bredziłem tym, śniło mi się, opowiadałem kolesiom z podwórka, potem z przedszkola ... Tym ostatnim krótko, bo zostałem z niego po trzech dniach dyscyplinarnie relegowany, ponieważ nie dawałem spać po obiadku innym dzieciom, i zakłócałem tym zasłużone ploty personelowi (na dobrą sprawę powinienem się zgłosić do jakiegoś związku kombatantów, jako młodociana ofiara reżimu sowieckiego). W każdym razie, czekałem na następny tom serii, sądząc, że autor nie będzie taka świnia i napisze opowiadanie, w którym ci francuscy dżentelmeni się spotkają i wyjaśnią zagadkę stwora. Ale w następnym tomie nie było nic takiego, były natomiast inne teksy fantastyczne i fantastyczno-naukowe. Tych kolejnych już nie pamiętam, ale i tak - przeczytałem i... wpadłem.

To wyjaśnia jak stałem się czytelnikiem.

A dlaczego zacząłem pisać?

Zacznę od dygresji... Dygresji na temat dygresji, przecież się nigdzie nie śpieszymy. Mój dziadek, którego poznałem w wieku dwudziestu kilku lat (to historia na odrębną historię, zresztą częściowo zużyłem tę fabułę w "Aksamitnym Anschlussie", zbyt była soczysta, by się zmarnowała), na żadne pytanie nie odpowiadał wprost. Pytasz go: "Czy w tej chwili noc jest dłuższa od dnia czy odwrotnie?" A on: "Widzisz, żył sobie pewien zając. Miał dwa zagony kapusty...." i snuł coś na kształt przypowieści, a kończył: "I tak właśnie jest z dniem latem - jest dłuższy od zimowego, i dłuższy od nocy". Ale to nie była właściwa dygresja, teraz się dopiero zaczyna. Mianowicie, czy to się komuś podoba, czy nie, w życiu człowieka sytuacji śmiesznych i ciekawych, przygód i wyczynów nie ma aż tak wiele, by można było o nich opowiadać bez końca, nie zmieniając słuchaczy. Widzę to po sobie: co usiłuję dzieciom jakiś ciekawy czy umoralniający moment przytoczyć - uderzam łbem w tekst: "Ojciec, myśmy to już słyszeli!". Skoro więc dwudziestoletni ludzie już zdążyli poznać wszystko, co było interesujące w moim życiu, to co dopiero mówić o żonie? Znaczy - życie jest szare, standardowe i nudne, i tych gwiazdek wartych zapamiętania i kolportowania jest nie tak znowu wiele. Dobra, ja nie wiedziałem tego czterdzieści lat temu, moim ulubionym zajęciem było opowiadactwo. Gdybym żył dziesięć wieków temu, wędrowałbym pewnie od miasta do miasta, od wiochy do wsi, i opo-wia-dał. Gadał, bajał. Truł. Zmyślał.

Może, zresztą, tak było, i moje wcześniejsze JA, tak właśnie żyło? A w tej reinkarnowanej wersji, jaką teraz przeżywam, odbywa się okrojony wariant MNIE?

W każdym razie - opowiadałem. Zawsze otaczał mnie krąg rówieśników, a ja nawijałem. Trafiłem na studia - idealne warunki. Prawie dziewięćdziesiąt osób na roku, w tym pięciu czy sześciu facetów, siłą rzeczy i płci stawaliśmy się pewnego rodzaju jądrami zainteresowań. Byłem sam w grupie dwudziestu kilku kobiet, no to co ja robiłem - nawijałem i nawijałem, i gadałem.

Ale, raptem i niespodziewanie, skończyły się studia. Zostałem ja z żoną. W pracy, panie, nie ponawijasz, choć i tam sobie używałem, ale to już nie to. A ileż można katować małżonkę? I nagle odkryłem dla siebie tubę: pisarstwo. To jest też nawijanie, tylko nie miele się jęzorem, a majta palcami (bo ja od pierwszego tekstu nastawiłem się na maszynę). A poza tym - fantastyki było na rynku upiornie mało, to były - przypominam - czasy, kiedy wychodziło jakieś dziesięć do dwunastu książek fantastycznych.

W roku.

Element do elementu i złożyło się: mogę gadać i na dodatek może rozruszam fantastykę. Bo jakoś tak sobie naiwnie dość wyobrażałem, że to nie wina wydawców, bo oni by chętnie wydali - przecież książki fantastyczne schodzą jak wódka w Pewexie, tylko się ludziom nie chce pisać. Więc wyprowadziłem taki ciąg myślowy: " Ja zacznę pisać, może inni pójdą w moje ślady, i kiedyś dożyjemy takich czasów, że będą wychodziły ze dwie, a może i trzy (żeby tylko nie przegiąć!) książki w miesiącu?!?".

No i masz - tak się stało! Ja zacząłem pisać (1980 plus minus rok, nie pamiętam), i już po kilku latach na rynek zwaliła się fantastyka w dowolnej niemal ilości. W chwilach silnego zadufania przypisuję sobie sporą zasługę w rozkręceniu boomu na fantastykę... I proszę mi udowodnić, że tak nie jest...

A Tutaj:

  • Wywiad z rzeki :) ....... Druga część wywiadu z Eugeniuszem Dębskim


  • Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja