Aktualizacja: 20.06.2017
"W naszej klasie"
"Fenix", 7 (43) 1995 oraz w zbiorze "Szklany Szpon"

W komputer wpisał Tomasz Kucz "SALMO".

Kliknij aby powiększyć

-     Mamuni piąteczkę, jak zwykle, co?
Wszystkie głuptasy z całej naszej klasy dały się zrobić w konia:
-Ta-a-ak!
Ja nie.
Przez ułamek sekundy miałem nawet ochotę również krzyknąć w radosnym chórze: "Taaak!", i już otwierałem usta, ale coś w głosie ojca, jakiś błysk w oku, coś... Może to: "Jak zwykle"? Nie wiem, ale przeczekałem wrzawę i zaryzykowałem bąknięcie:
-     Żebyśmy jej nie rozpieścili.
Mama pomyślała, że to zabawa - przekręciła głowę, ustawiając ją pod takim kątem, by wiadomo było, że patrzy na mnie z wyrzutem; z żartobliwym wyrzutem.
A ojciec powiedział:
No właśnie. - Hałaśliwie, ze zdrowym szumem wypuścił przez nos całe powietrze z pojemnych płuc. Wyciągnął w kierunku Maiki wskazujący palec i mała natychmiast przestała chichotać.
Nawet nie o to chodzi, że mam... mamy... - króciutko zerknął na mnie - jakieś wyraźne pretensje, raczej o to... No, na przykład w ubiegłym tygodniu świnie dostały kilka dużych kawałów papieru w swoim wiadrze z odpadkami biolo.
Mama poruszyła się, zaczerpnęła powietrza przez odrobinę tylko rozchylone wargi i dlatego zabrzmiało to jak protest, a tato tego nie lubi. Oj, nie.
-     Nie o to chodzi, że wrzuciłaś je tam! Nie wierzę, byś postąpiła tak lekkomyślnie. Ale nie przejrzałaś masy przed wsypaniem do koryta. To raz! - Tato uniósł do góry lewą dłoń i wyprostował energicznie kciuk. Przez moment zaczęło mi się wydawać, że sprawia mu satysfakcję punktowanie mamy. - Dwa: w środę obiad był gotów dopiero tuż przed moim powrotem z pracy, prawda? Łykałem wrzącą zupę. Powiesz może, że nie musiałem się śpieszyć. - Mama nie zamierzała nic mówić, a gdyby nawet, to po zaproszeniu ojca na pewno już by się nie
odezwała. - Otóż musiałem, bo byłem głodny, to oczywiste. Nie jem od lunchu niczego, bo przecież mam w perspektywie obiad, więc podjadając, wydawałbym niepotrzebnie pieniądze i jeszcze może przytył!
Bomoleon, ten mały usłużny lizus, od razu się roześmiał. Tato przychylnie popatrzył nań i wrócił do tematu.
Trzy: podczas gdy czytałem dzieciom swój pamiętnik, ty kilka razy wychodziłaś do kuchni...
Nie mogłam się doliczyć noży...
Kochanie, nie zrozum mnie źle i nie denerwuj się. Ja rozumiem: świniom nic się nie stało, jak zjadły te pół gazety. Zupę mogłem jeść wolniej i pamiętnik już słyszałaś przy okazji czytania starszym dzieciom. Ale chodzi o zasady, rozumiesz? Dla zasady nie wolno marnować makulatury, nie powinno się podawać bulgoczącej zupy i przerywać czytania, bo to rozprasza dzieci i sprawia wrażenie, że ta wieczorna rozrywka nie jest ważna, pouczająca i potrzebna. Prawda?
Mama? Cóż jeszcze mogła zrobić? Pochyliła głowę i pokiwała nią. Tato też skinął głową i zapytał:
To co? Jaka ocena?
Cwórka minusz! - pośpieszył się Bomoleon; z tej gorliwości pomyliły mu się sylaby. I poza tym nie trafił.
-Bez przesa-a-ady - rzucił łaskawie tato, tarmosząc go za czuprynę i patrząc z uśmiechem na mamę. - Ja myślę, że piątka minus będzie akurat. W końcu to chyba mamy pierwsze wykroczenia...
-Wykroczenia, Peter? Przecież sam powiedziałeś, że to raczej takie cienkie pomy...
Wy-kro-cze-nia! - Przerwał tato, skandując wyraźnie sylaby. - W twoim przypadku, szczerze mówiąc, nawet wyraźne wykroczenia. Bo ty wiesz świetnie, czego nie lubię, i nie powinnaś była dopuścić do takich sytuacji. Chyba że lekceważysz to wszystko...
Oczywiście, że nie. - Przerwała nerwowo mama, a ja przez króciutką chwilę zastanawiałem się, czy nie podpowiedzieć obniżki jej cenzurki za takie przerywanie, za hardość. Tato zmrużył oczy i wyglądało, że tak to ocenia, a kto trafi i dobrze się odezwie, ten, ho, ho! Ale tato nie odezwał się, ja w końcu też nie i uznałem, że mam dobry dzień.
-Przecież wiesz... - dokończyła mama, wywieszając -jak zrozumiałem - na całą długość białą flagę.
Wystarczyło. Tato puścił do niej oko; Bomo, wpatrujący się w niego z otwartym dziobem, zamknął kłapaczkę i uśmiechnął się do wszystkich. Malka się wyszczerzyła i Filometta też, ale nikt nie próbował wstać od stołu. Tato dopiero teraz sięgnął do szuflady, wyjął notes w wytartej, brązowej, skóropodobnej okładce, delikatnie zsunął gumkę, otworzył go na ostatniej zapisanej stronie. Wpisał ocenę mamie, popatrzył na mnie. Byłem spokojny.
Coś ty ostatnio sprawujesz się na medal - powiedział tato niby podejrzliwie, niby z namysłem, ale był dumny, może nie dumny, tylko zadowolony. Położył rękę na mojej i ścisnął. Miał twardą skórę i krzepę w dłoni, gdyby mnie chciał ukarać, wiłbym się jak piskorz. Końcówka długopisu wycelowała w rubryczkę z moim imieniem.
Bremer dostaje piątkę, nie ma dyskusji. Chyba że o czymś nie wiem...?
Odpowiedziała mu cisza.
-     Piątka. - No, wpisane, zaklepane. - Dobrze. Teraz Filometta, rozmawialiśmy wczoraj, wiadomo - czwórka, i to jest chyba dla ciebie, kochanie, ostrzeżenie. Prawda? - Najstarsza moja siostra poważnie pokiwała głową. - Malka... Trzy plus, za oceny Iw szkole, wiesz o tym. Dobrze, że w domu jesteś bez zarzutu. I dla mnie to jest ważniejsze. Poza tym chwaliła cię pani Morris, która, jak wiemy, jest dobrze u nas - postukał palcem w otwarty notes - notowana. Naprawdę serdeczna kobieta, więc jej ocena Ima pewien wpływ na nasze. Teraz Bomo, ty urwisie. - Przyciągnął głowę małego do swojej piersi, więc nie widział błysku strachu w oku-mojego młodszego brata, ale następne słowa rozwiały obawy Bomo. - Zabawiasz się kosztem domowników, ale masz szczęście, że nie są to dowcipy krzywdzące kogoś. Tylko..
.- Chwycił go za włosy i odchylił twarz Bomo, by patrzeć w oczy. - Żebyś nie przeginał. Nadmierne rozbrykanie... Możesz odrobinę przesadzić i wtedy-y-y...
Bomo gorliwie pokręcił głową, właściwie próbował pokręcić, mimo że tato nadal trzymał go za włosy. I nie puścił, chociaż szczeniak zmrużył oczy, gdy zaprzeczając poczuł ból. Tato odczekał chwilę, zanim uwolnił gęstą, czarną jak smolarka czuprynę. Mój najmłodszy brat odczekał chwilę i - dopiero gdy ojciec pochylił się nad stołem - odsunął się, ale nie uciekał daleko.
-     No, to przejdźmy do dalszych naszych podopiecznych. Tato powertował dziennik, spode łba obrzucił spojrzeniem
całą rodzinę. Dwa razy. Kiedyś pomyślałem sobie przy takiej okazji, że kiedy jeszcze miał klasę w tej naszej pierwszej kolonii po lądowaniu na Nadziei, takim właśnie spojrzeniem obrzucał i całą piętnastkę, ale tu, w New Point, kiedy już nie załapał się na szkołę, musiała mu wystarczyć rodzina, dlatego tak długo nas taksował. Jakby oceniał, sprawdzał, kto nie zrobił zadania domowego i drgnie, gdy spocznie na nim wzrok belfra. Wsypie się.
-     Zacznę od własnego podwórka. Coundy... - Nie spodziewałem się dla szefa taty niczego dobrego. - P... Dwója. - Mściwie zaciskając zęby wycedził tato. Chciał powiedzieć "pała", ale wytrzymał. - Źle organizuje pracę, marnuje czas na prywatne telefony. Podlizuje się dyrektorowi. Nie mam wątpliwości. -Powstrzymał się od wciskania z całej siły końcówki w papier, wpisał lagę wyraźnie, w kaligrafowaniu jej szukając wyładowania nienawiści. - Ta cholerna Elza - to samo. Najprostszego planu robót na konkretny dzień nie przygotuje, ale o nowy czajnik może walczyć jak tygrysica o młode. Dwa. Teraz Holgmar, leń i cwaniak, na dodatek prymitywny. Nie rozumiem, jak mogli go zrobić... No, nieważne. I tak dzisiaj nieźle wypadł - tróją. - Zaszeleściła odwracana kartka, tato krótko, z ulgą wytchnął z płuc powietrze. - Co wy macie? Mamcia?
Mama zamrugała oczami, zmrużyła powieki, przypominając sobie dzisiejszy dzień.
-Pieczywo w porządku, trochę popękana skórka, jednak smaczne, czwórka będzie akurat. Mięso świeże, ale Colvin najwyraźniej miał zamiar wcisnąć mi tłustszy kawałek... Zmitygował się sam, co prawda, zanim zdążyłam...
-     Nieważne - przerwał ojciec - jesteś pewna, że nie miał czystych zamiarów?
-Tak.
-     No, to nie ma się co wahać - trzy plus. Niektórych ludzi nie zmieni nic prócz bata...
Nauczyłem się już dawno temu, po jednym razie, że nie ma sensu, a nawet wręcz niebezpiecznie jest pytać tatę, co Colvinowi szkodzi, że my mu obniżamy ocenę za dzisiejszy-dzień? Nawet o tym nie wie, spokojnie sobie żyje, choćby nawet miał w dzienniku siedemdziesiąt siedem pał. Ale... Pamiętałem aż nazbyt dobrze, co się działo, kiedy Filometta zadała pytanie o sens oceniania niemal całej osady. Och, och i och!
-     Po gaz musiałam trzy razy dzwonić, łącznie z wczorajszymi interwencjami - pięć.
-Jedynka! - oznajmił tato bezapelacyjnym tonem. - Nie ma co się z nimi pieścić, lenie jedne.

- Jedynka, jedynka! - klasnęła w dłonie Malka.
Tato popatrzył na nią surowo, ale widziałem w jego oku błysk {aprobującego rozbawienia albo rozbawionej aprobaty. A może | po prostu satysfakcji?
- Kochanie, nie ma się z czego cieszyć. Ci ludzie nie wywiązują się ze swoich obowiązków, narażają innych na niewygody i utrudniają i tak nie łatwe życie w nowym świecie, więc my firn wystawiamy cenzurki, które nie służą jednakże zabawie.
Tato zamknął dziennik, zasunął na okładkę recepturkę. Mama położyła Malce na głowie dłoń, pogłaskała ją, niewykluczone również, że chciała stłumić w siostrze stare jak sam dziennik, jak nasza rodzina na Nadziei, pytanie: "A czemu w takim razie one służą?"
Pierwszy od stołu wstał tato, potem już -jak kto chciał, ale ! nikt nie manifestował pośpiechu. Ja też. Ale miałem swoje powody. Kiedy wszyscy ruszyli do kanapy, a tato już sięgał po diariusz zapytałem:
- Tato, czy mógłbym dzisiaj... teraz wyjść z kolegami? Chcemy pomóc postawić szopę Hugowi Smooleyowi... Wiesz, rozpadła się im po ostatnim wietrze. - Odczekałem chwilę i kiedy tato przestał mrużyć oczy, kiedy szparki między powiekami osiągnęły niebezpieczną szerokość, to znaczy wąskość, dodałem:
-Dzisiaj jest fragment o tym, jak budowaliśmy pierwszy domek na drzewie, prawda? Znam to z autopsji i na pamięć: "Poranek był wilgotny i nieprzyjemny, ale cóż - obiecałem Bremerowi domek, a słowo mężczyzny jest twardsze od xeramixu. Spał jeszcze sapliwie, więc zrobiłem kawę, kilka tostów i obudziłem go, szepcząc do ucha: szpaki zajęły ci domek!" - zacytowałem z pamięci. Tato uniósł jedną brew i - odetchnąłem z ulgą i mama też - i wydał z siebie pomruk aprobaty.
-     Wyjątkowo. Tak. Możesz iść. - A gdy skinąłem głową i zaczynałem się odwracać, tato otworzył usta, a we mnie coś się oberwało i zalało wnętrze chłodem i lodem. - Jesteś pewien, że tam jest napisane "sapliwie"? Nie ma chyba takiego słowa?..
-     Licentia poetka, tato - odpaliłem odruchowo. I dodałem: -Autorowi wolno. Tak powstają nowe słowa, służące, na przykład, określeniu czy też opisowi jakiegoś specyficznego stanu lub sytuacji.
-Hm...!
No, udało się. Nie poruszyłem się, ale już byłem myślami za progiem, za drzwiami, na schodach albo i dalej.
Dobrze, idź - oznajmił tato. Popatrzył na resztę:
Siadamy, prawda?
Nie przeciągałem struny, prysnąłem bez ostentacyjnego pośpiechu, ale też i nie zwlekałem. Chociażby dlatego, żeby nie wkurzać rodzeństwa, bo ja zawsze dbam o dobre stosunki ze wszystkimi; taki już jestem. Zawsze mi się wydaje, że ludzie odpłacą mi tym samym; czasem żałuję tej cechy charakteru, ale na ogół się sprawdza. Na ogół się sprawdza, tak.
Popołudnie było ciepłe, fajnie, w to mi graj. Tak długo, jak we wstecznej perspektywie miałem dom, szedłem po naszej ulicy, luźno, spokojnie, ręce w kieszeniach, kopnąłem kilka kamyków... Za zakrętem jednak od razu puściłem się biegiem; lekkim truchtem na razie. Dopadłem kryjówki dużo przed czasem, wyszarpnąłem spod warstewki piasku w wykrocie pakunek, delikatnie, żeby nie uszkodzić folii, rozwiązałem i przebrałem się w inną koszulę. Gdyby ktoś z boku mnie podglądał, zdziwiłby się - koszule były identyczne, sporo zachodu mnie kosztowało, żeby w naszej dziurze spotkać koszulę taką samą, jak jedna z moich. Od tej pory, od kiedy się zamieniłem z Czkawą, szanowałem tę cholerę, bo mi była potrzebna. Wkładałem ją na siebie zawsze, gdy miałem takie sprawy, jak dziś, a tu zmieniałem ją
na identyczną, tyle że śmierdzącą perfumami, trawą, ziemią i trochę winem. Nie macie pojęcia (a może macie?), ile pachnideł potrafią wylać na siebie dziewczyny - na uszy, na szyję, między piersi, pod pachy i jeszcze tam, i tam, i tam... Kiedyś wracałem do domu śmierdzący jak drugstor Pata Malony'ego i musiałem sam prać koszulę, ryzykując wsypę, ale od czasu kiedy wpadłem na pomysł z tą zamianą koszul - bomba! Pewnie - ja też trochę śmierdzę, ale to już tylko kwestia, żebym się dorwał do łazienki i żeby była woda, rzecz jasna.
Zawinąłem "domową" czystą koszulę w folię i schowałem pod korzeniami. Pogwizdując ruszyłem do klubu. Sam go znalazłem w lesie, za wąskim pasmem błota - gęsta kępa głogu z istnym labiryntem w środku. Labirynt pal diabli, za starzy byliśmy, żeby bawić się w podchody, ale przez te odnogi było to idealne miejsce, żeby kilka parek mogło się odizolować od siebie, jednocześnie nie oddalając przesadnie, bo to i butelka zazwyczaj jedna, i czasem kilka takich... No, parę zmian. Kęsy powiada, że jego stary kiedyś się sypnął po pijaku, że na Ziemi, oni to robili w samochodach. Jak usłyszałem, to aż mnie skręciło - w samochodach?! Pieprzyć się w samochodach? No, niechbym ja tu miał samochód i któraś zażyczyła sobie balangi na tapicerce! Nie, no nie mogę! Stary Kęsego - on sam to przyznaje - był nawalony jak dwieście cztery i coś mu się musiało popiertentego albo wyartykułował, co mu się marzyło. Paranoja..
Zbiegłem w parów, właściwie udałem, że zbiegam - gdy tylko moja głowa zniknęła potencjalnemu obserwatorowi z widoku, zahamowałem na zboczu i szybko wróciłem do krawędzi. Raz tylko zdarzyło się, że szedł za mną Lucas i musiałem poświęcić popołudnie na spławienie gnoja, ale to tylko wzmocniło moją dyscyplinę i wymagałem podobnej od innych. Od wszystkich, chłopaków i dziewczyn, równo. Wytłumaczyłem im, że w takiej społeczności, jak nasza, afera będzie miała reperkusje niewyobrażalne, będziemy spaleni w naszym kochanym Nev (Point, zaraz potem w okręgu. Na dalsze podróże do innych okręgów nas nie stać, a po wpadce - tym bardziej. Zresztą cała Nadzieja cierpi na deficyt miejsc pracy, dlatego kiedy ktoś zo-ptaje wyeliminowany z walki o ciepłe miejsce, cieszy się jak diabli pozostałe siedemnaście milionów współmieszkańców, czyli "Trzy K": Kochanych, kurwa, Kolonistów.
i Dobra, dzisiaj nikt za mną się nie wlókł. Szybko pocwałowałem na zachód dnem parowu, wyskoczyłem zeń pod osłoną kępy olch, delikatnie, żeby nie wybijać w miękkim gruncie podejrzanych dziur, sforsowałem pasmo podmokłej łąki. Oczywiście, ktoś przede mną zostawił obcas jak byk! Któraś z pip, jak sądzę, | głupia krowa. Musiałem przykucnąć i poderwać do góry kępę trawy jak topielca za czuprynę. Już bez przeszkód dotarłem do głogu, wsunąłem się w Korytarz Główny i zaczaiłem na kilka minut na dalszy ciąg potencjalnego wytrwałego tropiciela. Pusto. Fajnie.
Tak lubię, i byli już wszyscy prócz Henry'ego, Dave'a, Bir-ged, Lalki i Samanthy II, nazywanej przeze mnie Rumba Na "ałego. Tylko my dwoje wiedzieliśmy, dlaczego ją tak nazywałem, resztę to strasznie wpieprzało, ale ja nie miałem zamiaru niczego mówić, a Samantha bystrze wykapowała, że ta ksywka dodaje jej uroku, a przynajmniej nie pozwala o niej zapomnieć.
Czyli byli tak, z bab: Zirgha, Deirde, June, Sara, ta mała diablica Cornelia. Och, ta to mqże! Była jeszcze Minnie Lizawka i Kathreen. A z chłopaków, jak mówię, wszyscy prócz braci Donovanów. Prawie wszyscy kopcili z paczki leżącej na niskim stoliku, pewnie Joe zwędził coś staremu. Ja nie mogłem palić, bo by się wydało raz-dwa, udawałem więc, że mnie to nie interesuje. I moje panieny też nie paliły, przynajmniej dopóki były ze mną. Pokiwałem głową z dezaprobatą:
-     Dym widać na milę - powiedziałem.
Ucieszyło mnie, że niemal wszyscy odruchowo popatrzyli w górę, miałem mir, znaczy się.
-     Cześć! - Zwaliłem się na trawę, nawet nie patrząc, czy jest czysta. Wiedziałem, że jest czysta, niechby nie była! Tu nie chlew prywatny, ma być i jest czysto. - Coś nowego? I tak żeśmy sobie zaczęli gaworzyć, o tym, owym i pierdowym, jak powiada Body. Najpierw obsobaczyliśmy nowego dyra szkoły, kutafioł jeden. Ponieważ w zeszłym roku do władzy dopchała się kongresowa, to zaczęły się wymiany stanowisk, rzecz jasna od stolicy i od najważniejszych. O randze w partii naszego nowego dyra świadczył najlepiej fakt, że minął prawie rok, zanim spłynęła na niego łaska awansu. Choć może i nie awansu, to dopiero się okaże. Na pewno, kimkolwiek był, marzyło mu się coś więcej niż wytarty fotel szkoły w peryferyjnym Nev Point. O, gdyby mój stary postawił na dobrą partię - dla niego byłby to szczyt marzeń. Ale zaraz po przylocie związał się z liberałami, a tuż potem gruchnęła ta afera Hoggarty'ego i "huj w bombki szczelił". Tak było kiedyś napisane na płocie pogorzeliska Petersonów. Partia starego zapadła się w sobie jak przekłuty balon, mogą tylko zbierać się i pieprzyć w kółko, przez co nazywają ich deliberałami albo wręcz debilerałami, i, jak sądzę, za mojego żywota już się nie podźwigną, przynajmniej nie na tyle, żeby stary został dyrektorem czy nawet nauczycielem.
Zamyśliłem się na chwilę i straciłem wątek, kiedy wróciłem do paczki, rechotali już z opowieści Cornelii, jak zdobywała pigułkę. Ja już to znałem, w końcu dla mnie ją zdobywała, to znaczy nie ja ją zażywałem, ale wymagałem zażywania. A ja, swoją drogą, i tak zawsze wyskakuję przed dworcem głównym. Pomyślałem o wyskakiwaniu i poczułem, że coś zaczyna mi w portkach pączkować. Przeanalizowałem sprawę - dwie pary są, nie będę się wbijał klinem, bo i po co, mamy w końcu jeszcze pięć mokrych szparek na nas trzech. Na żadne trójkąty i kwadra-By się dzisiaj nie piszę, więc co? Zirgha... Nie, nagle przypomniałem sobie balony Deirde i coś mi przygniotło oddech. Aha, wchodzę. Przechwyciłem jej spojrzenie i puściłem do niej leciutkie oko, już wiedziałem, że nie muszę się śpieszyć, mam rezerwację, na ile chcę.
Cornelia nie zauważyła, co się kroi, wyjęła paczkę gumy i zapytała, czy ktoś chce, patrzyła przy tym na mnie. Spuść żaluzje, pomyślałem. Nie mam dziś ochoty iść na zatartego, z nią inaczej się nie da. Przyszło mi do głowy, że jest w pewien osób podobna do mojego starego - oboje nadgorliwi i cierpią rzez to. Peter zaczął się lizać z Donną, George zaraz wsadził łapę mnie, bał się o nią, czy co? Rozmowa przygasała... No to co, przecież nie po to się tu zbieraliśmy, żeby gadać, a przynajmniej nie tylko po to. Czułem już w rurze ducha jak cholera. To co -łyk? Mrugnąłem na Deirde i podniosłem się. Nie patrzyłem na resztę, ale kątem oka widziałem zawód i złość. No i dobrze, coś obie, Cornie, myślała, pindo? Że co do końca życia? Może myślałaś, tylko się nie starałaś. Pamiętasz? Powiedziałem, 'e posłucham jak Joel opowiada o meczu, a ona niech się tym e przejmuje, tylko niech sobie zrobi andruta i mnie, rzecz jasna, to takiego narobiła jazgotu, jakby ktoś kota rozdeptał! No o poszła z wdziękiem w cholerę! Chodź, Deirde, przesłonisz mi niebo swoimi cycami! Zanurzyłem się w chłodnych kłujących gałęziach, delikatnie je odsuwałem na boki, żeby broń Boże, nie złamać... Taki miałem kaprys - żeby wszystko w tej kępie głogu było takie, jak zastałem, a nie, kurczę, jak na społecznym skwerku.
Pierwszy znalazłem się na polance, sprawdziłem trawę - nie była mokra. No to fest. OK.
Zwaliłem się na plecy i z dołu patrzyłem na Deirde. Ta mała dostała już parę razy po buzi od życia i to ją nauczyło pokory.
Uśmiechnąłem się do niej zachęcająco, żeby nie przesadziła i nie bawiła się w psiaka wdzięcznego za niekopnięcie. Przykucnęła, rozległ się głośny trzask w jednym kolanie, zachichotała. Ale co tam trzask i chichot -- jej potężne balony zrobiły "bbrum!" w dół i "uu-u-łep!" w górę. To jest to! Może i mam pospolity gust, amerykański podobno, ale rzeczywiście lubię ekstrema - duże psy, olbrzymie budynki, ostre kryminały, lodowate piwo i cyce. I to. Och, ty Deirde!
Popykałem wargami, Deirde zawahała się - nie wiedziała, czy chodzi mi o buzi, czy cycuszka do buzi. Musiałem jej pomóc zdecydować się. Potem, bo już i tak siedziałem, rozebrałem ją, dziękując Bogu za pomysł ze zmianą koszuli, no i zwaliłem się znowu na plery, już jej pozostawiając resztę. A reszty mamy niezłe, ona -już mówiłem, ja - nie chwalący się - też. Poza tym, kilka lat temu, kiedy odkryłem uroki spania w pojedynczym łóżku, kiedy zrozumiałem, że samo wspinanie się po własnym fiutku jest nawet fajniejsze niż sięganie jego szczytu, nauczyłem się sterować tryskiem. Mogę teraz piłować się przez pół godziny, nawet godzinę. Mój rekord to pięćdziesiąt sześć minut. Bez żadnego kantu i oszustwa w postaci leżenia, odpoczywania i tak dalej - uczciwe rypu-rypu przez prawie godzinę. Fiona ryczała wtedy jak krowa, dostałem oklaski od całej paczki.
Deirde - pamiętałem - też lubi ryczeć do ucha. Dlatego, choć puściłem ją na siebie, pamiętałem, żeby w finale zmienić układ, bo zamiast kończyć na tle nieba, rzuca się na mnie, przykłada usta do prawego ucha i muczy tak, że ciarki lecą od ucha, przez kręgosłup gdzieś, w okolice odbytu i rezonują w piętach. Na razie falowała łagodnie, żebym miał widok na to, na co chciałem mieć. Bujały się w górę i ciężko w dół, z lekkim wahnięciem na boki w końcowej fazie opadania. Chwilę pasłem oczka tym widokiem, przyciągnąłem do siebie Deirde, bo jeszcze było daleko, nie trzeba było bać się o słuch, poczułem kuliste ciężkie końce piersi na swoich, popieściłem ręką od tyłu, zasapała gęsto. Drugą ręką przejechałem po plecach, po kręgosłupie aż do karku, mało która wytrzyma to beznamiętnie. Nie Deirde w każdym razie. Zaczęła popiskiwać, coś szepcząc na zmianę. Nie słuchałem specjalnie uważnie, znałem to, a poza tym na krzaku nad , nami usiadła jakaś kolorowa pliszka i przyglądała się nam, kręcąc głową. Potem, kiedy nasze brzuchy zetknęły .się i po rozłączeniu wydały z siebie głośne jakby pierdnięcie, ptaszyna spłoszyła się i zwiała. Popchnąłem Deirde do siadu, chwyciłem po balonie do łapy i zacząłem je ćwiczyć. Sutki stwardniały na kamień, wydłużyły się ochoczo. Rzadko się zdarza, żeby przy takim dużym biuście sutki były tak reaktywne, zazwyczaj to raczej te chude szczapki mają sutki takie, że cię, bracie, mogą potatuować.
Kiedy już rozhajcowałem Deirde, ułożyłem się wygodniej I i kiwałem. Rozłożyłem ręce na boki, coś mnie ukłuło i wpadłem na fajny pomysł. Wolno i ostrożnie, żeby nie spłoszyć pracowitej amazonki, chwyciłem za koniec gałązki, uniosłem ją do góry : i koniuszkiem dźgnąłem w lewy sutek Deirde.
Nawet nie poczuła tego, stemplując pośladkami o moje uda. Hjup-hjup hjup! OK.
Na końcu witki znalazłem mały kolec, przyczaiłem się jak kot na kłębuszek wełny i w odpowiedniej chwili zahaczyłem kolcem f o twardy sutek. Deirde jęknęła zachwycająco, pewnie słyszeli ją na rynku. Puściłem gałązkę - bomba! Trzymała się i obłędnie tańczyła wraz z cycem. Potem jednak spadła. No, to wpadłem na inny pomysł. Szperałem wokół siebie długo, ale nie znalazłem drugiej takiej witki, a przerywać Deirde nie chciałem, chwyciłem więc za gałązkę za głową i ułamałem ją. Potem jedną i drugą złamałem w połowie.
- Poczekaj - powiedziałem. Nie reagowała, więc chwyciłem ją za biodra i mocno przytrzymałem, szarpnęła się kilka razy, ale w końcu spasowała. Wtedy po kolei włożyłem po sutku pomiędzy złamane gałązki, tak jakbym wkładał palec między nóżki cyrkla. - No, teraz?
Deirde pogalopowała od razu jak szalona, a ja trzymałem ręce na swoim brzuchu i dyrygowałem jej piersiami. Klawo jak diabli, potem nawet chwyciłem oba patyczki w prawą rękę, a lewą włożyłem w kudełki i zacząłem ją smyrać. No, to wtedy dała koncert! Lewy sutek siłą wydarł się z uchwytu, potem drugi, na tym prawym pojawiła się nawet kropelka krwi... I to mnie, muszę przyznać, zajarzyło. Odrzuciłem patyki, zwaliłem ją na siebie, przewinąłem nas oboje i już miałem widok z góry. I już nie było zmiłuj się... Nawet ja musiałem sobie ulżyć i warknąłem parę razy. No i końcówka: kocham cię i tak dalej, pazury na plecach, szpony w balony. Wyładu-u-u-ne-ek!
Uff...
Jedno z lepszych pompowań w moim życiu, muszę przyznać. Deirde coś tam mamrotała, rzucała głową tak, że kolczyki uderzały ją w policzki, odczekałem trochę dla przyzwoitości, potem zwaliłem na bok. Szlag by trafił - wbiłem sobie w plecy kilka kolców z odrzuconej gałązki. Od razu wróciłem do rzeczywistości.
- Co się stało...? - zapytała wystraszona Deirde. Miała chyba zamiar zakończyć "kochany", ale się wystraszyła.
-Nic! - syknąłem. Wstałem i zły jak cholera, wbrew własnym zasadom poszedłem się odlać w kąt polanki.
-Masz krew na plecach! - usłyszałem irytująco trwożliwy szept z tyłu,
Gdybym nie celował strugą w głąb dorodnego krzewu, chybabym ją kopnął. Widzi, kretynka, krew i leci mnie o tym poinformować, bezmózgowie jedno. Musiałem dołożyć starań, żeby nie dopuścić do skwaszenia własnego humoru. Usiadłem i zacząłem się ubierać, Deirde chyba miała ochotę na takie tam: "Wiesz, wspaniale było...", "Zabierasz mnie na siódme niebo!", "Nigdy i z nikim...", ale prawidłowo odczytała moją minę. delikatnie starła mi krew z pleców, pocałowała w szyję, udałem, ze przeszły mnie ciarki, a jej to wystarczyło - cmoknęła jeszcze raz i kiedy już się przygotowałem, żeby opieprzyć po trzecim razie, dała spokój i zaczęła się ubierać. Byłem gotów pierwszy, lecz poczekałem na dziewczynę i wróciliśmy do towarzystwa razem. Reszta dawno już była po, chłopacy puszczali do mnie oczka, a dziewczyny z nienawiścią patrzyły na trawę pod stopami Deirde, jakby chciały ją podpalić wysokim, sięgającym ponad drzewa płomieniem. Gruchnąłem na ziemię, manifestując wycieńczenie. A i zresztą byłem, szczerze wam powiem. Nawet moszna mnie bolała, delikatnie poprawiłem jej ułożenie w spodniach.
-     Zassała ci jajeczka? - zachichotał Bunny. Zrobiłem minę "Co ty tam wiesz!", przewróciłem się na plecy, odetchnąłem z całej pety. Było cicho i sennie. Kiedyś tak się pospaliśmy, wszyscy. Naprawdę. Ale wtedy niemal cały dzień tu byliśmy, wyparzyliśmy się jak wypuszczone z klatek króliki i ktoś tam się obudził dopiero po zachodzie słońca.
-Ja się chyba zwijam - oświadczyła Cornelia. Nikomu się nie chciało jej odpowiadać, a tym bardziej zatrzymywać. W końcu Bunny, jakby z obowiązku rzucił ograną ripostę:
-     Chyba, to się łódź na falach!
Nie spodziewałem się niczego za bardzo wesołego, ale podniosłem głowę i popatrzyłem na nią. Chwilę się zastanawiała i nie znajdując niczego innego, rzuciła wściekła:
Powtarzasz się bez końca. Jesteście nudni!
A ty chuda! - zaripostował Bunny.
Nie wiem dlaczego, ale bardzo nas to wszystkich rozśmieszyło. Cornelia pół sekundy wahała się i wybrała słusznie:
-     Ja mogę przytyć, ale ty nadal będziesz nudny! - palnęła. O! To lubię - szybki refleks. Roześmiałem się głośniej nawet niż greps na to zasługiwał, ale należało nagrodzić Cornelię.
Poza tym - nie można przesadzać z babami, za chłopaków z paczki mogę ręczyć, nawet jeśli się któryś pokłóci czy ma żal o dziewczynę, to nie sięgnie do tego, co najważniejsze - nie ruszy naszej bazy. A jakaś obrażona pinda, ukąszona w centrum swego ego, weźmie i doniesie. Wtedy by było...!
Śmiałem się odpowiednią porcję czasu i wstałem, przecierając niby-załzawione oczy.
Ja też dyrdam - oświadczyłem.
No, to chyba wszyscy? - zapytał Joe.
Odpowiedziały mu zgodne pomruki. Joe sprawdził swoją paczkę fajek, jeszcze jakieś były, rozczęstował i ruszyliśmy do wyjścia. Pierwsza szła Cornelia, przed wyjściem na łąkę zatrzymała się, sprawdziła horyzont, syknęła, że w porząsiu, i ruszyła dalej. Już nie rozmawialiśmy ze sobą, Dalmont tylko zapytał, kiedy zabierzemy się za referat? Pomyślałem i powiedziałem, że niech on zdecyduje. Kiedy będzie gotów, niech da hasło i lecimy. Daliśmy sobie strzałeczkę i każdy w swoją stronę. Z łąki zawsze schodziliśmy różnymi drogami. Ja szedłem z Joem, po-1 tern, przy wykrocie - sam, nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział o mojej tajemnicy, nawet nie dlatego, że śmialiby się, że się boję starego. Tak po prostu, nie chciałem, i już. Zanim przebrałem się w "domowy" wariant koszuli, zerwałem kępkę wonnej miejscowej trawy, nazywaliśmy ją łyżwiarką, bo była miękka, i jeśli trafiła się większa kępa, można się było rozpędzić
i pojechać na niej jak na śniegu. Jak na śniegu, którego na Nadziei nie było, nie ma i nie będzie, chyba że za sto lat na sztucznych stokach pod dachem. Ale przy tym tempie kolonizacji... Więc zerwałem kępkę łyżwiarki i potarłem się nią pod pachami i na piersi. Świetnie zjadała inne zapachy, neutralizator jak dwieście cztery. Drugą kępkę włożyłem do folii wraz z koszulą i całość zawinąłem i przysypałem piaskiem.
Zatarłem ręce jak lady Makbet. I poszedłem do domu.
Szarzało. Tu zmierzch zapada długo, jest szaro, szaro, szaro, potem nagle - dup, ciemno. Ale dopiero było drugie "szaro", spokojnie podążałem do chaty. Pogadałem chwilę z wujem Peterem, który majtał wózkiem w te i we w te przed swoim domem, a mój kuzyn Jackie darł się na cały okręg. Długo więc nie mogliśmy gadać, poszedłem dalej. W domu młodsi już spali. Ojciec z mamą siedzieli w salonie i usiłowali oglądać składający się z samych zakłóceń" program TV. Zagadałem do nich o małym wrzaskunie Peterze i zanim zaczęli pytać o szopę, zwinąłem się na górę i wskoczyłem do wanny.
Nie zamknąłem drzwi na zasuwkę! Ale skąd mogłem wiedzieć?
Leżałem wygodnie rozparty w wannie, gdy nagle usłyszałem kroki na schodach, ciężkie, właściwie ociężałe, takie niechętne, rozlazłe. Ojca. Jego spra...
Drgnęła klamka, szarpnąłem się i zrozumiałem, że jest za późno, ale jeszcze nie wiedziałem, jak za późno jest. Ojciec wsunął głowę przez szparę i zapytał:
-     A Peter nic nie mówił o nadchodzącym weekendzie? Podciągnąłem nogi do brzucha, pokręciłem głową. -Nie.
-Hm... - Ojciec podrapał się w głowę i przekroczył próg. -Mieliśmy się wybrać nad strugę połowić na muchę pineballe, pomyślałem też, że wy moglibyście pójść nazbierać trochę galaretnic. Już są podsuszo... - Zamilkł w pół słowa i nie zamykając ust, podszedł bliżej. - Co to jest? - wycharczał zupełnie innym tonem, wskazując moje podbrzusze.
Nie rozumiem - powiedziałem, ale już wiedziałem, że mój drżący głos mnie zdradził. - Co ma być? - brnąłem dalej.
Byłeś z jakimiś dziwkami! - ryknął ojciec. Jego dłonie zaczęły zaciskać się w pięści. - Fiut cię zdradził...
Nie miałem dokąd uciekać ani czym się zasłonić, ani czym się bronić, i tym bardziej, czym atakować. Mogłem tylko gadać.
Tobie się wydaje, że jak pływa, to co to może zna...
Mnie się nie wydaje! - wrzasnął ojciec. Na schodach zadudniły pośpieszne kroki matki. - Ja wiem, to fizjologia!
Tato, proszę nie rób scen, mylisz się. - Udałem, że wstaję ] z wanny, i tak jak się spodziewałem: ojciec zrobił pół kroku i | zadrżała mu prawa ręka. Uderzy ani chybi, a ja gruchnę głową 1 o ścianę albo o wannę. Zabije, pierdziel głupi, no zabije mnie!
-Przecież...
-     Co się dzieje, Gordon? - Mama wpadła do łazienki i wczepiła się w ojca. Zaświtała nadzieja. - Dlaczego krzyczysz? Co^ zrobił?
-Co? - Ojciec zasapał ciężko. - Kanalia... Będzie mi wciskał, że szopę... - Coś przyszło mu do głowy:
Jaki jest tele do Smooleyów? - ryknął patrząc na mnie.
Nie mają - powiedziałem, czując wielką ulgę. To była prawda. Głos mi drżał, jakby na moich strunach głosowych stępowały jakieś drżawki.
Ojciec stał chwilę, wbijając we mnie wściekłe spojrzenie, ale już się załamał jego gniew: nie było telefonu, nie było kontynuacji awantury, nie uderzył w pierwszym odruchu, więc teraz głupio by było zaczynać. Poczułem, że trzęsie mi się broda, i woda dała o sobie znać, że jest zimna. Mama posłała mi rozpaczliwe spojrzenie, nie wiem, po co. Co miałem zrobić? Może , chodziło jej o to, że jeśli Smooley ma tele, to powinienem szybko załatwić, żeby nie miał. Pociągnęła ojca delikatnie za rękaw, |dał się odwrócić i wyciągnąć z łazienki. Opadłem na plecy i zaraz się poderwałem - woda na prawdę wystygła przez te dwie czy trzy minuty albo ja ze strachu wyciągnąłem całe ciepło? Czy to możliwe? Wyskoczyłem z wanny, wytarłem się, ze szczególną urazą spoglądając na fiuta - tak mnie wrobić?! Na palcach przebiegłem korytarz, zdążyłem jednak podsłuchać, że ojciec wywołuje centralę. Uff! Nic mu to nie da. Wpadłem do łóżka i przykryłem się kołdrą aż po czubek nosa. Cholera, postanowiłem, przynajmniej przez tydzień nie ruszę dupy poza dom. Zresztą stary już się sam o to postara. I potem też trzeba będzie pioruńsko uważać, żadnych gili-gili ze swoim bączkiem, bo mnie stary posadzi na miednicy...
Ogarnęła mnie złość - patrzcie, tyle razy żartowali z wujami o żonach, co wpychają po delegacji mężów do wanny, żeby zobaczyć, czy im jajka pływają, a ja słuchałem, śmiałem się i nie pokapowałem, że też mam jaja. Aż się boleśnie przekonałem. Teraz będę mógł najwyżej rano, kiedy stary jest w pracy. Niedobrze! Nie-dob-rze!
Zacząłem się odprężać, ogrzałem się już po tej cholernej wannie. O, przypomniałem sobie, że jej nie spłukałem po sobie, znowu będzie rejwach, trudno, dzisiaj już nie wyjdę spod kołdry. Leżały na niej dwie kraty cieni okna. Zerknąłem przez okno -oba księżyce jarzyły się na niebie, usiłując zdyskredytować jeden drugiego. Palanty, na Ziemi był jeden i ten...
Coś huknęło w drzwi. Do pokoju wpadł ojciec i wiedziałem, że teraz już nie wyhamuje. Usiłowałem poderwać się z łóżka, ale było za późno, za bardzo byłem owinięty kołdrą. A ojciec wpadł w szał. Pierwszy cios zebrałem na ucho, bo byłem półsiedzący. Coś gruchnęło pod czaszką.
- Szopę Hugowi robiłeś?
Łup! Ryknąłem z bólu, trafił w policzek, tuż obok nosa. Wrzasnąłem drugi raz, licząc na mamę. Prawa pięść ojca wbiła się w moją łopatkę, sparaliżowało mnie, druga uderzyła gdzieś w mostek - wylądowałem plecami na poduszce. Rozjuszony stary zawisł nade mną, nie poruszyłem się, i to mnie uratowało -nie mógł uderzać pięściami, chyba że jak perkusista w kocioł. To mu się nie podobało.
-     Wstawaj!!! - ryknął.
Poruszyłem głową i pozwoliłem jej bezsilnie opaść na poduszkę. Przewróciłem gałkami, wypchnąłem językiem na brodę trochę śliny. Miałem nadzieję, że jest zabarwiona na czerwono. Inna sprawa, że mgła przed oczami nie za bardzo chciała się rozpłynąć, dostrzegłem jednak mamę. Z tym że ona wyczuła już, że wtrącenie się może przynieść odwrotny skutek, i stała po prostu w drzwiach, ugniatając zaciśniętą w piąstkę lewą dłoń prawą dłonią. Ojciec zamachnął się i trzasnął mnie otwartą dłonią w twarz, chyba w końcu udało mu się złamać mi nos. Wrzasnąłem z całej siły, bez udziału świadomości, bez picu. Zabolało jak wszystkie cholery i diabli! Ciepła strużka popłynęła mi po brodzie. Usłyszałem chlipot, mój własny. Księżyce rozpłynęły się rozmyte łzami, chwyciłem kołdrę i naciągnąłem na siebie. Skurwysyn!
-Gordon, proszę cię, obudziły się dzieci, proszę! - usłyszałem mamę pośpiesznie recytującą inwokację do sumienia ojca. Nie, on nie ma sumienia. - Gordon, porozmawiacie jutro...
-     O czym ja będę z tym gnojem rozmawiał?! Sam nie widzi jaką mamy sytuację? Że trzeba by pomóc, że jeśli się nie będziemy rozwijać, to zdegenerujemy? A ten tylko o jednym, bydlak młody!
Nie ruszałem się. Usłyszałem, jak ojciec spluwa na podłogę, może na mnie? Potem kroki i cisza. Nareszcie. Odczekałem kilka chwil, siąpnąłem nosem. Poczułem gdzieś w gardle metaliczny smak krwi, dotknąłem nosa, choć czułem, że nie powinienem tego robić. tfuu! Usiadłem, zaciskając zęby z bólu i wstydu, a także złości. Tylko co z tego? To mnie bolało, to ja się wstydziłem własnej postawy, i to ja się złościłem, a on pewnie już spokojnie sączył swoje piwo. Posłuchałem odgłosów domu, wyszedłem boso na korytarz, przemknąłem do łazienki i nie zapalając światła, przemyłem twarz zimną wodą, przedmuchałem nos, posłuchałem odgłosów w typie "zgl-luuutf!" Cham! Stary sfrustrowany cham!
Nie spałem całą resztę nocy. Wałkowałem i walcowałem temat na różne sposoby, przymierzałem różne warianty, ale nie wychodziło mi nic nowego, jak tylko w kółko to samo. Żeby móc jak człowiek, muszę się ukorzyć. Nie poszedłem więc do szkoły, o dziewiątej zwlokłem się na dół. Kinol miałem jak burak, w środku, w obydwu dziurkach, olbrzymie czarne i twarde strupy. Prawe oko podpuchnięte i lekko podsiniaczone. Mama przyjrzała mi się z niepokojem, ale widząc, że zachowuję się w miarę normalnie, odetchnęła. Zjadłem śniadanie i powiedziałem:
-Idę do taty. Przeproszę go...
Może poczekaj, aż wróci? - zapytała nieśmiało mama.
Nie, tam będzie mu głupio, a w domu wybuchnie kolejna awantura, może być jeszcze gorzej niż wczoraj. Naprawdę -przemyślałem to wszystko.
Dopiłem kawę i pocałowałem mamę. Do odkrywki dotarłem pół godziny później. Stałem dobre dwadzieścia minut, obserwując krzątaninę w niecce, która mogłaby pochłonąć całe Nev Point, a może i nawet i Coca Colę, choć to największa osada na południe od Mont Everest River. Dowcipni ci nasi kolonizatorzy, co? Ponadawali całej' masie osad i punktów geograficznych dowcipne, takie luzackie, optymistyczne nazwy - góry Hotdog i La Manche; rzeki Sprite, Ibm, Ford; nizina Mac Donalda i tak dalej. To w pierwszym optymistycznym etapie kolonizacji, kiedy wszystkim się zdawało, że chwycili pana Boga za nogi, że mamy planetę szczęśliwości, i równości i wszystkiego innego najlepszego.
Potem przestali albo wpadali w drugą skrajność, mamy kanion Rozpaczy, dwa jeziora Brudne, a szczytem jest pasmo wzgórz Lepiej-By-Mnie-Tu-Nie-Było.
Ojciec jeździł swoim gąsienicowym "walcem" tam i nazad, Irówno, miarowo, spokojnie, nudnie i beznadziejnie. Ubijał te warstwy, które były już wyeksploatowane i przysypywane z powrotem wybiórką. Właśnie w tej chwili zrozumiałem, że nikt i nigdy nie będzie go szanował za tę - jak pewnie wszyscy zapewne sądzili - może i użyteczną, ale jakąś taką niehonorową pracę. Co to za zajęcie - udeptywanie przez kogoś innego wykopanych dziur? Przeraźliwie jasno zobaczyłem naszą przyszłość - moją, mamy, Bomo, Maiki, Filo. I ojca.
Dno.
Zsunąłem się na dół, przeskakując kilka kłębów drutu z iskrownika do wysadzania warstw węgla; zawsze walało się tu tych kłębów pełno. Ruszyłem w pogoń za walcem, dogoniłem go, wskoczyłem na stopień.
-     Tato... - Patrzył przed siebie, jakby miał za szybą ruchliwą ulicę, a nie płaski, porysowany szerokimi pasmami gąsienic plac od horyzontu do niemal horyzontu. Można tu było jechać z zamkniętymi oczami przez godzinę, sam próbowałem kiedyś.
-Tato, przepraszam. Zachowałem się nagannie, nic mnie nie usprawiedliwia, wiem, ale obiecuję, że...
-Won! - warknął.
Tato, proszę. Przeć...
Powiedziałem - won! -Ja nie zamierza...
Zamachnął się i byłby mnie trafił pięścią w nos, gdybym nie odsunął się od otwartego okna.
Jeśli mamy mieszkać pod jednym dachem, to jak mam to...
Kto powiedział, że mamy mieszkać pod jednym dachem?
Jechałem przez chwilę w milczeniu, wyszło mi, że cokolwiek powiem, będzie użyte przeciwko mojej własnej osobie. Nabierałem oddechu, żeby jeszcze raz spróbować, ale nagle ojciec poderwał się z krzesła i ruszył przez olbrzymią kabinę w stronę drzwiczek. Odsunąłem się, ale on tylko uruchomił spryskiwacz i wyszedł na biegnący dolnym brzegiem kabiny karnisz. Zatrzymał się na nim i zaczął czyścić szybę. Stałem chwilę, potem zeskoczyłem na ziemię, zamierzając wrócić do domu, ale postanowiłem jeszcze raz spróbować. Dogoniłem odjeżdżający walec, potknąłem się w jeszcze jednym kłębie cienkich przewodów, wyszarpnąłem nogę i krzyknąłem do ojca:
-     Będziesz się na mnie gniewał do końca życia? Zignorował mój krzyk.
-To co mam zrobić?! Powiesić się?! - wrzasnąłem z całej siły.
Odwrócił głowę i spokojnie rzucił:
-     Tak, najlepiej by było. I wrócił do czyszczenia szyby. Szedłem jeszcze chwilę obok miarowo powarkującego silnikiem walca, co kilka kroków z jakiegoś łącza wyrywał się nadmiar ciśnienia z zimnym sykiem. Zwolniłem.
Wtedy spod gąsienicy wyskoczył nagle z brzęczeniem metalowy pręt, w świetle dnia błysnęła jakaś metaliczna smuga. Z końca wygiętego ku górze pręta smagnął powietrze jeszcze jeden cienki przewód. Długa pętla błysnęła w powietrzu, uderzyła w tył kabiny, między jakimiś butlami i panoramicznym oknem. Szedłem zastanawiając się, co dalej zrobić, a moje oczy machinalnie śledziły pętlę z drutu. Wykonała lot ku górze, opadła, zsunęła się w dół po dachu kabiny i zaczepiła o niedużą gałę zabezpieczoną klamrą. "Odchylanie kabiny" przeczytałem i nie zrobiłem nic. "Przed uruchomieniem wyłącz silnik". Drut szarpnął klamrą zabezpieczenia, szarpnął samą gałą. Szedłem obok i milczałem. Jakiś drugi ja zerknął szybko, po złodziejsku na przód kabiny, gdzie ojciec tego pierwszego ja nadal zawzięcie czyścił szybę. Coś z tyłu syknęło. Gała szarpnięta drutem odchyliła się, drut naprężył się i pękł, brzęknął głośno. A ja milczałem. A potem, kiedy zobaczyłem ciemną szparę pojawiającą się W miejscu, gdzie zawsze widoczna była tylko cienka, czarna krecha przytrzaśniętej dwoma warstwami metalu uszczelki, zatrzymałem się, wykonałem w tył zwrot i poszedłem precz. Nie jestem wobec tego nawet pewien, czy słyszałem naprawdę jakiś okrzyk, czy tylko podsunęła mi go wyobraźnia. Wdrapałem się[na skarpę i stamtąd z góry popatrzyłem w dół. Walec zasuwał tak i wcześniej, tyle że z odchyloną do przodu kabiną, jakby chciał sobie przewietrzyć wnętrze. Kierowcy nie było widać, choć wydawało mi się, że kilkadziesiąt metrów za walcem, w świeżo ubitej koleinie coś się poruszyło. Coś odbiegającego kolorem od reszty podłoża.
Poszedłem do domu. Przed domem wuja zatrzymałem się, żeby w kilku zdaniach poskarżyć na nieustępliwą postawę ojca.
- Taki on już jest - powiedział Peter i splunąwszy w pył ulicy, wytarł usta rękawem koszuli. - Zaraza jakich mało, zaparty, i zawzięty, nie podaruje nigdy i nikomu. Masz, chłopie, przechlapane.
Akurat. Już nie.
Po pogrzebie, po stypie, po wyjściu wszystkich gości, to znaczy Petera z żoną Marge i tym małym w wózku, usiedliśmy przy stole w kuchni i milczeliśmy długo. Długo, długo, długo. A potem mama poruszyła się, chyba chciała wstać, żeby zrobić herbatę, i w tej samej chwili spadło na mnie olśnienie. Zanim mama
zobaczyła moje oczy i wpadła w panikę, ale było już za późno
odezwała się, sięgnąłem do szuflady i nie zwracając uwagi na
sztywniejące postacie wokół stołu, wyjąłem notes w wytartej, skóropodobnej, brązowej okładce. Zsuwając gumkę odchrząknąłem.
-     No! - Poślinionym wskazującym palcem znalazłem ostatnią rodzinną stronę. - Kto tu pierwszy do golenia? Malka? Nie bardzo się przejęłaś pogrzebem, co? W końcu to tylko ojciec, hę? - Mama zaczerpnęła powietrza, więc żeby niepotrzebnie nie napytała sobie biedy, podniosłem palec i powstrzymałem ją:
-Mamo! Nie ma sensu jej bronić, jest już duża i powinna pewne rzeczy rozumieć, a ty broniąc jej, tylko sobie szkodzisz... Zamilkła i siedziała z szeroko otwartymi oczami. Inni też. I nikt się nie odezwał. Boja mówiłem przecież.
-     Och, Bomoleon, ty najwredniejszy w całej klasie mały parszywy lizusie! Milczysz teraz?
- N-no!
Grudzień'94