Aktualizacja: 29.09.2017
"Wydrwiząb"
Zbiór opowiadań "Królewska roszada"
Magazyn Fantasy "Złoty Smok" nr 2(4) luty 1995

Kliknij aby powiększyć

Jechali od świtu, wolno, stępem, miarowo, nudno, aż dzień doczołgał się do południa, przewalił przez upalny szczyt i zaczął podążać ku chłodniejszej porze. Na razie jeszcze słońce świecąc z tyłu skracało cienie, więc kopyta koni uderzały we własne ciemne sylwetki na dobrze utrzymanym trakcie, leniwe obłoczki kurzu chwilę wisiały w powietrzu, a potem osłabione upałem i zniechęcone, bo jeźdźcy już odjechali, opadały oczekując na mocniejszy wiatr i innych konnych, którym można by bez przeszkód wpaść do ust i płuc. Jeden z wędrowców, wysoki, szczupły w kapeluszu, spod którego wysuwał się pojedynczy gruby warkocz i ociężale spoczywał na plecach, zerknął na towarzysza i uśmiechnąwszy się pod nosem powiedział:

- W takich kępach lip - Brodą wskazał kierunek: przed nimi droga zanurzała się w zagajniku - lubią tryskać źródełka. Pamiętam kilka... - Przewrócił oczami i cmoknął z rozkoszą. - Woda w nich lodowata i pachnie miodem.

Drugi konny, ciężej zbudowany i nieco niższy, z kawałkiem lekkiej dery narzuconym na głowę i kark, przyjrzał się uważniej zagajnikowi przed sobą, wzruszył ramionami. Prychnął.

- Dobrze by było - wychrypiał. Łokciem wytarł pot spływający z czoła do oczu. - Spali się wszystko...

Miał na myśli - jak zrozumiał pierwszy jeździec - uprawy. Rzeczywiście, jeśliby ktoś przyjrzał się polom po obu stronach drogi zauważyłby, że w równych, pozostawionych przez lemiesze bliznach ledwie tli się zielone życie. Rośliny wzeszły kiedyś ochoczo, wiosna była soczysta, wilgotna, wczesna, ale zaraz potem korzenie spiły prawie całą wodę i kiełki niemal zatrzymały się w rozwoju. Powstał miły dla oka równy dywanik ulistnionych łodyg, jeszcze - mimo panującej suszy - zielonych. Wysoki zachichotał chrapliwie, odkaszlnął i splunął niemrawo w bok.

- Nibyś wędrowiec, Cadronie, niby obieżyświat, a... Co to tam z butów wyłazi? - zakpił ochryple.

- Palce mi wyłażą przede wszystkim. - Na dowód Cadron wysunął nogę ze strzemienia i wyprostowaną uniósł do góry. Podeszwa natychmiast opadła w dół trzymając się tylko gdzieś w okolicach obcasa. Zamajtał stopą. - Niczym pies, co się naganiał za suką. - I zakończył klnąc bez szczególnego zapału: - Żeby to ch-chudy bąk...

Uśmiechnęli się obaj, ale niemrawo, płytko i sucho. Słońce paliło. Cadron jak królik poruszył wargami zbierając wilgoć z zakamarków ust. Zamierzał splunąć, ale się rozmyślił.

- Nic nie ujmując twojej, Hondelyku, wiedzy - Pochylił się w siodle, oparł o łęk skrzyżowanymi łokciami - ale strumienia tam być nie może... - Mówiłem o źródle - przerwał mu Hondelyk. - Załóżmy się, kto ma rację nie czyści przez dekadę koni, co?

- Stoi.

Ciąg dalszy do przeczytania w najnowszym zbiorze... W przyszłości być może "On Line"...