Aktualizacja: 29.09.2017
"Furta mroku"
Fenix 6 (75) 1998
Zbiór opowiadań "Szklany Szpon"

Kliknij aby powiększyć

Bitwa trwała już niemal cały dzień.

Słońce, obojętne na śmierć, ból i krew, zbyt w ciągu dnia wysoko wiszące, by słyszeć okropne odgłosy, teraz, zanurzając się za pasmem wzgórz, nadal zbyt odległe, posyłało ponad głowami żywych i konających ostre, zapalające szczyty koron drzew promienie. Poniżej, pod warstwą promienistą, w zalegającej nad ziemią smudze cienia, stały nieprzebrane hordy najeźdźców i stawiające im czoła masy wojska Rozmera.

Książę Rozmer wolno jechał na siwym ogierze pasem łęgu dzielącego obie armie. Towarzyszył mu korpulentny mężczyzna z twarzą przekreśloną poszarpaną blizną. Rozmer przygryzał dolną wargę i wzdrygał się słysząc charkot któregoś z zarzynanych mężów. Swoje wojsko miał po prawej ręce. Co jakiś czas rzucał na nie z ukosa spojrzenie, jakby sprawdzał czy wszystkie formacje tu są. Były. Na skrzydle stały niemal w kamiennym bezruchu dwie korty jazdy z Senhenu, potężnie okute postacie na niskich grubych koniach opakowanych w metalowe łaty. Potem minęli dwa połkany piechoty, za którymi przyklękło sześć linii łuczników przysłanych przez lenników Groudi. Łucznicy w zasadzie tkwili nieruchomo, podobnie jak piechota i jazda, co jakiś czas jeden lub dwóch, najczęściej znajdujących się nie obok siebie, wolnym ruchem, zupełnie nie jak na polu bitwy, która, w końcu, się toczyła, chwytał jedną z wbitych przed sobą w ziemię strzał, płynnym ruchem naciągał łuk i posyłał strzałę w kierunku przeciwnika. Strzała albo trafiała kogoś, wtedy kolejny pojedynczy odgłos - jęk, charkot, wycie, łomot spadającego jeźdźca, kwik konia - ulatywał ponad szarzejącą doliną w jeszcze jasne niebo, albo tylko wbijała się w ziemię, bezgłośnie,

Za piechotą stał monolit z ośmiu brekat szturmowców rodu Rozmera. Najlepsza część jego wojska, elita, samodzielnie mogąca wygrywać pomniejsze wojny - zespolone oddziały teranierów, shauharów, kuszmistrzów i dobijganów. Normalnie, po przygotowaniu, po ostrzale przeciwnika, brekaty ruszały z daleka, stopniowo nabierając tempa, by runąć na wroga z potężnym rykiem trąb, w które dęli dobijganowie, ale tylko w pierwszej fazie utarczki, w końcowej zaś - dobijający rannych wrogów, terminujący w mordowaniu, aby kiedyś przejść w szeregi teranierów i zwolnić miejsce innym młodzieńcom, chętnym do ćwiczenia wojaczki.

W tej bitwie cały monolit stał nieruchomo, pojedyncze ciała walały się pomiędzy szeregami wojowników.

Co kilka mgnień oka jeden z wojowników Rozmera ruszał do przodu, dochodził do usianej plackami leżących ciał armii przeciwnika, i zaczynał rzeź: obojętnie, jak na szkoleniu, ścinał głowy, wbijał ostrza w nieruchome ciała, wyszarpywał i atakował następne. Na oczach księcia jeden z takich wojów wbił mizerycę w brzuch najbliższego sobie jeźdźca, rozpłatał go od mostku do podbrzusza i zaczął wyszarpywać parujące flaki, które przelewały się przez łęk siodła, zwisały, a potem cięte mizerycą opadały na ziemię, pod kopyta skamieniałego rumaka, i tylko dziko łypiące oczy zwierzęcia zdradzały, że coś z tej sceny widzi. Ofiara zaś siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w coś przed sobą, a książę pomyślał sobie, że nie chciałby zobaczyć tego czegoś aż tak zajmującego, że patrzący nie ma ochoty popatrzeć nawet na własne wypadające na ziemię trzewia.

Wojownik, który rozpłatał przeciwnika, odsunął się, gdy jelita oplątały mu stopy. Obojętnie postąpiwszy w bok rozerwał kłąb z cichym plaśnięciem, dopiero wtedy wypatroszony dzikus zsunął się z siodła; jego oprawca niespiesznie podszedł do innego jeźdźca i spokojnie wbił mu mizerycę w brzuch.

Książę odwrócił się i kontynuował przegląd, drgnął, gdy któryś z nieprzyjaciół nagle zaczął tęsknie ryczeć, monotonnie, jednostajnie i głośno. W pierwszej chwili książę chciał rozkazać któremuś z łuczników uciszyć wyjącego wroga, ale uświadomił sobie, że to nie ten czas, nie ta bitwa.



Ciąg dalszy do przeczytania w najnowszym zbiorze... W przyszłości być może "On Line"...