Aktualizacja: 20.06.2017
"Trzy miliardy nieszczęśliwych morderców"
Zbiór opowiadań "Krach operacji "Szept Tygrysa" "
W komputer wpisał Grzegorz Podgórski

Kliknij aby powiększyć

Derek dał Ziemi dobę, ale gdy minęło osiemnaście godzin, postanowił czekać tylko do dwudziestu. Od razu rozpoczął przygotowania, choć polegały one na wykonaniu kilku tylko czynności a i to dla spokoju sumienia raczej niż z rzeczywistej potrzeby. Wytypował kapsułę desantową, której tylko dwukrotnie używał dotychczas, wypakował ją wszystkim - tym, co wydawało mu się niezbędne do lądowania na obcej planecie. Na nieznanej i być może niebezpiecznej planecie. Milczenie Ziemi upoważniło go do takiego właśnie jej traktowania. Jeśli facet wraca do siebie, jeśli tam, u siebie, minęło w tym czasie ponad dwa wieki, jeśli wyniki obserwacji wykazują niezbicie, że planeta jest zamieszkała, jeśli można wychwycić urywki audycji radiowych, choć dziwne, że tak słabych i jeśli ta właśnie planeta udaje, że nie słyszy jego wywołań, to jak, do cholery, można ją jeszcze traktować?

      Zapakował dwie awaryjne apteczki i trochę broni. Zakodował w komputerze pokładowym wysyłkę drugiej kapsuły na odpowiedni sygnał i wrócił do sterówki.

- Zostało osiemdziesiąt trzy minuty. Pierwsze pięć spędził półleżąc w fotelu. Potem kabinę wypełnił trzask i charkot, rozległ się zgrzyt i nagle przebiły się przez te zakłócenia pierwsze słowa skierowane do wiszącego już nad panelem Dereka:

      - ...modrom Seattle! Kosmodrom Seattle! Wzywa statek kosmiczny "Ranis". Wzywa statek kosmiczny "Ranis"! Tu kosmodrom...

      Derek wdusił klawisz mikrofonu i oblizał wargi.

      - Tu "Ranis" . Pilot Derek Fantry. Co się u was dzieje? Dlaczego tak długo milczeliście? Można lądować?

- Jest! Mam go! - usłyszał informację skierowaną do kogoś, kto widocznie stał obok operatora. Głos był słaby, przebijał się poprzez zakłócenia, choć dwieście lat to czas niby wystarczający, by dobrą w chwili odlotu Dereka jakość emisji radiowych podnieść jeszcze wyżej. Tymczasem wyglądało, że zaszło coś wręcz przeciwnego. Derek już wcześniej rozważył możliwe warianty - wojna, epidemia, jakaś katastrofa...Albo jakiś kolaps czasowy - powrót przed startem. Wciąż jednak brakowało mu danych, które jednoznacznie wyjaśniłyby fakt milczenia Ziemi, braku jakichkolwiek pojazdów na orbicie a teraz jeszcze tej nędznej jakości sprzętu.

- Panie Fantry! - usłyszał w głośnikach. - Mamy bardzo słaby sprzęt, za chwilę w ogóle przestanie pan nas słyszeć. Niech pan ląduje w Seattle, słyszy pan? Seattle jest przygotowane na pana przyjęcie. Oświetliliśmy teren. Jest gładki jak stół. Odbiór. Rozumie pan? Halo!

Nie było wątpliwości, że facet, który przed chwilą wskazał miejsce lądowania, nie miał zielonego pojęcia o kosmosie, statkach, regulaminie rozmów. Nazywał pilota panem, plątał rozmowę telefoniczną z kodami używanymi w starych radiostacjach. I oświetlił Seattle! Na przyjęcie statku kosmicznego!

Derek postanowił nie łamać sobie głowy. Usiadł w fotelu i zafiksował orbitę parkingową. Szybko ubrał się w skafander i przeszedł do kapsuły. Podłączył się do jej systemu i zainicjował start. Po chwili komputer zasygnalizował gotowość i kapsuła wysunęła się miękko z komory. Odpaliły silniki i pojazd wykonał skręt, by dogonić Ziemię i wyjść na oświetlone Settle.

 

Kosmodrom wyglądał tak, jak tego należało się spodziewać. Ruina. Jeden z pasów był świeżo naprawiony, jasne plamy jeszcze ciepłych łat wyraźnie odbijały kolorem i gładkością od reszty betonowego pasa. Nawet w podczerwieni widać było, że większość budynków rozpada się pod własnym ciężarem, brak wież i roślinność zachłannie wypełzająca z każdej szczeliny jednoznacznie świadczyły o wycofaniu się ludzi z przestrzeni kosmicznej. Derek szybko odpiął się od fotela, zautonomizował skafander i z karabinem plazmowym w ręku wysunął się z kapsuły. Wylądował na końcu Bóg wie po co oświetlonego pasa, gdzie kończył się zasięg reflektorów, i po wyjściu stanął tak, by cień skrzydła nakrywał go całkowicie. Czekał.

Jakiś pojazd z dwoma reflektorami na przodzie pojawił się z prawej i zbliżał się szybko. Derek włączył infraprzesłonę i zobaczył nieduży elektrowóz. Udał, że wcale go ten zabytek nie zdziwił, czekał. Wóz zatrzymał się dziesięć metrów od kapsuły, drzwi otworzyły się i wysiadł z samochodu mężczyzna. Wysunął do przodu głowę i wpatrywał się w kapsułę.

- Panie Fantry! He-ej!

Zrobił kilka kroków w kierunku Dereka i w końcu dojrzał go. Zaczął iść szybko, prawie biegnąc. Nie zwolnił, nawet gdy wszedł w cień i musiał widzieć broń.

      - Panie Fantry! Szybko, chodźmy - zaczął okręcać się na palcach lewej nogi, machnął ręką.

      - Zar-raz? - Derek kiwnął lekko lufą. - Co się tu dzieje? Spodziewa się pan ataku, czy co? Gdzie mam iść?

- Czego? Ataku?... E-e... Nie, po prostu ja nie mam czasu. Mogę panu poświęcić najwyżej dziewięć minut w pierwszym rzucie. Potem spotkamy się znowu już na dłużej. No?

      Derek odrzucił przezroczysty front hełmu, wciągnął powietrze. Było nadspodziewanie czyste i rześkie. Nie było w nim śladu spalenizny.

- Panie Fantry - człowiek zacisnął pięści i potrząsnął nimi na wysokości własnych piersi. - Chodźmy już. Droga zajmie nam pięć do sześciu minut rezerwy. Ryzykuję przez pana. Niech pan to doceni.

- Nigdzie nie pójdę, zanim nie dowiem się kilku rzeczy. Który macie tu rok? Dlaczego teren jest zrujnowany i...

- Panie Fantry! Rok dwa tysiące dwieście siedemdziesiąt sześć, a reszty nie da się opowiedzieć w kilku słowach. Nie prowadzimy wojny, nie mamy epidemii. Z tej strony nic panu nie grozi. Ostatni raz pytam: idzie pan czy nie? Bo ja muszę wracać. Najwyżej przyjdę tu jeszcze raz za godzinę. Wcześniej ani ja, ani nikt inny nie będzie miał czasu.

Zrobił dwa kroki do tyłu nie odwracając się. Był zdecydowany i nawet lufa karabinu skierowana we własną pierś nie była w stanie go zatrzymać. Derek, klnąc w duchu własną naiwność i głupotę, trzasnął ręką w przycisk obok drzwi i nie czekając aż się zamkną ruszył za mężczyzną. Tamten pobiegł prawie nie oglądając się za pilotem i Derek musiał przyspieszyć, wóz szarpnął i ruszył, zanim zdążył usiąść. Wbił się w miękkie, wypracowane siedzenie i spojrzał na kierowcę. Miał mniej więcej tyle lat co Derek w chwili startu, tuż przed trzydziestką. Zacisnął ręce na kierownicy i zmrużył oczy. Światła reflektorów oślepiały go prawie całkowicie, silnik piszczał.

- Słuchaj! - Derek wbił wzrok w brudną szybę i starał się mówić spokojnie. - Przylatuję tu po dwustu latach i nie dość, że nikt nie wita jednego z pierwszych prawdziwych kosmolotów, to zastaję rodzimą planetę w stanie całkowitej degrengolady technicznej. Podejrzewałem nawet, że Einstein coś popieprzył i wróciłem do czasów przed startem, ale mówisz, że jest 2276 rok. No to już nic nie rozumiem. Jeśli nie macie wojny z kimkolwiek, to skąd ten brak czasu? Powiedzże coś!

- Panie Fantry, to nie jest miejsce na rozmowę. Ja naprawdę nie mam czasu, akurat dzisiaj nie mam. Mogę tylko powtórzyć - nie prowadzimy wojny, ale nie spodziewaliśmy się pana. Zupełnie przypadkowo odebraliśmy pana sygnały, zrobiliśmy co się dało, by się z panem połączyć. Musimy odłożyć rozmowę do jutra, jutro mam wyjątkowo dobrą prognozę - zerknął na zegarek. - Prześpi się pan, zje coś, a około pierwszej przyjdę do pana i wszystko wyjaśnię. Przecież wytrzyma pan, nie?

Wóz trząsł wpadając w nieco niższe od reszty powierzchni łaty i wyskakując z nich na złuszczony beton, mężczyzna popatrzył jeszcze raz na zegarek. Zacisnął zęby, a grdyka powędrowała mu kilka razy w dół i do góry. Skręcił raptownie w prawo i po kilkuset metrach zahamował gwałtownie przed niskim budynkiem z wąskimi oknami. Drzwi były otwarte na całą szerokość. Przewodnik wyskoczył pierwszy i podbiegł kilka kroków w kierunku budynku.

- Szybciej! - poklepywał się palcami w udo i prawie tańczył w miejscu. - Niech pan pójdzie korytarzem w prawo i znajdzie pokój z napisem "Sypialnia". Przygotowaliśmy łóżko i kolację. Jutro przed pierwszą będę u pana i wszystko wyjaśnię. Aha! Niech pan na razie nie zdejmuje skafandra, ale gdyby przez godzinę nic się nie działo, to może się pan rozebrać. Dobra?

- Co to znaczy: "jakby nic się nie działo"? - Derek podniósł karabin i wycelował tamtemu w głowę. - Spróbuj się teraz ruszyć, zakończysz ruch jako trup. Mam dość tej...

- Nie mam czasu - mężczyzna odwrócił się i wbiegł do domu.

Derek opuścił lufę. Poszedł za nim i skręcił zgodnie z otrzymaną instrukcją w prawo, doszedł do drzwi z prawie niewidocznym napisem" Sypialnia" i ostrożnie pchnął je. Uchyliły się skrzypiąc lekko i krótko. Pokój był oświetlony, ale światło wydobywające się ze szklanego sufitu było jakieś niepewne zresztą nie świeciła wcale cała powierzchnia tylko kilka jej części. Na wprost drzwi stało zwykłe pneumatyczne łóżko z dwoma kocami i mały stolik, na którym stała skrzynka. Pokój był niewątpliwie wysprzątany, ale tchnął stęchlizną i kurzem. Derek wszedł i zamknął drzwi. Oparł się o nie plecami.

- Witaj w domu - powiedział głośno. - Przepraszamy, ale nie mamy dla ciebie czasu. Rozumiemy, że przyleciałeś skądeś z gwiazd, ale musimy jeszcze odkurzyć paprotkę. Pogadamy jutro, stary. Przecież się nie spieszysz.

Zabezpieczył karabin i podszedł do łóżka, oparł broń o jego brzeg i chwycił za gałkę na wieku skrzynki. Podniósł ją i obejrzał przygotowaną dla siebie kolację. Duży termos, drugi mniejszy, pieczywo pod przezroczystym kloszem i dwie puszki konserw. Podniósł jedną i przeczytał napis. "Mieszanka mięsno-jarzynowa. Ochrona przed toksynami najwyższego stopnia". Podniósł drugą. "Pasta spożywcza. Ochrona przed toksynami najwyższego stopnia". Odłożył puszkę i sprawdził oba termosy. Jeden, ten większy, zawierał jakąś gęstą parującą papkę, drugi chyba kawę. Porządnie zakręcił oba i odstawił na stolik. Sięgnął do płaskiej kieszeni na udzie i wyjął długi pasek koncentratu spożywczego. Nadusił na koniec paczki i zerwał opakowanie. Siedział żując kwaskowatą wstążkę z taką siłą, że przetarłby między zębami koc, gdyby tylko przyszło mu do głowy włożyć go do ust. Potem podszedł do drzwi i sprawdził zamek. Przekręcił trójkątną końcówkę i szarpnął drzwi, trzymały, podszedł do okna. Wąska szczelina w grubym murze nie miała żadnych klamek ani zamków, grube szkło wtopiono albo wmurowano w ścianę. Wrócił do łóżka i położył się na wznak. Potem, nie rozbierając skafandra, odwrócił się na bok, opuścił przysłonę i zasnął.

Obudził się o ósmej siedemnaście. Nie był pewien, czy jest to rzeczywiście ósma z groszami, ale niewątpliwie minęła godzina, o której mówił wczoraj przewodnik. Zastanawiał się chwilę, potem jednak postanowił jeszcze chwilę zostaćw skafandrze. Wyszedł z pokoju i zwiedził budynek. Wszystkie pomieszczenia stały otworem, wszędzie gruba warstwa kurzu, królestwo pajęczyn i pleśni. Trochę zmurszałych mebli, ale nigdzie ani śladu walki czy dewastacji. Wyszedł przed blok.

Samochód stał tam, gdzie go wczoraj zostawili. Czerwony, z łatami różnego koloru, elektrokar na łysych oponach. Obszedł go dookoła, zajrzał do wnętrza. Wytarte fotele, brudna podłoga i brak kilku zegarów na desce rozdzielczej. Wsiadł i uruchomił silnik, wozem szarpnęło, siedział chwilę, potem wyłączył silnik i wysiadł.

Pusto. W zasięgu wzroku nikogo, niczego, co by się poruszało, prócz kilku wyższych od innych roślin chwiejących się na słabym wietrze. Podszedł do najbliższej szczeliny i wbił w miękką ziemię pręt analizatora. Odczytał wynik, choćnawet na pierwszy rzut oka widać było, że nic się tu nie działo, skład powietrza również wykluczył wojnę atomową, było nawet czystsze niż za jego czasów. Podniósł przesłonę i splunął z całej siły. Wrócił do pokoju, zrzucił skafander, przepakował do kieszeni kombinezona kilka kostek koncentratu, trochę lekarstw, zażył kilka profilaktyków. Odłączył kolbę karabinu i złamał lufę: Wsunął pistolet pod bluzę, a do paska przypiął płaskie pudełko, którego sygnał przywoływał kapsułę. Rozejrzał się po pokoju i wyszedł na korytarz. Przystanął w wyjściu i rozejrzał się, a gdy nie zobaczył żadnego poruszenia, wyskoczył na zewnątrz, podbiegł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył szybko w przeciwną niż do kapsuły stronę. Tam było miasto.

Szosa, do której dojechał po dwudziestu minutach jazdy, wyglądała jak pas startowy Seattle. Nierówna, połatana, smętna. Pusta. Wjechał na nią i przejechał pół mili, zanim zatrzymał się i wysiadł. Otworzył maskę i przysiadł na zderzaku. Czekał prawie czterdzieści minut, zanim zobaczył ciemną kropkę zbliżającą się od strony miasta, wstał i przygotował strzykawkę dystansową, a potem, trzymając ją w ręku, pochylił się nad komorą silnika. Usłyszał zbliżające się buczenie, a potem szuranie hamulców i trzask drzwiczek.

- Hej! Pomóc, czy masz czas? - krzyknął jakiś męski głos z boku. Derek, nie podnosząc twarzy, kiwnął zachęcająco ręką i wesoło odkrzyknął: - Mam bardzo mało czasu!

      - To trzeba tak było mówić od razu - głos zaczął się zbliżać, wtedy Derek uniósł się znad komory i strzelił w brzuch mężczyzny. Tamten nawet nie zdążył się zdziwić. Osunął się na beton podtrzymywany przez Dereka. Szybko przeniósł uśpionego do swego wozu i ograbił. Zdjął z niego ubranie i przeszukał kieszenie. Mężczyzna nie miał żadnych dokumentów tylko płytkę perforowaną formatu trzy na cztery cale i garść monet. Było tego prawie trzysta dolarów, ale liczba sama w sobie nic nie znaczyła, być może była to wartość ubrania albo filiżanki herbaty. Wyjaśnienie zostawił Derek na później, wciągnął na siebie ubranie nieznajomego i wsiadł do jego samochodu.

Wjechał do miasta i zatrzymał się. Przyjrzał się dokładnie domom na przedmieściu, pustym i upadającym, wolno podjechał pół mili w kierunku centrum i przystanął przy pierwszej oznace życia - budce telefonicznej. Wysiadł i obejrzał budkę. Zarówno ona jak i aparat wyglądali nędznie, zniszczeni, wyszarzali. Obok szczeliny automatu widniała jedynka, reszta była zatarta. Cent, dziesięć albo dolar?

Wrócił po wciąż pustej ulicy do samochodu i ruszył wolno. Na widok pierwszego przechodnia zacisnął ręce na kierownicy, ale tamten nie zwrócił na niego uwagi, choć spojrzał raz na samochód. Wyglądało więc, że nie różni się zbytnio od innych. Trochę pewniej pojechał dalej, przez ulice, na których domy, choć nie tak zniszczone jak na przedmieściu, wyglądały jednak przygnębiająco. Nie takie były, gdy stąd odlatywał. Zatrzymał wóz na jakimś placu i wysiadł. Przeszedł przed kilkoma sklepami przyglądając się towarom i cenom. Asortyment był żaden, ale ceny niskie. W każdym razie za te trzy setki mógł się ubrać jako tako i coś zjeść. Wszedł na skwer i usiadł na ławce. Rozejrzał się w poszukiwaniu przechodniów. Nie było ich dużo.

Najpierw przeszedł jakiś starszy pan. W każdej z rąk niósł laskę, to znaczy - jedną się podpierał, a drugą niósł w lewej ręce. Co chwilę spoglądał na zegarek. Przedefilował przed Derekiem wpatrzony w zegarek i zniknął za kępką krzaków. Po skosie biegła jakaś dziewczyna, miała zaaferowaną twarz, jak człowiek, któremu coś nie wychodzi, nie przerywając biegu popatrzyła na zegarek i przyspieszyła. Z prawej rozległ się jakiś trzask. Derek zerwał się i sięgnął pod bluzę.

Zza kępy krzaków wyłonił się starszy pan z jedną laską w prawej ręce. Derek odczekał chwilę i wolno poszedł drogą przebytą przed chwilą przez mężczyznę, doszedł do zakrętu i krzaków. Laska, złamana pośrodku, leżała niedbale rzuco. na na brzegu alejki. Przyklęknął obok szczątków i obejrzał je dokładnie. Część z rączką miała odłupany ostry koniec zabrudzony ziemią. Wszystko wskazywało na to, że laska pękła i starszy pan padając wbił koniec w żwir alejki. Zresztą tuż obok Derek zobaczył dziury w nawierzchni alejki. Inne ślady świadczyły o upadku mężczyzny.

Derek wstał i nieznacznie rozejrzał się. Pusto. Cicho. Brak dzieci! To właśnie sobie uświadomił, przez cały czas nie widział ani jednego dziecka! Ta biegnąca dziewczyna była najmłodszym widzianym przez niego człowiekiem. Szarpnął ciasny kołnierz koszuli. Zaczęła go dusić wściekłość. Był gotów kopnąć się z całej siły. Usłyszał skrzyp żwiru z tyłu i odetchnął kilka razy głęboko. Odwrócił się mając nadzieję, że ma już twarz o normalnym kolorze. Choć gdy zobaczył kto się do niego zbliża, nabrał pewności, że purpura wraca na policzki.

- Cześć kolego! - uśmiechnął się policjant. - Coś się stało?

      Olbrzymi pistolet z długą lufą wisiał na dwóch rzemieniach, mógł strzelać prawie natychmiast, bez wyjmowania broni z kabury czy wyszarpywania zza paska. Derek przeniósł spojrzenie na twarz pytającego. Uśmiechnął się i to upoważniało do optymistycznych rokowań.

- Nie e, skąd! Tak się rozglądam - odbił uśmiech Derek.

- No to w porządku - jeszcze szerzej wyszczerzył się policjant. - Czas masz, mam nadzieję?

- Ta". Mnóstwo czasu. Do pierwszej - poinformował Derek.

- Fi-uił! - gwizdnął porządkowy. - Niezły dzionek, nie?

Derek poczuł, że jest bliski wpadki. Gorączkowo myślał, co powiedzieć.

      - Mógłby być i lepszy, tak myślę - bąknął.

- Mógłby - spoważniał policjant. - Gdyby nie ten skurwysyn Meyer. - No! - pokiwał głową Derek. - Pieprzony Meyer.

- No nic. Muszę iść dalej. Cześć!

- Cześć! - uśmiechnął się jeszcze raz Derek.

      Policjant odszedł z rękoma założonymi do tyłu. Derek westchnął głęboko i opadł na ławkę. Jeszcze raz przeanalizował informacje jakimi dysponował. Nic. Dodał do tego Meyera. Dalej zero. Jedno było pewne - to nazwisko powinno być znane każdemu Ziemianinowi, ale trudno przypuszczać, by przez jednego człowieka Ziemia zatrzymała się w rozwoju, cofnęła właściwie. Wyjaśnienie musiało być inne, ale na razie, co najmniej do pierwszej, nic się chyba nie wyjaśni. Fantry przetarł twarz obiema dłońmi i wstał. Rozejrzał się po placu i otaczających go budynkach. Nad drzwiami jednego z nich zobaczył napis" Bar". Wstał i poszedł tam.

Musiał w tym celu wyjść na główną alejkę i skosem na róg placu. Zza załomu wyszedł jakiś mężczyzna, przeszedł kilka kroków i zerknął na zegarek. Powiedział coś dość głośno, ale zaskoczony Derek nie zrozumiał słów. Mężczyzna wyjął z torby plastikową płachtę, strzepnął ją i rozwiniętą pelerynę nałożył na siebie, szczelnie owijając głowę. Schował torbę pod płachtę i spokojnie poszedł dalej. Derek spojrzał w niebo. Było jasne i czyste, słońca nie było widać spoza dachów, ale nic, absolutnie nic, nie upoważniało do chowania się przed deszczem. Ruszył za mężczyzną. Przechodząc przez jezdnię odruchowo rozejrzał się na boki i wtedy usłyszał jakiś szum z przodu. Mężczyzna przed nim stał w kałuży wody. Chwilę jakby czekał na kolejną porcję, potem wyszedł z kałuży, parę razy tupnął, zrzucił z siebie pelerynę i kopnął ją pod mur. Derek miał wrażenie, że facet z przyjemnością kopnąłby coś innego. Najlepiej kogoś, bo powiedział:

- Meyer! Ż-żebym ja cię mógł...

      Dłonie miał zaciśnięte w pięści. Derek ostrożnie zbliżył się do mężczyzny, ale tamten, nie zwracając uwagi na pilota, ruszył ostro do przodu, spojrzawszy przedtem na zegarek. Minął bar, ku któremu kierował się Derek i poszedł dalej. Na placu pojawiło się równocześnie kilka osób, szły w różnych kierunkach, z różną prędkością, ale wszyscy co chwilę spoglądali na zegarki. Derek zerknął rónież na swój, trochę odruchowo, by sprawdzić, ile ma czasu. Trzy godziny z groszami. Zrobił kilka kroków i wszedł do baru.

Rozejrzał się od progu i skierował do szerokiej, wysokiej lady. Bar był zupełnie pusty, a na ścianie - co bardzo ucieszyło Derka - wisiał cennik. Nie był długi, za to ceny były niezwykle sympatyczne. Fantry wygrzebał z kieszeni trzy monety dolarowe i zastukał nimi o ladę. Usłyszał kroki za sobą.

- Słucham?

Poczekał, aż mężczyzna wejdzie w pole widzenia za ladę i powiedział możliwie niedbale:

      - Podwójną kukurydzianą - położył monety na ladzie i przejechał wzrokiem po twarzy barmana i szeregu butelek na półkach.

Mężczyzna zdjął jedną z butelek i nalał. Podsunął kieliszek Derekowi i zgarnął monety do szuflady. Scenka jak z historycznego filmu - brak komputera, kasy, automatycznego dozownika, wszystkiego tego, w co wyposażone były najpodlejsze knajpy za czasów startu" Ranisa". Wziął do ręki kieliszek i powąchał.

      - Coś taki nieufny, kolego? Ochrona przed toksynami najwyższego stopnia. Pokazać butelkę? - barman jakby obraził się.

      - Po co? Przecież wiem, tylko niedawno dostałem taką lurę zamiast kukurydzianki... - pokręcił głową Derek.

      - U nas? W Seattle? Niemożliwe - skrzywił się barman. - Przecież nas zaopatruje destylarnia Erdelmana, a on ma taki system zabezpieczenia, że daj Boże!

- Oczywiście, że nie tu - szybko podchwycił Derek. - Ale swoją drogą, to i tak nie bardzo wierzę w te wszystkie zabezpieczenia. Nie wymyślono jeszcze systemu absolutnie bezpiecznego - odchylił głowę w tył i wlał w gardło whisky. Wypuścił powietrze i spojrzał na barmana.

- Może i tak - barman ku zdziwieniu Derka nie zaproponował powtórki, ale odstawił butelkę na półkę. - Ale zobacz: każdy pracownik codziennie rano przedstawia wykres czasu, więc przełożony wie, ile może pracować bezpiecznie - podniósł do góry kciuk - po drugie, wszystkie pomieszczenia decydujące o produkcji i o jej czystości są umieszczone głęboko pod ziemią, tam gdzie na pewno nic nie było dwa wieki temu - od zaciśniętej pięści odłączył palec wskazujący i zaraz środkowy. - Po trzecie, specjalne służby czuwają, by wszyscy pracowali tylko tyle, ile mają czasu. Poza tym mają tam specjalne place, gdzie można spokojnie odebrać pigułę. No i w końcu, zarząd ma przegląd prognoz trzydniowych, tak że wiedzą, ile kto ma czasu z wystarczającym wyprzedzeniem. Przyznasz, że niewiele więcej można tu zrobić.

- Jasna sprawa - pokiwał głową Derek. - To prawie wyklucza możliwość... e-e-e... jakiejś wpadki.

- Pewnie! - wykrzyknął z przekonaniem barman. - No i w końcu zawsze mogą wycofać partię produktu, jeśli nie da się niczego innego zrobić. Takie wypadki się zdarzały - przechylił się do Dereka i ściszył głos. - Jeden mój znajomek - zerknął konspiracyjnie na boki - mówił mi, że ten Elderman, jeśli wie, że będzie musiał wycofać partię towaru, to w danym dniu w aparaturze znajduje się nie alkohol, a zwykła woda. Rozumiesz? Wylewa zwykłą wodę! - barman pokiwał głową z uznaniem. Derek przybrał odpowiednio zdziwiony wyraz twarzy. -- Niby nie jest to zgodne za bardzo z prawem, ale powiedz mi: pędziłbyś spirytus wiedząc, że i tak go trzeba będzie wylać?

- Musiałbym na głowę upaść! - prychnął Derek.

      - No właśnie. I dlatego choć o tym wiedzą na górze, przymykają oko.

Oczywiście, jakby się coś kiedyś stało, to Elderman nie wyjdzie z akwarium do końca życia. A wiadomo, jak tam jest z czasem - barman nagle spoważniał.

Zaległo milczenie. Derek obracał w ręku szklaneczkę, barman bezmyślnie potarł ścierką blat przed sobą. Brzęknął jakiś sygnał. Barman poderwał głowę, popatrzył na Derka i, jakby zdziwiony brakiem jego reakcji, powiedział:

- No, kończy mi się czas. Muszę wyjść na pięć minut, kolego.

Derek gorączkowo myślał, co zrobić. W końcu zapytał:

- Zamykasz lokal?

- Nie-e. Na pięć minut? Nie opłaca się, coś ci podać? Może Macolę.

- Myślę, że powtórzę whisky - powiedział Derek, choć czuł, że ten ruch nie jest najwłaściwszy.

      Barman pokręcił głową. Sięgnął po butelkę i nalał Derekowi drugą porcję do tej samej szklaneczki.

      - Nieźle ciągniesz! - powiedział jakby z podziwem. - Musisz mieć chyba dużo czasu?

Derek wypił połowę porcji.

- Do pierwszej.

- Do pierwszej? - powtórzył barman z niedowierzaniem. -I nie jesteś w pracy?.

- Mam wolny dzień - powiedział Derek i dopił reszty. Whisky przyjemnie oparzyła przełyk i podniosła temperaturę w żołądku. Poczuł pewne rozluźnienie i sporą porcję pewności siebie.

      - Musisz być, kolego, niezłą fiszą - barman obrzucił spojrzeniem ubranie Dereka.

      Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale brzęczyk odezwał się jeszcze raz. Barman poderwał się i szybko wyszedł. Już pod drzwiami odwrócił się i powiedział: .

      - Jakbyś coś chciał, to obsłuż się sam, a forsę wrzuć do kasy.

      Derek odczekał chwilę, potem okrążył blat i stanął przed półką z trunkami.

Chwilę zastanawiał się, potem wziął butelkę kukurydzianki, z którą zawarł już znajomość, odliczył piętnaście dolarów i otworzył szufladę. Gorący pot zrosił mu twarz. Była pełna pieniędzy, może nie dosłownie, ale musiało tam być ze dwa tysiące. Kupa forsy. I facet zostawia kawał pieniądza pierwszemu lepszemu gościowi. Może pułapka? Derek nieznacznie, spode łba omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Wrzucił swoje pieniądze i poszedł do stolika. Wybrał ten pod oknem, blisko drzwi. Usiadł i nalał kilka centymetrów. Popatrzył na zegar na wprost, potem na ten z lewej. Wskazywały identyczny czas. Poza tym były jeszcze dwa - nad głową Dereka i po jego prawej ręce. Cztery identyczne zegary. Łyknął swoją whisky i ustawił swój zegarek według tych barowych. Przygryzł wargę. Omal nie zerwał się na równe nogi słysząc szelest otwieranych drzwi. Spokojnie nalał sobie na samo dno i obejrzał się.

Dziewczyna była bardzo niebrzydka. Bardzo. Ale miała w sobie coś, co przeszkadzało jej stać się boginią. Może ostre rysy podkreślone jeszcze dość pstrym makijażem, może jakiś nieprzyjemnie rozluźniony chód, może bezbarwny głos, bo rozejrzała się i zapytała:

- Barman nie ma czasu?

Derek skinął głową.

- Na długo? - patrzyła na niego bez zainteresowania. Coś w tym spojrzeniu otworzyło klapkę w mózgu Dereka.

- Na pięć minut. Napijesz się? - rzucił od niechcenia.

- Teraz nie. Mam tylko dwadzieścia sześć minut czasu. Możesz postawić mi Macolę - wyciągnęła dłoń.

Derek pogrzebał w kieszeni i wyjął dolara. Rzucił go wysokim łukiem w kierunku dziewczyny, złapała monetę zręcznie i poszła do baru. Wyjęła z lodówki oszronioną butelkę, zerwała kapsel i nalała sobie do szklanki połowę zawartości. Wypiła to duszkiem i otworzyła szufladę. Włożyła do niej dolara i wygrzebała jakieś monety. Zamknęła kasę i ze szklanką i butelką w jednej ręce i resztą z dolara w drugiej podeszła do Dereka. Położyła przed nim monety wyjęte z kasy, postawiła butelkę i szklankę i usiadła. Popatrzyła na butelkę, jej spojrzenie straciło trochę z tej bezbarwności, z jaką pojawiła się w lokalu.

      - Wypiłeś już tyle sam? - zapytała.

Derek poczuł, że jeśli pochwali się tym w gruncie rzeczy mizernym wynikiem, popełni błąd. Zaprzeczył ruchem głowy i zupełnie odruchowo wypił zawartość.

      - Masz czas? - zapytała go.

      Spróbował szybko policzyć, ile razy pytano go już o to dzisiaj. Siedem? Pięć?

      - Mam dużo czasu. Do pierwszej. Nieźle, co? - popatrzył na dziewczynę.

- R-rany boskie! Już nie pamiętam, kiedy miałam tyle czasu. Może nigdy w życiu - wypiła pół szklanki żółtej cieczy i odstawiła szklankę. Wciągnęła wargi w usta i oblizała je nie pokazując języka. - A może poszedłbyś ze mną? - zapytała.

- Przecież nie masz czasu - powiedział Derek lekko zdziwiony.

- Jak to: "nie mam czasu"? Przecież mówiłam, że mam dwadzieścia sześć minut! Zostało jeszcze dziewiętnaście. To jest całkiem przyzwoity czas.

Zdarzali mi się już klienci na sześć minut - wzruszyła ramionami i uniosła lekko lewą brew.

      - A potem co? Masz innego klienta? - Derek szybko zalał dno szklanki cienką warstwą whisky i wypił. Z premedytacją nie patrzył na dziewczynę, czuł, że zadaje pytania na pograniczu dekonspiracji, ale zdecydował się wyjaśnić cokolwiek, choć trochę.

Jakiego klienta? Mam wpaść pod samochód, to chyba jest wystarczający powód, nie? - prawie krzyknęła. - Zresztą, o co ci chodzi? Idziesz, czy nie? Masz już zdaje się dość w pale...

- Idę. Idziemy... - Derek wstał z krzesła i wsadził butelkę do kieszeni. Dziewczyna wstała również, ale nie ruszyła się od stolika. Patrzyła na Dereka jakby ze strachem.

- Będziesz jeszcze pił? - zapytała.

- Jasne - uśmiechnął się i klepnął w kieszeń, do której wsadził butelkę.

- Chyba żartujesz! Wiesz jak alkohol osłabia refleks? Jak degeneruje komórki odpowiedzialne za...

      - Słuchaj, słoneczko! Proponujesz mi łóżko, czy wykład na temat szkodliwości alkoholu? Na to pierwsze mam ochotę, na drugie jestem za stary.

Derek kiwnął się i złapał równowagę. Dziewczyna otworzyła usta, ale nie wydała z siebie dźwięku, odwróciła się i poszła pierwsza. Derek zmrużył trochę oczy, ustalił trasę i ruszył za nią. Wyszedł na ulicę trochę za szybko, musiał dużym łukiem skręcić w lewo, za dziewczyną. Minęła trzy bramy i weszła do czwartej. Derek wpadł do bramy za nią i dogonił na schodach. Czuł, że zdrętwiały mu wargi, co dwieście lat temu, gdy ostatni raz pił na Ziemi alkohol, sygnalizowało pierwsze stadium nasycenia. Szybko, by dziewczyna tego nie zauważyła, przetarł twarz jedną ręką, drugą konrtolując chód przy pomocy poręczy. Weszli na drugie piętro i zatrzymali się przed drzwiami tuż przy schodach. Dziewczyna obrzuciła Dereka uważnym spojrzeniem, jakby jeszcze nie pozbyła się jakichś swoich obaw i nacisnęła klamkę. Weszła, za nią wsunął się Derek.

- Nie zamykasz drzwi? - zapytał rozglądając się po dużym pokoju wypełnionym jakimiś tarczami, hełmami, czymś w rodzaju poszczególnych elementów średniowiecznych zbroi.

- Po co? - zrzuciła pantofle i zaczęła rozpinać bluzkę. - Kto zaryzykuje dwa dni więzienia?

Na chwilę przerwała i pomanipulowała przy budziku. Odeszła w kierunku łóżka kontynuując strip-tease. Derek podszedł i obejrzał budzik. Nie był szczytem techniki, ale wskazywał czas z dokładnością do stutysięcznych części sekundy. Derek postawił go na miejscu i odwrócił się do dziewczyny.

Siedziała na łóżku prawie goła, jedną nogę podkurczyła ściągając figi i pa­trzyła na Dereka. Zamarli oboje na chwilę, już wiedzieli, że nie pójdą do łóżka, widzieli, że każdemu z nich cisną się na usta pytania i że gdy je zadadzą, zmieni się dużo.

      - Macie obsesję czasu - powiedział Derek i poczuł, że zaczął bardzo źle, chyba najgorzej jak mógł.

      - Dlaczego: "macie"? Ciebie to nie dotyczy? Kto ty jesteś? - wstała.

- Posłuchaj - Derek zrobił krok w kierunku dziewczyny. Skoczyła do okna, otworzyła je i krzyknęła przeraźliwie.

Derek rzucił się ku drzwiom, zbiegł po schodach i pobiegł w przeciwną niż na ulicę stronę. Przebiegł małe podwórko i wyszedł wolnym krokiem na równoległą ulicę. Tu nie słychać już było dziewczyny, ale nie znaczyło to, że nic mu już nie grozi. Skręcił w pierwszą przecznicę i potem jeszcze kilka razy. Zaczął zastanawiać się, czy jest sens wracać do samochodu, czy nie ułatwi przypadkiem zadania ścigającym. Postanowił poszukać jakiejś instytucji, posterunku policji i oddać się dobrowolnie pod ich opiekę. Przestał wierzyć, że samodzielnie wyjaśni zagadkę swej rodzinnej planety. Poszedł szybko w kierunku wylotu ulicy, wydawało mu się, że wychodzi na jakąś ożywioną aleję.

 

- Po co pan uciekał, panie Fantry? - mężczyzna, który "odbierał" Dereka wczoraj z kapsuły, usiadł w fotelu naprzeciwko. Ten drugi, chudy, wysoki jak tyka i łysy siedział bliżej drzwi, jakby pilnował, by nikt już im nie uciekł.

- Ludzie! Wy nie jesteście normalni! - Derek wstał i kopnął niski stołeczek. - Czy wy zdajecie sobie sprawę, jak ja się czuję? Wracam po dwustu latach na Ziemię i co zastaję? Nikt mnie nie wita, nikomu nie jestem potrzebny, ledwo -ledwo, z łaski" pozwalają mi wylądować. Dalej... Dzieje się tu coś niezwykłego, łagodnie mówiąc, i nikt nie może mi niczego powiedzieć. Wszyscy bełkocą tylko o czasie. Ty... - Derek wycelował z palca w kierunku wczorajszego znajomego - ...mówisz mi, że jeśli nic się nie będzie dziać, to mogę zdjąć skafander. Na co miałem czekać? Poszedłem do miasta, żeby to wszystko wyjaśnić...

- Jest pan winien śmierci dwóch osób - powiedział głośno łysy spod drzwi.

- Ja? - Derek odwrócił się do niego i wytrzeszczył oczy. - O co, do...

- Zaraz - ten ważniejszy podniósł rękę i podszedł do kolegi. - Tom, tak nie można. Przecież on nic nie wie...

      - To po diabła wpycha się w nasze życie? - łysek zerwał się i zbliżył do partnera.

- Jakie wasze życie? - wrzasnął Derek i również zrobił krok w ich kierunku. - To również moja planeta, do kurwy nędzy! Co wy mi tu pieprzycie o jakichś zabitych? Ja mam...

- Zacznijmy jeszcze raz - mężczyzna tworzący wczorajszy jednoosobowy komitet powitalny podszedł do Dereka i położył mu rękę na ramieniu. - Ja nazywam się Sam Calderman, a to jest Tomas Barth. Usiądźmy, trzeba mówić długo, by wyjaśnić to, co się aktualnie na Ziemi dzieje. Mamy osiem minut czasu - zauważył, że Derek otwiera usta i dodał szybko: - Tym razem nikt nigdzie nie będzie wychodził, chodzi o to, że mamy osiem minut, by zobaczył pan dowód naszej prawdomówności. Siądźmy - wskazał fotele i usiadł pierwszy. Derek i Barth usiedli również, choć nie kryli wzajemnej niechęci.

- Panie Fantry, znalazłem trochę dokumentów o pańskiej wyprawie. Wystartował pan w lipcu 2094 roku, prawda? - Derek skinął głową. - Trzy lata wcześniej niejaki Meyer dokonał wynalazku, który od stu czterdziestu ośmiu lat niszczy Ziemię. Wie pan, ilu mieszkańców ma teraz Ziemia? Niecałe dwa i pół miliarda, a gdy pan startował, było sześć. Meyer... - Sam szarpnął rękami i zacisnął dłonie w pięści. Derek popatrzył na Bartha. Siedział z zamkniętymi oczami, miał zaciśnięte sżczęki i splecione palce obu rąk. - Otóż ten Meyer chciał uczynić swoje życie wygodniejszym i bezpieczniejszym, pracował nad czymś, co nazwał wzmacniaczem powodzenia. Krótko mówiąc, wybudował w dwa tysiące dziewięćdziesiątym pierwszym prototyp urządzenia odwracającego od niego część niepowodzeń.

- Żartujesz? W jaki sposób? - Fantry nachylił się do Sama.

      - Meyer najpierw poszedł drogą budowy mikropola uruchamianego na czas niezbędny do osłonięcia siebie przed jakimś przykrym przypadkiem. Na przykład, wbijasz gwóźdź w deskę. Następuje moment, kiedy źle wycelowałeś i uderzasz młotkiem w palec. Ułamek sekundy wcześniej już wiesz o tym, wiesz, że młotek leci nie tam, gdzie chcesz, ale zanim sformułujesz myśl, zanim zareagujesz, zanim cofniesz rękę... - Sam machnął ręką - Najczęściej uderzasz się w palec. Meyer zbudował swój wzmacniacz i nie groziły mu już takie przypadki. Po prostu jego urządzenie reagowało szybciej niż sam mózg, z którym zresztą było połączone, i w odpowiednim momencie, w odpowiednim miejscu generowało pole siłowe. I teraz, gdy młotek leciał na palec, tuż przed uderzeąniem zjawiało się tam mikropole i chroniło palec. Jasne?

Derek skinął głową.

      - Póżniej okazało się, że nawet stojąc tyłem do strzelającego i nie słysząc odgłosu strzału ofiara ułamek sekundy wcześniej, zanim pocisk uderzy w jej ciało, wie o tym. Wzmacniacz Meyera bezbłędnie reagował na to. Z życia wynalazcy zniknęły różne nieprzyjemne przypadki - przestał padać, bo usłużny wzmacniacz podtrzymywał go swoim polem, przestał się kaleczyć, uderzać, potykać. Potem, gdy na oczach tłumu wpadł pod ciężarówkę i wyszedł z tego cało, postanowił podzielić się swym szczęściem z ludzkością. Wybuchł szał. Wynalazek Meyera wyznaczył nowy kierunek w nauce. Powstawały coraz to doskonalsze wzmacniacze, najpierw chodziło tylko o miniaturyzację urządzenia. Potem powstały inne, na różnych zasadach - Calderman popatrzył na zegarek i zaczął mówić szybciej. - W każdym razie nieszczęśliwe przypadki zostały wyeliminowane z życia ludzi. Przestały ich trapić katastrofy samolotowe, wypadki samochodowe, utonięcia, spalenia i tak dalej, i tak dalej. Sto lat po ogłoszeniu wynalazku ludność Ziemi liczyła dziewięć miliardów.

Jęknął sygnał zegarka Tomasa. Barth wstał i podszedł do torby, z którą przyszedł. Sam zamilkł i patrzył na kolegę. Derek zrozumiał, że też powinien patrzeć na trzeciego z obecnych. Tomas wyjął z torby duży żółty hełm i nałożył na głowę. Stanął pośrodku pokoju i nacisnął jakiś przycisk na zegarku.

- Uważaj na siódmy sygnał - powiedział cicho Calderman.

Kilkanaście sekund nic się nie działo. Potem zegarek Bartha jęknq,ł znowu.

      Derek zaczq,ł liczyć. Raz... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć... siedem!

      Coś syknęło i nagle nie wiadomo skąd tuż obok głowy Bartha pojawiło się coś ciemnego, przeleciało krótki odcinek i uderzyło go w osłoniętą kaskiem głowę. Tomas drgnął, uderzenie było silne i podniósł ręce. Ujął kask i zdjął go.

.. Przedmiot, który przed chwilą uderzył go w połowie drogi do podłogi, zniknął znowu z cichym syknięciem. Barth rzucił kask na podłogę. Potarł głowę i usiadł znowu na fotelu.

- Na razie zostawmy to bez komentarzy, dobrze? - zapytał Sam. Derek znowu kiwnął głową. - Półtora pokolenia później zaczęły się kłopoty. Wypadek niejakiego Whitsa wyprzedził całą lawinę o pół roku. Był to niesamowity wypadek. Whits stał pod sklepem i nagle przechodzący obok zauważyli, że coś nieokreślonego urwało mu głowę. Potoczyła się po chodniku, a ciało runęło po sekundzie i rzucało się kilka sekund, zanim zamarło. Ludzie wpadli w histerię. Oskarżono firmę o wadliwie wykonany wzmacniacz, ale okazało się, że był w porządku. Po prostu to coś ominęło go albo zablokowało. Nikt nie wiedział, o co chodzi, choć hipotez było kilkadziesiąt. Nikt niestety nie wpadł na właściwy pomysł. Kilka firm wypuściło na rynek mocniejsze gwarantowane wzmacniacze. Ludzie rzucili się na nie i zapanował spokój. Na pół roku. Potem wydarzyło się kilka niewinnych wypadków - coś kogoś uderzyło, ktoś się wywrócił łamiąc nogę, ktoś stracił oko. Nastąpiło kilka procesów, wypłacono parę odszkodowań. Dalej nikt nie rozumiał, że zbliża się potworna katastrofa. A potem wszystkie wzmacniacze prawie jednocześnie przestały działać... - potarł czoło i spojrzał najpierw na Tomasa potem na Dereka. - Może zresztą, nie tak - one może i działały, ale na ludzi zaczęły się walić różne nieszczęścia nie do nich adresowane. Przypuśćmy, że ktoś uniknął oblania wodą przy pomocy wzmacniacza, ale ta woda wylewała się sto lat później na zupełnie kogoś innego i nie mogły w tym przeszkodzić żadne wzmacniacze. Oczywiście dopóki dotyczyło to tylko takich niewinnych przypadków wszystko było jeszcze znośne, ale ludzie zaczęli ginąć. Tak jak ten pierwszy, Whits, który stracił życie przez kogoś, kto kiedyś uniknął urwania głowy.

- Przecież to zupełna bzdura! - Derek zerwał się na nogi i stanął przed Samem. - Co to... - zabrakło mu słów - ... Że co? Jak ktoś uniknął jakiegoś przypadku to zapłacił za to inny? - wyciągnął rękę z wyprostowanym palcem w kierunku Sama, jakby chciał przebić tym palcem jakąś dzielącą ich błonę.

- Właśnie tak - pokiwał głową tamten. - Żyjemy w świecie, który nie jest niczym innym jak wysokozorganizowaną materią. Nikt nie moźe tej organizacji naruszyć. Jesteśmy wpisani w układ i jak się okazało, nie możemy niczego w nim zmienić. Pewien cyniczny dziennikarz napisał: "Suma powodzeń i niepowodzeń jest constans" .

Derek ostrożnie wciągnął powietrze w płuca. Patrzył na Caldermana, przeniósł wzrok na Toma. Żaden z nich nie wyglądał na kpiarza. Obok drzwi leżał kask.

- Czy to... - Derek wskazał kask.

Sam wzruszył ramionami. Wstał i zrobił kilka kroków po pokoju.

- Uniknął w ten sposób uderzenia w głowę kamieniem, tylko tak możemy się bronić przed tymi pigułami.

      - Zaraz! - Derek podbiegł do niego i szarpnął za ramię. - A skąd wiecie? Że akurat to, akurat dziś?

- No więc kiedy wybuchła panika, kiedy okazało się, że żaden wzmacniacz nie odsunie zagrożenia, że w każdej chwili może zwalić się na człowieka jakieś nieszczęście pierwotnie przewidziane dla innego, ludzkość wpadła w panikę. To było piekło... - Sam przełknął ślinę - ...cała masa wypadków, miliony zabitych, śmierć sprzed stu lat szalała. Totalny chaos, nic nie można było zorganizować, żadnych badań, żadnych prac, żadnej walki - w każdej chwili wypadali z gry różni ludzie, w tym najtęższe umysły epoki, przewodniczący specjalnych komisji i tak dalej, i tak dalej. Spora część ludzkości wpadła w szał - orgie, alkohol, byle szybciej, byle więcej. Trudno ich za to winić, znana stała się historia państwa Spancy - w trakcie stosunku pani Spancy nagle zmieniła się w krwawy płat. Najprawdopodobniej ktoś uniknął kiedyś przejechania przez walec i spadło to na nią. Gdy już zdjęto męża z tej bezkształtnej masy, wyrwał się i uciekł na ulicę. Zabił sześciu przechodniów z broni wyrwanej policjantowi. Wrzeszczał: "Meyer! Ty skurwysynu! Chodź tu ze swoim wzmacniaczem!". W końcu został zastrzelony przez innego policjanta. Nastąpiły okropne, straszliwe czasy. Część ludzi ukryła się w schronach, część usiłowała zmienić miejsce, zamieszkania. Wszyscy chodzili opancerzeni, unikali dzięki temu sporej części wypadków, tak jak Tomas przed chwilą, ale jeśli ktoś chodził w pancerzu, a miał utonąć... - Sam rozłożył ręce.

Derek poczuł strumień ciekłego lodu na plecach. Siedział nieruchomo, oddychając ciężko przez nos. Widział, że jego dłonie wykonują jakieś dziwne nieskoordynowane ruchy, jakiś taniec na kolanach.

- Potem - powiedział Calderman - kilka grup uczonych zaczęło organizować badania fenomenu Meyera. Trwało to prawie pięćdziesiąt lat, zanim osiągnięto jakieś wyniki. W tym czasie liczba ludzkości spadła do dwóch miliardów. Część zmarła w sposób naturalny, część zabił Meyer, a dzieci prawie nie było. Nikt nie chciał narażać potomka na nieznane niebezpieczeństwo. Groziło nam wymarcie, ale już to opanowaliśmy. Straty są ogromne - obumarły prawie wszystkie dziedziny nauki, które nie miały szans na walkę z efektem Meyera, przemysł w ruinie, rozprężenie, choroby psychiczne, totalna negacja, nihilizm. Trzeba było zaprowadzić drakońskie prawa, żeby ludzie nie krzywdzili siebie nawzajem...

- Poczekaj! Ale jak opanowaliście ten efekt? - Derek zdziwił się słysząc własny głos.

- A-a-a... - Sam skrzywił się. - Nie opanowaliśmy. Tego nie można opanować. Udało nam się tylko wymodelować świat, jakim byłby bez Meyera, porównać z modelem stan rzeczywisty, począwszy od pierwszego użycia jego wzmacniacza i osiągnęliśmy tyle, że wiemy obecnie, co komu i kiedy grozi. Z dużym prawdopodobieństwem. I możemy próbować unikać posyłanych nam przez materię "pigułek" z przeszłości. Tak jak Tom to zrobił.

- To znaczy, że znacie swoją przyszłość?

      - Przeciętny obywatel wie, co go czeka na przestrzeni doby. Wyższe stanowiska wiążą się z wydłużeniem tego przedziału. Jednostki wybitne mają odpowiednio dłuższe prognozy. Prezydent musi wiedzieć, czy nie umrze przypadkiem za dwa dni, by przygotować następcę i tak dalej. Uczeni, dyplomaci też są oczywiście objęci tym systemem.

- Rozumiem z tego, że nie zawsze można uniknąć tego... tego... - Derek usiłował znaleźć jakieś odpowiednie słówko, ale nie przychodziło mu nic do głowy prócz" Przeznaczenia".

- Nie zawsze - odezwał się nagle Tom. - Takie drobiazgi jak ten kamień, to nic. Jeśli wiesz, że upadniesz, możesz podłożyć sobie materac, ale jeśli masz wypaść z dwudziestego piętra, to już trudniej zorganizować wszystko tak, by przeżyć. Poza tym pozostaje zawsze dziesięcioprocentowy margines błędu. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że bilans zaczyna się powoli wyrównywać. Mamy nadzieję za kilkadziesiąt lat wrócić do normy. Wszyscy marzymy o tym, by ulegać różnym przypadkom bez żadnych piguł.

      - Nieprawda - po raz drugi odezwał się Tomas. - Wszyscy marzymy o tym by móc zabić Meyera. Wszyscy!

      - Poszedłbyś do więzienia na tydzień - powiedział poważnie Sam, a Derek zrozumiał, że to żart.

      - Niezbyt dużo jak na sprawcę tylu nieszczęść - dostosował się do tonu      Caldermana.

 - Nieprawda. W więzieniu nie dostaje się prognoz. Tydzień to aż za dużo, by zginąć od którejś z piguł.

Cisza trwała ze dwie minuty zanim Derek odważył się zapytać:

- A co ze mną?

- Nie wiadomo. Komputery zamiast podać twoją prognozę twierdzą, że nie istniejesz. Można to odczytać pozytywnie. - Derek nagle zrozumiał, że obaj straszliwie się cieszą.

Sam, a za nim Tomas wstali.

- Musimy cię zostawić na jakiś czas. Za chwilę przyjdą tu nasi koledzy i będziesz mógł z nimi jeszcze pogadać. Nam kończą się czasy, musimy przygotować się do odbicia piłeczek.

- Rozumiem - powiedział Derek i nachylił się, by wstać.

Rozległ się trzask i fotel pod nim rozleciał się na kilka części. Derek podparł się prawą ręką o podłogę i uchronił się od upadku. Podniósł się powoli i spojrzał na Caldermana i Bartha. Popatrzył na szczątki fotela. Znowu na obu mężczyzn. Milczeli, ale ich wzrok był bardzo wymowny.

Cieszyli się.