Aktualizacja: 29.09.2017
"SZATA DEJANIRY"
Antologia "Spotkania w przestworzach 3" 1980
W komputer wpisał Rafał Ostapko.

Kliknij aby powiększyć

   Naprawdę przestraszyłem się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem kropelkę potu spływającą po szkle okularów. Dotychczas wcale nie odczuwałem gorąca mimo kilkugodzinnego stania na słońcu, więc albo zacząłem się pocić z narastającego stopniowo strachu, albo powłoka nie wytrzymała walącego z nieba żaru. Albo nie chciała wytrzymać.

   Nie, na pewno wytrzyma, przecież to już trzydziesty siódmy test. Chociaż... może nie tylko mózg sfiksował? Żebym mógł sprawdzić co z Linkiem! A co zresztą może być, pewnie też tak sterczy jak ja. Przecież coś by zrobił gdyby mógł. Spróbowałem jeszcze raz popatrzeć na Linka, przesunąłem gałki oczne maksymalnie w prawo, ale gdzie tam! Spojrzałem dla odmiany w lewo, potem jeszcze raz w prawo i trochę w dół. Jest! Zobaczyłem cień na tym cholernym piachu, jest! Stoi nieruchomo. Jasne. To nie przypadek, zorganizowana akcja. Tylko jak to się mogło stać? Ten dumy plastik chyba sam tego nie wymyślił! Ktoś musiał w tym maczać paluchy. Ostrzegałem, cholera. Czułem, że to śmierdząca sprawa. Zbyt wszystko było piękne, zbyt gładko szło. Znaleźli sobie idealnego sługę, który tylko myśli jakby tu przysłużyć się człowiekowi! Durnie. A największy dureń to Eliot. Nie, nie Eliot, największy cymbał to ja! Tak się dać wkopać! A nie chciałem. I co z tego, mogłem teraz tylko pocieszać się, że miałem rację. Nie mogłem nawet powiedzieć tego Eliotowi,co tam Eliotowi! Link stał tuż obok i też nie mogłem pochwalić się swoją przenikliwością. Trzeba było wcześniej, wtedy, gdy wróciłem z ostatniego patrolu. Wtedy...

   Bardzo mnie wtedy zdziwiło to wezwanie do anonimowego szefa dziewiątej sekcji Centralnego Instytutu Nowych Technologii. Byłem już na urlopie, miałem zaklepany pobyt w nowiutkiej starej karczmie na brzegu jeziora, wysłane wszystkie niezbędne dla standardowej nudy akcesoria: wędki, ubrania, łódź itd., słowem, zapowiadały się cztery tygodnie nieziemsko ziemskich wakacji. Eeech! Należało mi się, szesnaście miesięcy sam na sam z ekranami i próżnią. A tu masz! Czego oni ode mnie chcą? Polazłem.

   Nie wiedziałem, że sekcja ta była aż tak ważnym oddziałem CINTE. Wartownicy, sprawdzanie wezwania, kody, odciski palców. Na korytarzach co piętnaście metrów przegrody pancerne. Co tu pichcą? Prowadzący mnie do szefa strażnik wskazał drzwi do pokoju na końcu korytarza, odwrócił się i poszedł do wyjścia. Pchnąłem szarą płytę, ale nie otworzyła się, natomiast rozjarzył się kolejny dekoder. Przyłożyłem żeton do pulsującego różowo prostokącika na drzwiach, po sekundzie światełko zmieniło się na zielone, zabrałem żeton i nacisnąłem w tym miejscu kciukiem. Zagłębił się jak w gęstą ciecz, poczułem łaskotanie, wyciągnąłem palec i wreszcie drzwi otworzyły się.

   W progu stał Eliot, musiał wiedzieć, że doszedłem już do jego pokoju i czekał aż zakończę procedurę z tymi kretyńskimi drzwiami. Wyciągnął do mnie dłoń.

    - Nooo, nareszcie stary! Długo tu szedłeś.

    - Nie wygłupiaj się, przecież to nie ja wymyśliłem ten kordon wokół tego gabinetu.

    -Ja też nie, ale co robić  - machnął ręką w głąb pokoju.  - Może wejdziemy dalej  - odwrócił się i poszedł pierwszy. W rogu stał maty stolik, dwa fotele. Pomyślałem, że przygotował się na to spotkanie. No, no! Sławny uczony i skończony już właściwie kosmonauta. Przecież nie chodzi mu o wspólny dla nas obu fragment dzieciństwa?

   Obserwowałem go, gdy nalewał jakiś alkohol do szklanek.

    - Cooo? Współczynnik czego? - teraz mnie zaskoczył.

    - Współczynnik nieobliczalności. Nie najzręczniejsza nazwa, ale dopiero niedawno zaczęto to obliczać i brać pod uwagę. Nie martw się, z czasem znajdzie się coś dźwięczniejszego. O! Może współczynnik Hoggara?

    - Bez wygłupów z moim nazwiskiem, dobrze? Lepiej powiedz, co to takiego?

    - To znaczy, że jesteś cholernie ciekawski, impulsywny, masz zdolność przewidywania, czyli tak zwaną intuicję, dobrze rozwinięte poczucie humoru, spryt i jeszcze parę cech, które nie są tak dobrze wykształcone u innych kosmików. To chłodne automaty, szybsze, pewniejsze, niezawodniejsze od ciebie. I młodsze. Nowe pokolenie. Może dlatego nie posiadają tych wszystkich cech. A do testowania moich nowości bardziej nadają się goście tacy jak ty. Dlatego też mam dla ciebie propozycję, właściwie dwie. Sądzę, że przyjmiesz pierwszą. Wtedy sprawa bardzo się uprości.

    - Nie lubię prostych spraw, ale spróbuj.

    - Proponuję ci przejście do mojej sekcji.

    - Nie  - od dłuższej chwili czułem co się święci i zdążyłem już przemyśleć odpowiedź.

    - Szybko podjąłeś decyzję.

   - Moje reakcje są spowolnione, ale bez przesady.

   -- Mam nadzieję, że z czasem zmienisz zdanie, ale to później. Oto wariant numer dwa mojej propozycji. Chcę, żebyś przetestował dla mnie jedną rzecz.

   Jeszcze lepiej. Byłem pewien, że wokół tej właśnie rzeczy kręci się cała ta rozmowa. Potrzebny byłem Eliotowi do jednego tylko zadania, ale za to bardzo byłem potrzebny. Co to za robota? Skoro chce mnie kupić mimo tych wszystkich cech, które wyłączyły mnie z dalekiego zwiadu, a właściwie dla tych właśnie cech? Cholera? Miał rację z tą małpią ciekawością. Zaczęło mnie to diabelnie intrygować. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że mój ewentualny nowy szef nie piśnie słówka, dopóki nie zgodzę się na jego propozycję. Postanowiłem jednak spróbować.

   Co to za. robota?

   -- Nie bądź śmieszny. Przecież wiesz, że nic ci nie powiem. Nie powinienem nawet zdradzić, że pojemnik z dokumentacją ma malusieńką złotą gwiazdkę na pokrywie. Tuż nad napisem ,,TOP SECRET". Mam nadzieję, że już zapomniałeś to co ci powiedziałem?

   Wypuściłem ze świstem powietrze, które przed chwilą wciągnąłem do płuc. Ooo! Niech to! Miałbym zmarnować taką okazję? Ja? Zdołałem przez chwilę zachować nieruchomą twarz. Ale oczywiście byłem już zdecydowany.

   - Jakie warunki? - zdobyłem się na jeszcze jedno pytanie, bez sensu zresztą, bo odpowiedź wcale mnie nie interesowała.

   Eliot zarechotał głośno, zwijał się w fotelu i walił rękami w uda. Chwilę patrzyłem na niego zdziwiony, potem też zacząłem się śmiać. Zarykiwaliśmy się przez chwilę, wreszcie, po serii chichotów, uspokoiliśmy się.

   -- To co, wypijesz jeszcze jednego z przełożonym?

   -- Jasne. Eliot, te opinie fachowców w moich aktach rzeczywiście są absolutnie pełne. Wiesz o mnie wszystko, mimo, że nie widzieliśmy się od szkoły. Wiedziałeś, że wezmę tę robotę?

   -- Byłem przekonany w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach. Gdybyś odmówił, mówię ci to w zaufaniu, wnioskowałbym o rewizję wyników twoich ostatnich badań lekarskich.

   Wstał i raźnie podskoczył do wnęki z butelkami. Pomyślałem, że sądząc po wyraźnej uldze, z jaką przyjął moją zgodę, nie był aż taki absolutnie pewien wyniku pertraktacji. Wrócił i podał mi naczynie z rubinowym dla odmiany płynem.

   -- Spróbuj tego  - łyknął sporo. Mlasnął. Ja też pociągnąłem.

   -- Niezłe. Jeżeli choć raz w tygodniu będziesz mnie zapraszał do swego gabinetu na drinka, to zgadzam się nawet na szorowanie zbiorników po skwaśniałym białku  - delikatnie przypomniałem, że czekam na otwarcie kart.

   - Białko nie kwaśnieje  - rozwalił się wygodnie w fotelu.  - Ale wiem, co chciałeś przez to powiedzieć.  - Sięgnął pod blat stolika i wyjął stamtąd małe prostokątne pudełeczko z kilkoma przyciskami. Nacisnął po kolei dwa guziczki. Jedyne okno zasłoniła roleta, zrobiło się ciemno. Na pustej ścianie po mojej lewej ręce biało rozjarzył się ekran. Eliot spojrzał na mnie.

   - Uwaga!  - nacisnął jeszcze jeden przycisk.

   Nic wielkiego nie wydarzyło się, po prostu ekran zabarwił się na żółto. Eliot przycisnął guzik jeszcze raz. Tym razem ekran zszarzał. I nic więcej. Bocowssky wyłączył rzutnik, w pomieszczeniu rozbłysło światło.

   - To jest właśnie twoja robota  - wyraźnie kpił z mojej ciekawości.

   - Rozumiem. Mam siedzieć i mówić jaki kolor widzę. Reszta ludzkości cierpi na daltonizm, a ty chcesz ją z tego wyleczyć. Wiedziałem, że to jakaś bomba, ale nie przypuszczałem, że to coś aż tak ważnego.  - Wychyliłem się z fotela i poklepałem go po kolanie.  - Dziękuję ci, stary.

   - To zaczęło się bardzo dawno temu  - skończyły się żarty, Eliot zaczął mówić serio.  - Od bakterii, które miały pożerać śmiecie i produkować z tego tlen. Potem były dziesiątki lat prób, doświadczeń, błędnych koncepcji, sukcesów, aż w końcu doszliśmy do tego  - znowu nacisnął dwa guziki. Na ekranie pojawił się jakiś pojemnik z żółtą masą. Zrozumiałem teraz, że pierwsze zdjęcie, jakie mi pokazał to była właśnie ta masa w dużym zbliżeniu.  - To są, powiedzmy, bakterie skrzyżowane z polimerami, które gdy chcą tworzą dowolnego kształtu powłoki. Powłoki ochronne, niesłychanie wręcz trwałe i odporne na wszystko, co można sobie wyobrazić: temperaturę, ciśnienie, kwasy, promieniowanie, uderzenie, zgniatanie itd., itd. Mają fantastycznie rozwiniętą zdolność regeneracji, a więc gdy któraś nie wytrzyma katowania, natychmiast jej miejsce zajmuje inna. Właściwie ich odporność polega na tej błyskawicznej regeneracji. No i produkują tlen. Nie tak może dużo, ale dziesięć litrów bakterii wystarczy by człowiek miał czym oddychać w zamkniętym hermetycznie pomieszczeniu.

   -- Chyba trochę przesadziłeś. Z czego będą wytwarzać tlen?

   -- Z potu. Z moczu. Ze śliny. Możesz poświęcić ubranie, a gdy-

   byś jeszcze miał parę garści piasku  - mniam, mniam!  - podniósł do góry brwi i pokiwał z zachwytem głową.

   Zerwałem się z fotela, podskoczyłem do niego z wyciągniętą ręką. Złapałem jego dłoń i potrząsałem nią w uniesieniu.

    - Eliot! Stary druhu! Już wszystko wiem! Potrzebny ci jest facet ciekawski, przewidujący i dowcipny, tak?  - coś chciał powiedzieć, ale nie dałem mu dojść do słowa. Teraz ja mogłem choć trochę się odegrać.  - Zamkniesz mnie z kubełkiem swoich dzidziuśków, a ja będę musiał przewidzieć na co one aktualnie mają ochotę: garść włosów, lewą nogawkę, trochę siusiu czy poleżeć na moich spoconych plecach. I będę im opowiadał dowcipy. I grzebał z ciekawością w kubełku paluchem. Oooo!

   Puściłem jego rękę, złapałem się za głowę i zacząłem kołysać w ekstazie. Jęczałem cichutko w bolesnej rozkoszy. Eliot w końcu połapał się w tej scenie. Uśmiechnął się.

    - No już dobrze, dobrze. Uspokój się. Wiem, że chcesz wywrzeć jak najlepsze wrażenie na swoim nowym szefie. Możesz być pewien  - masz poczucie humoru. Ta, tak mi potrzebna, część twojej osobowości została ci zaliczona. Przyznaj się  - spadł ci kamień z serca? No. Jeśli równie dobrze masz rozwiniętą zdolność jasnowidzenia, to przestanę ci cokolwiek opowiadać. Przecież wiesz już wszystko.

   Znowu był górą, wpakowałem się w fotel zdecydowany czekać potulnie aż powie co ma do powiedzenia.

   -- Już będę grzeczny. Mów.

   -- Taka powłoka jest idealnym tworzywem na przykład na skafander. Rozumiesz? Chroni przed żarem, mrozem, trującą atmosferą. Produkuje tlen, więc niepotrzebne butle. Nie musisz się wlec w ciężkim skafandrze ciśnieniowym, idziesz sobie w lekkiej, elastycznej, miękkiej, słowem idealnej powłoczce i kontemplujesz widoczki. Wiesz, co musisz tylko zrobić? Ogolić się dokładnie. Cały. To wszystko. I pokonać przyzwyczajenie do ciężkiego, "pewnego" skafandra.

   To rzeczywiście była bomba. Takie ubranko rozwiązałoby masę różnych problemów. Genialne. Zaraz...

    - Chwileczkę, a jak zmusisz te bakterie, żeby siedziały grzecznie na jakimś facecie i chroniły przed wszystkimi plagami?

    -- Powiedziałem, że są to bakterie, które gdy chcą... Gdy chcą! Patrz  - znowu na ekranie pojawiła się szara masa. - Te żółte to tylko wykonawcy, a to jest dopiero cud! To jest mózg! On wydaje polecenia. Ma zadane parametry potrzebne człowiekowi do życia: temperaturę, ciśnienie, mieszanka tlenowa. I w zależności od warunków otoczenia reguluje grubość powłoki, ilość tlenu itd. Ciebie nic to nie obchodzi. O kosztach produkcji tych skafandrów w ogóle nie ma co gadać.

    -- Czy ty chcesz mi wcisnąć, że to coś będzie służyło człowiekowi? Że to jest jedynym jego celem? A czy taka kolonia nie chciałaby, na przykład, strzelić sobie jednego zamiast szwendać się po jakiejś zakichanej planecie i martwić czy Cleo Hoggar nie zrobi sobie przypadkiem krzywdy?

    -- Posłuchaj, ta powłoka, nawiasem mówiąc nazwaliśmy ją Yelli. niczego nie zrobi bez polecenia mózgu...

    -- A mózg?

    -- Daj mi skończyć. To, co mózg ma robić, to dla niego betka. Jest wykorzystywany w jakichś siedmiu procentach. Ale nie może niczego zrobić sam. Jest sterowany, tak jak najpodlejszy komputer, ale ma niesłychanie proste, prymitywne rzec można, programy. I to tylko trzy. Program "Ubrać", program "Trwać", program "Zdjąć". Nic więcej nie zrobi. Zabezpieczyliśmy się, spokojna głowa. Poza tym, to nie jest inteligencja typu ludzkiego czy nawet zwierzęcego, już prędzej maszynowego, chociaż też nie za bardzo. W każdym razie nie ma żadnego niebezpieczeństwa.

    Chyba wie co mówi.

    -- A po co w takim razie najwyższa klauzula tajności?

    -- Tu już nic ci powiedzieć nie mogę  - nagle odwrócił się od ekranu i mruknął: "Na tej cholernie brudnej Ziemi coraz trudniej oddycha się". Po sekundzie już patrzył na mnie oczami niewiniątka.

    A więc to tak?! Najpierw kosmos, potem... A ja mam zacząć tę przebierankę! Eliot wtedy pomylił się. Spędziłem na Ziemi nie dwa, lecz cztery miesiące, nauczyłem się bez wstrętu włazić w tę cholerną maź. na pamięć wiedziałem, który z trzech guzików na mikrotablo odpowiada ubraniu czy rozebraniu. Nie dławiłem się już, gdy wargi sklejała tłusta i ciepła masa, która na dodatek wciskała się później do nosa. Nauczyłem się oddychać tylko ustami, powietrzem dopływającym dwoma zgrubieniami w kącikach warg. Opanowałem Yelli, ale wcale jej nie polubiłem. I nie przestałem nieufnie odnosić się do tego dziecka Eliota.

    I to ja w końcu miałem rację. Ale cena, jaką miałem zapłacić, nie pozwalała mi cieszyć się z tego zwycięstwa. Mogłem tylko wyobrazić sobie jak Eliot, zaniepokojony przedłużającym się milczeniem, dociera tutaj za parę miesięcy i znajduje... No właśnie, co znajdzie?

    Trzydziesty siódmy test w warunkach gorącej planety rozpoczął się bez żadnych odchyleń od normy. Depilacja, kąpiel, mocowanie sterownika. Link skinął głową  - wszystko w porządku i nacisnął zielony przycisk. Patrzyłem jak z pojemnika wylewa się mózg i szybko wpełza na Linka. "Usadowił" się na swoim miejscu pod pachami, a po chwili z innego, większego naczynia wylazła powłoka i dokładnie pokryła Linka. Znowu skinięcie. Jest tlen. Teraz ja. Powtórzyłem operację i po chwili, po sprawdzeniu przez tester i umocowaniu małych radiostacji, wyszliśmy na powierzchnię globu. Siedemdziesiąt stopni w cieniu, dwukrotne ziemskie ciśnienie, ciążenie prawie rodzime. Kultura.

    -- Link, gdzie dzisiaj pójdziemy?

    -- A co to za różnica, gdzie chcesz.

    -- No to prosto.

    -- O'key. Ty pierwszy.

    Szliśmy w takim szyku prawie godzinę. Nie tylko szliśmy, trochę biegliśmy, trochę leżeliśmy. Nie rozmawialiśmy prawie wcale, Link należał do tej nowej, niezawodnej generacji kosmików. Milczek, jak oni wszyscy. Znakomicie przygotowany do samotnych zwiadów, ale jako kompan dla mnie... Właśnie schodziliśmy z jakiegoś pagórka, gdy usłyszałem jakiś jakby jęk, chciałem się odwrócić, ale było już za późno. Stwardniałem na kamień. Inaczej tego nie można określić. Skafander zmienił się w kamienną skorupkę grubości paru milimetrów i twardości diamentu. Rzucałem się wewnątrz skafandra, ale przeklęta Yelli przylegała jak skóra. A jak się okazuje wewnątrz skóry zupełnie nie ma luzu. Tego uczucia nie da się opisać, niby stałem, ale ciężar ciała nie spoczywał na stopach, jakoś dziwnie rozkładał się na całe nogi Oczywiście dopiero potem zacząłem analizować swoje położenie, najpierw cholernie się zdziwiłem. Tym bardziej, że dotychczas wszystko szło doskonale. Yelli spisywała się na medal i nagle - masz! Nie mogłem nic zrobić, nie mogłem dotknąć nawet sterownika. Usiłowałem rozkołysać bryłę, w jaką się zamieniłem - może wstrząs przywróci stan sprzed "skrzepnięcia" Nic z tego nie wyszło, nie zdołałem się wywrócić. Przestałem się szarpać, zacząłem główkować. Niewątpliwie zepsuł się sterownik. Tylko dlaczego? I dlaczego równocześnie u mnie i u Linka? To nie mogło być przypadkowe. Postanowiłem porozumieć się z kolegą, wprawdzie nie mogłem również poruszać ustami, ale chyba da się wymruczeć parę słów. Dziwne, że szybki Link na to nie wpadł.

   - Jiink, jiink, czo u ciedzie? Jink! Czo szie ształo?

   Cisza. No, to tylko brakowało jeszcze, żeby radiostacja wysiadła! Co za pech. Usiłowałem spojrzeć na nadajnik i wtedy wystraszyłem się po raz pierwszy. Yelli dokładnie pokryła cały aparat, co gorsza, antenę. Dla pewności uformowała na krótkim pręcie coś na kształt frędzli, skutecznie tłumiących wszelkie sygnały.

   "Spokojnie. Spokojnie, trzeba wziąć się w garść. Inaczej nic z tego nie wyjdzie. Spokojnie. Czego ta zaraza może chcieć? Niee, no tak nie można! Czego ona może chcieć! Przecież to nie jest coś, co może chcieć. Czy komputer może czegoś pragnąć? A Yelli nie jest nawet komputerem. To po prostu prymitywna trójzadaniowa maszyna biologiczna. Zresztą, gdyby nawet czegoś chciała, to i tak w życiu nie zgadnę o co jej chodzi. Mimo mojej, tak dobrze rozwiniętej, zdolności przewidywania. Och. ten Eliot! Gdybym mógł go teraz dostać w swoje ręce!" Zgrzytnąłem zębami. Oczywiście o tyle o ile mogłem poruszyć szczękami.

   Mijał czas, a ja wciąż stałem jak posąg. Pewnie ładnie się zmumifikuję w tym kamiennym całunie.

   Nagle zobaczyłem tę kropelkę potu na szkle okularów. I wystraszyłem się po raz drugi. Drugi i ostatni. Bo potem bałem się już przez cały czas. Nieomal mdlałem ohydnego, pełznącego po całym ciele, zimnego jak ciekły tlen, strachu. Ta kropla potu znaczyła, że Yelli zdychała. A po niej ja. My. Nie potrafiłem spokojnie rozważyć czy rzeczywiście robi się goręcej, czy pocę się bo ogarnęła mnie panika. W środku, w skafandrze dygocąca galareta, a na zewnątrz spokojny - o ironio! - jak głaz facet. Nawet ręka mi nie drżała, miałem ją w zasięgu wzroku, żółtą i nieruchomą. Nagle wydało mi się, że drgnęła. Ucieszyłem się jak diabli. Może wszystko się ułoży?

   To nie ręka drżała, to ruszyła się Yelli. Na przedramieniu powstał jakby wir, w środku leja powłoka stawała się coraz cieńsza i cieńsza. Patrzyłem na ten krążek wielkości kuleczki do bocca i czekałem na ból. Nawet nie tak mocno zapiekło, mały krążek skóry tylko przez chwilę był narażony na działanie promieni słonecznych. A potem Yelli znowu pokryła całą rękę.

   "No to już zupełnie nic nie rozumiem. O co tu chodzi? Przecież... przecież ona z premedytacją mnie straszy! Ta cała awaria to nie przypadek, to, wzorowo przygotowana akcja. Tylko czego ona chce?"

   Poczułem nagle, że mogę poruszać prawą ręką. To przyszło nagle, bez żadnego sygnału czy ostrzeżenia. Mogłem ruszać ręką. Spróbowałem dosięgnąć antenę i oczyścić ją z frędzli. Ale były twarde jak granit, mogłem co najwyżej złamać metalowy pręt. Zrozumiałem, że Yelli nie tego ode mnie oczekiwała.

   "Ułóżmy to w jakimś porządku. Dostaję wyraźne znaki - oparzenie, "odtajanie" ręki, twarde frędzle na antenie. Można przyjąć, że uwolnienie ręki to pochwała... ale jak ją rozumieć?"

   Tak samo nagle jak przedtem odzyskałem władzę w lewej ręce. Nie sięgałem już do anteny, widocznie nie o to szło. Miałem dwie sprawne ręce i nowy materiał do rozmyślań.

   "Taaak... Wyraźnie daje mi znaki". Nagle zrozumiałem wszystko. I Yelli błyskawicznie zareagowała. Runąłem na piasek jak rzucona niedbale szmata. Leżałem chwilę, zanim przypomniałem sobie o Linku, przewaliłem się na bok, żeby zobaczyć co z nim. Stał jeszcze i patrzył na mnie. Musiałem przyznać, że zaimponował mi jego spokój. Facet na poziomie, ale gdyby nie ja... Przestałem na niego patrzeć, byłem pewny, że i jego uda mi się ,.zmiękczyć". Bo ja już wiedziałem o co chodzi Yelli, a to, że mnie uwolniła było dowodem na korzyść mojego rozumowania. Pogimnastykowałem się trochę i gdy uznałem, że mogę już chodzić pokuśtykałem do Linka. Anteny, moja i jego, były czyste.

   -- No co, idziemy do domu? - to był mój triumf i nie mogłem się powstrzymać, by nie pokazać mu tego.

   -- Idź sam, ja jeszcze trochę postoję. Teraz jest lepsze słońce. Wyobrażasz sobie jak się będę podobał bladym ziemskim dziewczynom?

   Ma klasę. Nie łamie się. Musiałem to przyznać.

   -- Dobra, dobra. Ja tu jestem na etacie humorysty. Teraz: serio, albo zaraz będziesz wolny, albo przyjadę po ciebie transporterem. Jest w każdym razie szansa na happy-end - klepnąłem go w skamieniałe ramię.

   -- Czy... ty... -nie dokończył.

   -- Tak - nie miałem w tej chwili ochoty na dłuższe dyskusje. W końcu nie siedzieliśmy jeszcze w swoich fotelach na statku. Link nagle zachwiał się, zrobił dwa czy trzy kroki na uginających się nogach, ale nie upadł tak jak ja. Pewnie, przecież to przedstawiciel superkosmików. Dobra, grunt, że możemy wracać.

   -- Jak się czujesz? Możesz iść?

   -- Chwileczkę, nie jestem w najlepszej formie - spodobało mi się, że nie rżnął jakiegoś bohatera, był zmęczony i nie ukrywał tego.

   On też wykonał parę skłonów, parę przysiadów, parę razy podskoczył w miejscu, ale w przeciwieństwie do mnie zakończył to wszystko saltem w tył.

   -  No to walimy do statku.

   Ruszyliśmy najpierw wolnym krokiem, potem, w miarę odzyskiwania sił, coraz szybciej, aż w końcu, nie umawiając się wcale,

   zaczęliśmy biec. Chyba baliśmy się, że Yelli znowu zrobi nam psikusa.

   Nic się nie stało, dobiegliśmy do statku bez przeszkód, szybko odwaliliśmy oczyszczanie w komorze wyjściowej i przeszliśmy do szatni. Teraz, gdy nie batem się już o swoje życie, ciekaw byłem czy Yelli... Ale nie, ona też była w porządku. Poczekała na sygnał "Zdjąć". A przecież mogła spłynąć nie czekając na nasze polecenie.

   -- Co teraz robimy? - Link jednak niecierpliwił się.

   -- Ja idę wziąć prysznic.

   -- Po co? Przecież jesteś dokładnie tak samo czysty jak przed wyjściem, pot pochłania Yelli...

   -- Ty tego nie zrozumiesz, ty jesteś automat, robot. A robotom wszystko jedno co je pokrywa - farba, smar, woda czy...

   Pół godziny później zawołałem go do jadalni. Przy obiedzie wyjaśniłem to, co sam wiedziałem.

   -- Yelli jest dużo mądrzejsza niż sądził Eliot. Ona chce, żebyśmy ją tu wylali. To będzie jej planeta, może tylko na razie. Może później ruszy na podbój innych, nie wiem. My mamy zostawić ją tu. To wszystko - zapchałem usta jedzeniem i żułem metodycznie.

   -- Jak do tego doszedłeś? - on też wsuwał z apetytem.

   -- Ona... - łyknąłem ostatni kęs - doskonale słyszy ludzkie myśli. Zapewne plan powstał już na Ziemi, ale wtedy udawała, że nie może nic zrobić bez polecenia sterownika. A tu już nie musiała tego robić. Postawiła sprawę jasno. I bardzo fair wobec nas. Mogła po prostu spłynąć na piasek. Może to znaczy, że nie chce wojny z człowiekiem? - łyknąłem soku. - A jak się domyśliłem? Dawała mi aż nadto czytelne znaki.

   -- Ale...

   -- No nie bądź tumanem. Ja myślałem co robić, a Yelli odpowiednio na to reagowała. Chwaliła mnie albo ganiła. A jeżeli chcesz zapytać dlaczego wybrała właśnie mnie - to nie wiem. Zapytaj ją.

   Temat został wyczerpany. Automaty wyniosły pojemniki z Yelli na zewnątrz. Obserwowaliśmy na ekranach jak wypełzała na grunt. Rozlała się dużą żółtą kałużą na piasku, stapiając się prawie z otoczeniem. Automaty wróciły, mogliśmy startować. Ale jeszcze jedna sprawa nie dawała mi spokoju.

   -  Link, przejdź się do szatni, co? - podniósł brwi ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział.

   Wrócił wyraźnie poruszony.

   -  Cleo, tam zostało trochę Yelli. Leży na stole.

   Właśnie tego się spodziewałem. Poszliśmy tam razem. Rzeczywiście leżała sobie na stole. Takie małe żółte ciasteczko z kropką szarego kremu.

   -- Co z nią zrobimy?

   -- A co byś chciał?

   -- No, nie wiem. Możemy wyrzucić.

   -- To na nic, takich ciastek może być na statku sto. Przecież jej nie pilnowaliśmy.

   - Do diabła! Powiedz mi wreszcie co tu jest grane?

   Nie odpowiedziałem. Skąd mogę wiedzieć? Może chce zawiadomić resztę, że akcja zakończyła się pomyślnie. A może chce nauczyć się jak należy walczyć z ludźmi? Yelli doskonale słyszała moje myśli, ale nie powiedziała "tak". Nie powiedziała też "nie"...