Aktualizacja: 20.06.2017
"ŻYCIE W RYTMIE NEGATYWNYM"
Antologia "Spotkania w przestworzach 3" 1980
W komputer wpisał Rafał Ostapko.

Kliknij aby powiększyć

Dopiero czwarty sygnał budzika spędził Tima Patterby z wygodnego łóżka. Rzecz jasna cały piękny plan diabli wzięli. Nie zacznie, tak jak to sobie obiecywał wczoraj, dnia od gimnastyki, nie uzbiera paru Punktów Pozytywnych, ot, tak - "na dobry początek". I, co gorsza, niezbyt się tym wszystkim przejął: takie postanowienia nie były nowością w jego życiu. Oczywiście, ani razu nie udało mu się zrealizować zamierzeń z poprzedniego dnia Pech, czy co? Przecież inni jakoś się dostosowali, mają całkiem ładne Konta Pozytywne, mogą brać urlopy i leniuchować nawet po kilka dni, a poza tym chyba nikt nie ma tak niskiego WE jak on. Cholerny świat!

Powlókł się do łazienki. Nie miał już czasu na ręczne pompowanie wody, musiał skorzystać z automatu, to samo z goleniem - do szesnastu Punktów Negatywnych za budzenie doszło jeszcze trzydzieści. Zresztą, takie późne wstanie pociąga za sobą całą serię: woda, winda, subikar... Nie sposób się z tego wyplątać, trzeba by raz wstać wcześniej. Tim był pewien, że kiedyś mu się to wreszcie uda. Ooo! To będzie piękny dzień - cala seria pozytywów, jakieś małe, zupełnie malutkie szaleństwo, wcześniej spać, WCZEŚNIEJ! Następnego dnia wstanie na pierwszy sygnał budzika... I tak wejdzie w ten cudowny rytm, bez ciągłego pośpiechu, niepowodzeń i stresów. I najważniejsze - Lucy! Skończy z Lucy! Eeech!

Marząc tak, nie tylko nie nadrobił chociażby części opóźnienia, ale jeszcze je powiększył. W rezultacie, w przystępie rozpaczy, skorzystał z kilku jeszcze automatów - masaż, karfa, tost, czyszczenie ubrania i butów. No i nastukało prawie dwieście punktów. Na dodatek zapomniał sumatora, dopiero drzwi przypomniały mu o tym. Poważne wykroczenie - jeszcze czterdzieści PN.

Koniec! Nie wygrzebie się z tego za diabła! Nie miał już zbytniego wyboru - musiał zjechać windą, nie było mowy o spacerze do przystanku subikara albo przebieżce do biura. Właściwie, to Tim oszukiwał sam siebie - spóźnienie do pracy dawało mniej negatywów niż korzystanie z windy i przejażdżka subikarem, wolał jednak brnąć dalej w negatywy. Wprawdzie zmusił się do przebiegnięcia kilku kroków, ale gdy zerknął na sumator... Rany boskie! Tylko cztery pozytywy?! Cholera! I opłacało się biec? Inny to zrobi paręnaście kroków i już ze trzydzieści Punktów Pozytywnych, a on? PN to łapie bez trudu, ale żeby nazbierać PP... Co to, to nie! Ten przeklęty Współczynnik Efektywności!

Jadąc, zastanawiał się któryś już raz, czy można sfałszować komuś WE tak, by ktoś inny miał go zawyżony. No bo przecież taki Matthews, licznik PP bije mu jak wściekły! Co by nie zrobił - dziesiątki i setki pozytywów. Nazbierał w zeszłym roku osiem dni urlopu! I też bezdzietny. A niech to wszystko kropik kopnie! I przede wszystkim tych cwaniaczków, którzy wymyślili PP, PN, WE i całą tę resztę! "Ludzkości grozi absolutna degrengolada!". "Cywilizacja leniuchów wymiera!!!". "Postęp nośnikiem zagłady!" Doczekaliśmy się! Przymusowa praca, wysoko punktowana sprawność fizyczna, konieczność ograniczeń w korzystaniu z robotów i wszelkich innych mechanicznych pomocników. Niech żyje sport! Ruch! Energia! Witalność! A tacy, jak on?

Po zdziwionych twarzach pasażerów zorientował się, że znowu skrzywił się jak do płaczu. Wyskoczył, zanim pojazd stanął na przystanku (trzy PP) i niby - energicznym krokiem (zero PP - sumator nie da się oszukać) podążył do wieżowca. Oczywiście skorzystał z windy, prawie pustej o tej porze, bo inni albo już byli na swoich miejscach, albo biegli po schodach, by wyzerować spóźnienie. A Timowi było już wszystko jedno.

"Trudno. Dzisiaj jeszcze sobie odpocznę. Zacznę od jutra. Grunt to wpaść w rytm, potem już pójdzie łatwo. Urlop! Urlopu mi trzeba! Jutro".

Praca, jaką wykonywał w Pee, Pee Pee C, nie była najciekawsza, wymagała niewielkiego wkładu energii, a co za tym idzie, trzeba było ją wykonywać bezbłędnie, żeby wyjść na jakieś przyzwoite konto PP pod koniec roboczego dnia. Ci wszyscy szczęściarze z wysokim WE mieli, oczywiście, o wiele bardziej "dochodowe" zajęcia.

Segregował ponuro fiszki na jedenaście stosów, leniwie rozrzucając je po całym biurku. Oczywiście taka praca była bardzo nisko punktowana. Po godzinie sumator ironicznie pulsował dwucyfrową zaledwie liczbą, a przecież na koncie strat Tim miał już dwieście sześćdziesiąt PN.

Uznał, że przy tak krzywdzącej punktacji nie ma sensu przemęczać się. Rozmyślał chwilę, czy aby nie zrobić sobie samemu karfy, uniósł się nawet lekko z fotela i może gdyby zerknął w tej chwili na sumator (albowiem ten sprytny przyrządzik, jakby z nadzieją, rozjarzył się zielonym światłem konta pozytywnego) wstałby nawet. Ale nie zerknął, oklapł w fotelu, a sumator, beznadziejnie błysnąwszy żółtym światełkiem, przełączył się na PN.

-Duża filiżanka karfy. - Tim odchrząknął i dodał: - Włącz vizor. Z rezygnacją machnął ręką. Sumator nie raczył policzyć tego gestu. Żadnych PP. Ale nie zapomniał dodać do ogólnej sumy stu dziesięciu punktów za karfę i vizor.

Karfa była fatalna. "Idiota, sam bym zaparzył lepszą" - pomyślał, zapominając, że powtarzał to sobie codziennie. Niezbyt dobra karfa z automatu była jeszcze jednym bodźcem do zaparzenia jej własnoręcznie. Ostrość obrazu w vizorze też nie była najlepsza a w dodatku dawali jakiś nudny program popularnonaukowy. Należało wstać, poprawić jakość wizji, znaleźć coś ciekawego, tylko Tim znajdował się już na równi pochyłej, a i nie dążył nawet do powstrzymania wzrostu PN na swoim koncie.

- Popraw, do cholery, ten obraz! I program. Szybko! (25 PN).

Automat posłusznie wykonał polecenie. Na ósemce był Bieg Najwyższych WE.

- Ósmy program! (dziesięć PN).

No, jeszcze trochę i byłoby za późno. Właśnie wystartowali. Dwudziestu mężczyzn z najwyższym Współczynnikiem Efektywności ruszyło do biegu na osiem okrążeń stadionu. Pogoda ładna, trybuny wypełnione do ostatniego miejsca. "Skąd oni mają tyle wolnego czasu?" Znowu się oszukiwał, wiedział świetnie kto i za co otrzymuje urlop.

Biegacze posuwali się do przodu niezbyt szybko. W końcu nie chodziło o najszybsze przebycie trasy, aczkolwiek i to się liczyło. Ale w sumie trzeba było tylko zmieścić się w limicie czasu. I zużyć na sam bieg jak najmniej energii, biec jak najekonomiczniej, jak najmniej spalać. Trzeba było tylko wykorzystać swój wysoki WE. I wygrać. Trzy tygodnie lenistwa' w pełnym komforcie. Jest o co walczyć...

Przebiegli już sześć okrążeń, tempo trochę wzrosło. Wielki Sim, zwycięzca dwóch poprzednich biegów, przyspieszył nieco. Widocznie chciał wygrać w sposób niepodlegający dyskusji. Większość rywali została w tyle. Ciułacze kalorii, nie spieszyli się. Wierzyli w swoje WE, albo nie wierzyli w możliwość wygrania z Simem. Zobaczymy.

Ostatnie okrążenie. Sim Slade przyspieszył jeszcze trochę, oderwał się od tych nielicznych, którzy usiłowali dotrzymać mu kroku i pierwszy minął linię mety. Pozostali równym krokiem dobiegali do kreski na bieżni, zaraz za nią gwałtownie zwalniali - szkoda energii, kładli się na leżakach. Obliczanie wyników trwało około trzech minut.

Tim zdążył zamówić jeszcze jedną filiżankę karfy, omal nie zakrztusił się pierwszym łykiem - po raz trzeci z rzędu wygrał Slade! Nowy, fantastyczny rekord biegu - 223 Eq!!! Z zadowoleniem odchylił się w fotelu, Sim byt jego faworytem. Doskonały jest ten facet! I jaki WE! Może to i niesprawiedliwe, że jeden zużywa na tę samą czynność więcej energii niż inny, ale trudno. Takie czasy! A Slade to wielka klasa. Bomba!

Zwycięstwo Sima dostarczyło Timowi doskonałego pretekstu do kolejnych szaleństw. Zapalił ziccuro i nawet zamówił kieliszek soffti. Dwieście PN!

Reszta dnia była dopełnieniem jego początku, toteż gdzieś około czwartej Tim zdjął z ręki sumator i wsadził do kieszeni. Obrażony mechanizm błyskawicznie zareagował doliczając do konta sto PN. W każdym razie, pod koniec dnia, gdy, niestety, nie było już po co szwendać się po ulicach i zabrakło pretekstu by nie iść do domu, konto punktowe Tima Patterby wynosiło ponad siedemset punktów. Ujemnych!

Wrócił do domu, zrezygnował z wchodzenia po schodach, drzwi otworzył kopniakiem. Nie odpowiedział na "dzień dobry" Lucy.

Co ci jest, kochanie? - słodycz jej głosu w takich chwilach doprowadzała go do szału.

Co ci jest! Co ci jest! - zaczął wrzeszczeć. - Co się głupio pytasz? Może nie wiesz? No to ci powiem - to samo! Już wiesz! Cieszysz się, co? To woda na twój młyn, nie zaprzeczaj. Milcz! Ale to się kiedyś skończy, wspomnisz moje słowa! - krzyczał, chociaż Lucy już wyszła z pokoju. Przywykła do takich awantur, więcej - bała się dnia, w którym Tim wróci z pracy w świetnym, humorze.

Przypomniał sobie o sumatorze, wyjął bransoletkę z kieszeni, zerknął na tablo. Nieźle, trzydzieści sześć PP. No, miewał już lepsze osiągi za kłótnie, ale dobre i to. Może ta garść pozytywów to zwiastun lepszego, pozytywnego jutra?

Uspokoił się, włączył vizor, przejrzał swoje dzisiejsze konto. Podsumował. Siedemset osiemdziesiąt trzy. Do kitu. Tylko siedemnaście punktów zostanie na rano. Mało.

- Tiim! No chodź już - znowu to słodkie gruchanie. Fala wściekłości zalała Tima. Dlaczego, do cholery, kobiety otrzymują czterdzieści tysięcy PP za urodzenie dziecka?! I czy to jego wina. że jest mężczyzną? I co go w końcu obchodzi katastrofalny spadek liczby ludności na świecie?

Zdarł z siebie ubranie i powlókł się do sypialni zarobić swoje osiemset PP.