Aktualizacja: 29.09.2017
"Przetarg"
Zbiory opowiadań "Czy to pan zamawiał tortury", "Inferno numer 3", "Spotkanie w przestworzach 7"
W komputer wpisał Tomasz Kucz "SALMO".

Kliknij aby powiększyć No i jak? - Harvey rzucił kapelusz na wieszak i podszedł do Liz. Pochylił się lekko i pocałował ją w policzek.
Doktor mówi... - zawiesiła głos, jakby nie była pewna, czy może to powiedzieć głośno.
Że co?
Że chyba dzisiaj... - spojrzała na Harveya. Ujrzał w jej spojrzeniu niczym już nie tłumioną radość.
Jak sądzisz... - Harvey przełknął ślinę. Pożałował już, że wdał się w tę rozmowę; mimo wszystko brzydził się własnej radości, a już ten triumf w oku Liz wstrząsnął nim.
,,A przecież nie jestem wcale lepszy od niej. Też myślę tylko o tym, ile kto dostanie po śmierci ojca. Nawet nie: ile kto?, tylko ile ja? Ale, w końcu, coś mi się również należy od życia. Nie mogę ciągle..."
Coś zacząłeś mówić? - Liz spojrzała, jak mu się wydało, z lekką drwiną. Mesjasz Tavera miał rację - najzdolniejsza w całej rodzinie. Najwięcej dostanie.
Nieee... Nic ważnego... - Harvey zaczerwienił się. Czuł, że na czoło występują mu krople potu. Liz rozejrzała się dookoła. Pchnęła go i wskazała na bibliotekę.
Wejdź. Musimy porozmawiać.
Ruszył posłusznie. W progu przepuścił ją przodem, wszedł i zamknął dokładnie drzwi. Przedtem jeszcze rzucił okiem na hall. Pusto. Nikt ich chyba nie podejrzał. I nie podsłuchał.
Liz podeszła do barku, otworzyła go bez skrępowania i nalała obojgu spore porcje. Jeszcze parę dni temu... Wskazała na kanapę pod ścianą.
- Słuchaj, po co mamy się nawzajem oszukiwać? Wszyscy w tym domu nienawidzą ojca, nie zaprzeczaj! -podniosła rękę. Gest Liz uratował go od kłamstwa. - Sam sobie winien. To on zrobił sobie z nas bezpłatnych współpracowników, wydajnych i ofiarnych, bo smaganych obietnicą pieniędzy po jego śmierci. No co? Nie pamiętasz, jak mówił, że tylko ci, co mają coś w głowach i wykorzystują to w pracy, mogą liczyć na spadek po nim? Nie pamiętasz, jak ten... ten... - nie mogła znaleźć odpowiedniego określenia - ...tyran poganiał nas jak niewolników? Jak nas budził po nocy, bo wpadł mu do głowy "jakiś nowy pomysł?" A tak naprawdę robił to nam na złość, sam już nie sypiał od paru lat. Tak! Nienawidzę go! Tylko dlatego mogłam wyjść za twego brata> że jestem projektantką systemów komputerowych i przydałam się twemu ojcu w pracy. I tylko dlatego mogłam po samobójstwie Roberta pozostać w tym domu! Despota! Zniszczył nam wszystkim życie. Dla swoich odkryć, dla swej sławy. A my? Zawsze autorem kolejnych prac był sam Mesjasz Tavera!
Siedziała bębniąc palcami w oparcie. Harvey chciał coś powiedzieć, ale rozmyślił się. Liz miała rację. Ojciec przekształcił dom w prywatny instytut, a swoją rodzinę w prawie darmowych pracowników, mułów roboczych, ciągle zresztą łajanych za niewiedzę, tępotę i rzekome lenistwo. Teraz wszystko się miało zmienić. Dostaną swoje, naprawdę uczciwie zapracowane, pieniądze i będą mogli zrobić, co tylko im się spodoba.
Wiesz, postanowiłem zerwać z matematyką - wypalił niespodziewanie dla siebie.
Myślisz, że ci się dziwię? - Liz spojrzała na niego z uśmiechem. Odprężyła się i uspokoiła trochę. - Ja też mam zamiar skończyć ze wszystkim, co może kojarzyć się z tym domem, z latami pracy tu i twoim ojcem -podniosła szklaneczkę do góry. - Za nowe, piękne życie!
-     Niech będzie, za nowe, piękne... Wypili.
Harvey, a co - jeśli to nie tajemnica - chcesz robić? -Oczy Liz błyszczały, nie wiadomo, czy pod wpływem alkoholu, czy podniecenia spowodowanego faktem rychłego już otrzymania znacznej, na pewno znacznej, fortuny.
Wiesz, chciałbym wreszcie zobaczyć świat, ludzi, Afrykę, Europę. Przecież siedzę w tym mieście i w tym domu całe swoje życie. Tyle pięknych rzeczy umknęło mi sprzed nosa. Mam już trzydzieści sześć lat! Trzydzieści sześć... Prawie nic z nich nie miałem.
Posłuchaj... - Liz nie była już tak opanowana jak przed chwilą. - Nie wiem, czy wiesz... ale zawsze mi się...     jesteś dobry, nawet za dobry. Jesteś ludzki... Moglibyśmy... Tylko nie myśl, że ci się narzucam! - rzuciła gniewnie. - Ja już od dawna...Ale wiedziałam, że ten dyktator nie pozwoli nam i tak... Ciągle liczył, że znajdziesz sobie jakąś programistkę, a ja konserwatora jego przeklętego komputera. Miał kłopoty ze średnim personelem technicznym - dodała z goryczą.
Liz... ja... wiesz... Ja też... - Harvey patrzył w podłogę, nerwowo splatał i rozplatał dłonie. Drgnął, gdy Liz dotknęła jego ramienia. Odwrócił się do niej, chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył. Zawsze był fajtłapą.
Kiedy nauczyłeś się całować? Ty... - po długim pocałunku jeszcze raz musnęła wargami jego usta.
Miałem w pokoju schowany telewizor - Harvey uśmiechnął się nieśmiało. - Czasem udało mi się obejrzeć jakiś film.
Nie będziesz już musiał uczyć się z filmów - Liz odwróciła się po odstawione wcześniej szklaneczki. - Będziemy... - zaczęła, ale nagle do biblioteki dotarł stukot czyichś obcasów na schodach. Odskoczyli od siebie, drzwi otworzyły się i wsunęła się głowa Susan.
Doktor... - zacięła się na widok zmieszanej twarzy brata. - Mówi, że to już...
Po chwili wszyscy byli na górze. Nad wyciągniętym na łóżku Mesjaszem Tayerą pochylał się doktor Greenfield. Obok małego stolika siedział mecenas Fudge. Oprócz nich w pokoju był jeszcze mąż Susan, David, i siostra umierającego Mesjasza - Betty. Harvey i Liz stanęli blisko drzwi. Coś nie pozwoliło im podejść bliżej. Jakby mimo wszystko byli winni, jakby go oszukali. Harvey objął Liz ramieniem, spojrzała na niego z wdzięcznością i zdziwieniem. Jakby zmężniał, urósł. ,,To dobrze - pomyślała. - Robert był zbyt słaby, nie wytrzymał presji ojca. Harveya już nie pozwolę sobie odebrać!"
Mesjasz oddychał głośno, coś chrypiało mu w gardle. Oczy miał zamknięte, ręce wyciągnięte na kołdrze. Greenfield ujął wysuszony, upstrzony brązowymi plamami nadgarstek, pomedytował chwilę i spojrzał na zgromadzonych w pokoju. Harvey przełknął ślinę. Ciotka Betty chlipnęła - dla niéj wolność przyszła chyba zbyt późno. Susan odwróciła się do męża.
Tavera' odzyskał nagle przytomność. Dłuższą chwilę huczało mu w głowie, ale już gardło, dotychczas ściśnięte jakąś obręczą, stopniowo uwalniało się z ucisku. Zaczął oddychać normalnie. Z sekundy na sekundę czuł się lepiej, czuł że ma ręce i nogi. Spróbował otworzyć oczy.
Zobaczył swoją sypialnię i wszystkich w niej zgromadzonych. Zastygłych w bezruchu. Doktor, pochylony nad torbą, wkładał do niej stetoskop, Fudge patrzył w bok, gdzie zgromadziła się rodzina. Susan zamarła w pół obrotu do męża, David patrzył na niego szklanymi oczami. Dalej stali Harvey i Liz, objęci. Jeszcze dalej, pod oknem, siedziała jego siostra, zastygła w szlochu.
"Umarłem. Albo zwariowałem. Nie, nie zwariowałem... A więc umarłem! Ale w takim razie... Życie pozagrobowe?... A oni... jeden spieszy się do innego pacjenta, przedtem wyrazi współczucie i zgarnie honorarium, drugi funduje sobie darmowe obserwacje psychologiczne. A reszta po prostu się cieszy. I już się spiknęli... Tylko ta krowa... - pomyślał o siostrze. - Niezdary, beztalencia! Przez nich tak mało zrobiłem. Moje równania niespójne! Nie skończyłem... Szkoda..."
Spróbował podnieść rękę, ukazała się w polu widzenia, trochę drżała, ale skóra była napięta i gładka! Usiadł. Nic się nie zmieniło, siedział na swoim łóżku otoczony kręgiem nieruchomych postaci. Jak w gabinecie figur woskowych.
-     Hej! Wy tam! Coście tak postawali?
Nikt się nie poruszył. To samo szklane spojrzenie Davida, ten sam nie dokończony szloch Betty. Tavera wstał z łóżka i już miał podejść do Greenfielda, gdy usłyszał:
-     Niech pan ich nie dotyka, Tavera.
W małej wnęce po lewej stronie łóżka stał jakiś starszy pan o siwych skroniach, niezmiernie dystyngowany, w świetnie skrojonym garniturze. Odczekał chwilę, jakby chciał się upewnić, że Tavera dobrze go sobie obejrzał i zrobił dwa kroki do przodu. Wskazał Taverz? łóżko, sam usiadł w stojącym pod ścianą fotelu. Oszołomiony Mesjasz posłusznie usiadł.
-     Króciutko o nich - obcy ruchem ręki omiótł pokój, wskazując wszystkich obecnych. - Nie można ich dotykać, żyją w innym czasie. Nasza dwugodzinna pogawędka wyda im się ułamkiem sekundy. Dlatego też każde dotknięcie odczują jak uderzenie kafara. Ale nie to jest ważne - machnął lekceważąco ręką. - Ważny jest pan, szanowny panie Tavera. Pan wie, że w tamtym czasie -wskazał kciukiem na resztę pokoju - umiera pan?
Kim pan jest? - Tavera odchrząknął.
Spokojnie, spokojnie - obcy powiedział to łagodnie, ale Tavera, być może po raz pierwszy w życiu, poczuł że nie potrafi sprzeciwić się rozmówcy. - Sytuacja jest dla pana na tyle dziwna i nawet, powiedziałbym, niesamowita, że nawet pański umysł może mieć trudności z jej ogarnięciem. A czasu mamy... - zerknął na płaski jak płatek bibułki zegarek - ...tylko dwie godziny. Taaak... -umilkł na chwilę, ale zaraz jakby się opamiętał, podniósł przepraszająco rękę i uśmiechnął się ujmująco. - Niech się pan nie denerwuje, zdążymy. '
Tavera zacisnął pięści. Ten typ zaraz się dowie... Przypomniał jednak sobie, jak przed chwilą ,,typ" zmusił jego, Tavere, do milczenia i przełknął tylko ślinę. Nieznajomy zrobił jakiś dziwny ruch ręką i wyciągnął ją do Tavery. Na dłoni leżały dwa cygara.
-     Proszę - Tavera zawahał się. - To są naprawdę dobre cygara.
Były rzeczywiście wyśmienite, boskie! Czegoś tak dobrego Tavera w życiu nie palił.
Panie Tavera... - nieznajomy starannie rozpalił cygaro i wytchnął kłąb dymu. - Czy pan wierzy w opatrzność?
No wie pan...
To może inaczej - nieznajomy dość obcesowo przerwał Taverze. - Co sądzi pan o nieśmiertelności?
Ha! Parę minut temu umierałem. Trudno, bym w tej sytuacji nie szukał dla siebie jakiejś furtki. Był u mnie pastor... - popatrzył uważnie w twarz nieznajomego. -Aleee... panu nie o to chyba chodzi? - Nieznajomy potwierdził domysły Tavery kiwnięciem głową. - No to... chyba nie sprzedaje pan nieśmiertelności?!
Właśnie tak - nieznajomy skromnie spuścił oczy.
Gdyby nie cała ta sytuacja - Tavera powiódł rękę po pokoju - byłbym przekonany...
Że pański rozmówca kwalifikuje się do leczenia w zakładzie zamkniętym - podpowiedział obcy.
Tak, tylko że...
I tu właśnie dochodzimy do meritum - nieznajomy uniósł do góry wskazujący palec. - Jestem wysłannikiem cywilizacji, która osiągnęła już chyba szczyt swoich możliwości. Nie mamy celu, do którego powinniśmy dążyć, brak nam motywacji istnienia. A bez tego... - rozłożył bezradnie ręce. - Szukamy jakichś dróg wyjścia z tej kabały i tu dochodzimy do Ziemi. Niewykluczone, że Ziemianie świadomie, czy nie, mogą nam pomóc. A jeżeli nawet nie - to obserwacja ludzi w działaniu jest dla nas bardzo przyjemną rozrywką. Dlatego też, co jakiś czas, proponujemy wybitnym jednostkom swego rodzaju nieśmiertelność. Tuż przed zgonem odwiedzamy takich ludzi i oferujemy odmłodzenie i pracę u nas...
A wy? Tylko się przyglądacie?
Tak.
Jak dorośli dzieciom? Z pobłażaniem i drwiną?
Po co ta uszczypliwość? Bądźmy szczerzy, przecież pan dla swych celów poświęcił życie najbliższych. Niech im się pan przyjrzy, czy któreś z nich pana żałuje. A my aż takiego poświęcenia nie wymagamy. To jest interes. Leci pan do nas i pracuje nadal nad swymi równaniami niespójnymi, a zapewniam, że jest z kim u nas popracować i podyskutować, a gdy miną cztery tysiące lat, wraca pan na Ziemię. W innej postaci, dowolnej. Jeśli nie - zwijam pole i umiera pan w ciągu trzech, czterech minut.
T-to draństwo! - Tavera szarpnął kołnierz piżamy. -Ładna alternatywa! Umrzeć albo pajacować gdzieś...
Cy-cy-cy-cy! - zacmokał nieznajomy. - Panie Tavera, nie wszystko jest takie proste. Bo jest to sprawa dość dla nas ważna, a przecież nie możemy zabierać stąd ludzi w rozkwicie sił. To by hamowało wasz rozwój. Chyba się pan z tym zgodzi? No i dając życie możemy i od was czegoś wymagać. Dodam, że nawet czasem przekazujemy na Ziemię coś wymyślonego przez rodaka. To są te tak zwane olśnienia. A pan... Cóż, pan jest postacią bardzo nas interesującą. Zbliża się pan do... E! Nieważne -machnął ręką. - Dowie się pan później. To co? Cztery tysiące lat i wraca pan na Ziemię. Inni nasi pensjonariusze zgodzili się pracować dłużej.
-     Dostali wyższe wyroki - mruknął Tavera.
-     Cha-cha:cha-cha! Chciałbym posłuchać pana dysputy z Paganinim. To największy zgryźliwiec w naszym...
-     Zoo?
Hghm... Chyba pan przesadza, drogi panie Tavera -obcy spojrzał z udanym wyrzutem na Taverę. - Takich warunków do pracy nie miał pan nigdy. Cała dostępna literatura, mieszkanie jak z bajki, towarzystwo, swoboda w wyborze tematu. Panie Tavera - jowialnie rozłożył ręce. - Nad czym pan się jeszcze zastanawia? Czas płynie, musi pan podjąć decyzję. Może jeszcze cygarko? - zdjął z powietrza jeszcze jedno cygaro, ale Tavera pokiwał przecząco głową.
Czy mógłbym na chwilę odzyskać świadomość? Tu, w łóżku? - zapytał.
Widzę, że pan się już zdecydował, bardzo mnie to cieszy. A|e co do pana prośby - to niestety, muszę odmówić. Ludzie usiłują przekazać informację o nas. Musieliśmy zlikwidować tego rodzaju "przecieki". To co? -poderwał się rześko z fotela.
Niech się pan nie śpieszy, Tavera! - nie był to głos ani Tavery, ani jego rozmówcy. Dochodził z tyłu. Tavera zerwał się na równe nogi i odwrócił. Dystyngowany nieznajomy stał już obok niego. Razem patrzyli na wysokiego szczupłego młodzieńca stojącego po drugiej stronie łóżka. Najwyraźniej bawiła go ta sytuacja.
-Rega am terr... - wycharczał stojący obok Tavery obcy.
No-no? Nie jest pan zbyt uprzejmy względem naszego gospodarza - zadrwił młodzieniec. - Musimy używać znanego mu języka, tak będzie uczciwie. Zresztą, ty już swoje powiedziałeś. O! - strzelił palcami. - Będziesz się nazywał Abek, a ja - Cedek. Wziąłem sobie dalsze litery, chyba ładnie to o mnie świadczy?
Panie Tavera, niech pan nie słucha tego drania. Przecież już się pan zdecydował, prawda? - Abek był bardzo zdenerwowany.
Nie wygłupiaj się, Abek. Nie słyszałem niczego, co dawałoby ci prawo do pana Tavery. Zgadza się? - skłonił głowę przed uczonym.
No... Właściwie...
Tavera! - wrzasnął rozwścieczony Abek. - Zagrałem z panem w otwarte karty, a pan teraz...
Nie wrzeszcz - przerwał spokojnie Cedek. - Grałeś w otwarte karty, bo taka jest procedura, bez żadnej łaski! A teraz ja mam głos. Jak interes, to interes - pouczył Abe-ka. - Dwa tysiące lat! - powiedział uroczyście. - Takiego terminu oni panu nie dadzą - wskazał lekceważąco konkurenta.
Czy to znaczy?... - Tavera nie mógł uwierzyć swemu szczęściu.
Tak, mamy prawie identyczny problem, ale oferujemy ludziom dużo lepsze warunki. Mamy pewność, że za dwa tysiące lat Ziemia będzie Ziemią. Natomiast za cztery tysiące... - rozłożył ręce dając do zrozumienia, że nie bierze na siebie odpowiedzialności za Ziemię po czterech tysiącach lat. - A poza tym dobór ludzi... - cmoknął w zachwycie.
-     Nooo, tu już przesadziłeś - Abek zatrzepotał w powietrzu rękami. - Najwybitniejsze jednostki są u nas!
Taaak? A Platon? A Edison? Szalapin? Houdini? Schiaparelli? Twain? Gutenberg? Fleming?
A Torquemada? Pitagoras? Boyle? Voltaire? Hus? Pasteur? Rembrandt?
Ale da Vinci wam odmówił!
A wam Spartakus!
To był przypadek. Niedoświadczony agent!
Sam pan widzi, jak oni podchodzą do ludzi - Abek szarpnął Tavere za ramię. - Lekceważą was! Natomiast nasze kadry...
Tylko bez picu! - Cedek stracił całe swe opanowanie. - Nie chciałeś pozwolić profesorowi na chwilę widzenia z rodziną. Ma pan to u mnie załatwione - towarzyszący oświadczeniu gest sprowadzał problem do kategorii drobiażdżków.
Tavera z trudem zachowywał powagę, miał ochotę zachichotać z radości. Niech się kłócą, niech się biją! Będą musieli dużo spuścić!
To by mnie urządzało - powiedział powoli, nie zamykając bynajmniej licytacji.
Tavera! - Abek zareagował natychmiast. - Daję również dwa tysiące lat, pięciominutowe widzenie z rodziną i... - podniósł palec - ...młodość! Będzie pan miał trzydzieści lat! - obwieścił triumfalnie.
Tysiąc pięćset lat, dziesięć minut rozmowy i dwadzieścia pięć lat! - szybko rzucił Cedek.
Tavera łypnął okiem na Abeka.
Jeżeli o nas chodzi - wycedził tamten przez zęby -dodajemy panu dowolnie wybraną towarzyszkę życia.
To mi śmierdzi ingerencją! Nie wolno zabierać stąd ludzi tylko dla zachcianek! - Cedek posiniał ze złości.
Życzenia naszych drogich gości są dla nas...
To wbrew prawu! Ja...
W nosie mam prawo - przerwał Abek. - I wynocha stąd!
Ach tak?! - Cedek wykonał jakiś ruch ręką. Coś błysnęło w jego dłoni. Abek pchnął Tavere tak, że ten upadł na podłogę. Zdążył tylko zauważyć, że w drugiej ręce Abek trzymał jakiś pierścień. Potem oślepiające światło rozbłysło w pokoju, zadrżało łóżko, coś pękło, jak olbrzymia bańka mydlana...


Harvey odwrócił wzrok od ojca i chciał powiedzieć Liz, że mimo wszystko czuje się świnią, gdy nagle Mesjasz Tavera jakoś dziwnie podskoczył w łóżku, coś błysnęło w pokoju, ciało Tavery stoczyło się na podłogę i zamarło.
-     Harvey... - Liz wbiła paznokcie w obejmujące ją ramię.
Nie mógł uwolnić ramienia, w końcu wyszarpnął się i przesuwając ołowiane stopy zbliżył się do ojca. Pozostali stali jak kamienne rzeźby. Harvey przyklęknął przy ciele i dotknął leżącej bezwładnie ręki. Była ciepła i gładka, niebywale gładka jak na osiemdziesięciolatka. Nagle ręka szarpnęła się i po sekundzie Tavera zaczął wstawać z podłogi opierając się o łóżko. Odwrócił się do zebranych.
Czterdziestoletni Mesjasz Tavera ze zjadliwym uśmieszkiem patrzył, jak na podłogę wali się Susan, kątem oka zauważył, że siostra leży bezwładnie w fotelu, a prawnik rzęzi klęcząc na kolanach. Już wcześniej zorientował się, że Abek i Cedek zniszczyli się nawzajem. A on został. Młody!
-     Pogrzeb odwołany? - zwrócił się do Harveya. - Jeszcze nie? No to odwołaj. Zawsze byłeś niezgułą, nie to, co Liz. To byłaby niezła żona dla ciebie, ale nie będzie! Chyba, że wyniesiecie się z mojego domu - ominął syna i stanął przed Liz. - Już się opanowałaś? Opanowałaś - stwierdził jakby z żalem. - Szkoda... - przerwał. - Słuchajcie! Nic w tym domu się nie zmieni. Kto chce dziedziczyć - zostaje. Kto woli poznać biedę - odchodzi. Zrozumiane? No. Dzisiaj macie wolne. Świętujcie moje zmartwychwstanie. Chchaaa-chech! Aechcha-che-ch! Niech to!... - rycząc ze śmiechu wyszedł z pokoju.
T-t-t-o p-pot-twór... - Liz oparła się plecami o ścianę. Drżała, a ze schodów dobiegał rechot Tavery.
Ja mu powiem... - Harvey rzucił się do drzwi otworzył je i w tej samej chwili usłyszeli jakiś trzask na schodach, łomot i jęk Tavery. Harvey sadził na dół przeskakując po trzy stopnie, Liz biegła za nim. Zwolniła na wysokości dwumetrowej wyrwy w poręczy, tak że biegnący za nią David omal nie strącił jej ze schodów. Harvey był już na dole, stał nad leżącym na plecach Tavera i patrzył na strumyk krwi wypływający spod jego głowy. Drgnął, gdy Liz dotknęła jego dłoni.
Potknął się o chodnik - wyszeptała.
- Nie, to Opatrzność - odwrócił się i podszedł do telefonu.