Aktualizacja: 20.06.2017
"Interview na Sacramenckiej Dziwce"
Fenix 10 (69) 1997

Kliknij aby powiększyć

- Serwis miał pan dzisiaj zabójczy , panie pułkowniku - powiedział kapitan Sandowaniss ściskając ponad siatką dłoń swego pogromcy, pułkownika Trefi-Ongera, odruchowo spróbował też strzelić obcasami.

Pułkownik zawsze szacował i klasyfikował każdy czyn i niemal każde słowo podwładnych, a i przełożonych też. Dzięki temu miał w głowie cały katalog odpowiednio posegregowanych czynów - odważnych, podłych, neutralnych, egoistycznych i wielu jeszcze innych. Co do kapitana, to docenił talent adiutanta; ocenił jego gratulacje przychylnie - ani zbyt entuzjastyczne, ani zbyt standardowe. Wyważone, akurat, pomyślał o pochlebstwie. Precyzyjnie odmierzony ton, kontynuował rozmyślania, i - co najważniejsze w pochlebstwie - dotyczy tego, z czego osobnik obgłaskiwany sam się cieszy. Serwis rzeczywiście mi wychodził, ale gdyby nawet nie, to Sando coś by znalazł. Zdolny, psiakostka!

- A tak - powiedział na głos. - Zaiste - trafiałem jak rzadko. - Mógł podnieść siatkę, by pomóc kapitanowi przejść pod nią z naręczem rakiet, ale to by zalatywało wdzięcznością za komplement. Kapitan musiał poradzić sobie z siatką sam. I poradził. - Zapraszam na piwo - powiedział Trefi-Onger, gdy podwładny wynurzył się po jego stronie kortu.

To było OK. Akurat na tyle mógł sobie pozwolić dowódca jedynego posterunku nad zapyziałą planetką, w stosunku do swojego podwładnego.

- Byłoby mi miło. - Sandovaniss energicznie skinął głową. - Dziękuję, sir, ale ma pan wizytę, sir, tego dziennikarza. Intervipera, znaczy się.

Dobór słów i akcent na nich:"tego dziennikarza", jasno określiły stosunek kapitana do wizyty. Trefi-Onger doskonale pamiętał o Cesarzu Dziennikarzy, dla którego ukuto nawet specjalne określenie sprawności zawodowej, kapitan nie miał podstaw sądzić, że skleroza skruszyła wreszcie mur precyzyjnego i sprawnego umysłu pułkownika; dialog był fragmentem większej całości - gry w wielkodusznego przełożonego i szanującego go podwładnego. Pułkownik cmoknął, co miało znaczyć: "Potrzebne mi to jak druga dziura w dupie!".

- Na cholerną śmierć o nim zapomniałem! - rzucił nie starając się jednak specjalnie, by zabrzmiało to przekonująco.

Zdarł z siebie przepoconą koszulkę, spodenki i skarpetki, wrzucił do gardzieli pralki udając, że nie zauważa ruchu kapitana, który swój wilgotny strój odłożył na półkę. Wiedział, że choć instalacja jest wspólna dla wszystkich, to tak się jakoś stanie, że akurat w tej chwili nikt nie będzie prał swoich sortów. No i dobrze, jakieś przywileje stopień mieć musi. Kopnął buty w szczelinę schowka, gdzie zostaną za chwilę nawilżone grzybobójczym preparatem, potem wysuszone, nasączone innym, przeciwpotowym tym razem specyfikiem, ponownie wysuszone, uelastyczniane i nabłyszczone. W tym przypadku również nie zajdzie przypadek dzielenia szafki suszarni z kimkolwiek z podwładnych. Kiedyś łudzono się, pomyślał wchodząc do kabiny z lustrem, odruchowo ustawił się bokiem, frontem i drugim bokiem, sprawdził swoją sylwetkę, kiedyś łudzono się, myślał, że w przestrzeni kosmicznej naciśnie się guzik i wyskoczy nowy mundur, nowe buty i tak dalej, ale nic darmo - wyskoczy, owszem, jeśli załadujesz tankery czymś, z czego da się wytwarzać owe mundury i buty. Wtedy taka korweta jak nasza będzie wymagała dwukrotnie mocniejszego napędu, a to podniesie koszt budowy sześciokrotnie, a wtedy... I tak dalej. Tak więc musimy dbać o swoje mundury i buty i tylko raz na kwartał, pod kontrolą logistera, pozwala się nam naciskać ów legendarny "Guziczku-Nakryj-Się!". Dobrze mówię? " Guziczku nakryj się?", a nieważne!

Wybrał trzeci zestaw: oszczędnie ciepła woda, sporo chłodnej, wyraźna cyrkulacja temperatur, to wymaga pewnego wysiłku od kąpiącego - nie można po prostu długo tylko stać pod strumieniem wody rozkoszując się nią; w zestawie trzecim, którego ostentacyjne używanie przez pułkownika nabrało cech subtelnego nacisku, musisz, bracie, szybko się namydlać i w przemyślany sposób spłukiwać, za to twoja zużyta ciepła woda podgrzewa częściowo twoje następne porcje, tak więc z punktu widzenia statku jest to najefektywniejszy zestaw.

Trefi-Onger wiedział, kto używa innych zestawów, mimo że do całej załogi dotarło, jaki tryb kąpieli sugeruje ich dowódca. Postanowił, że za jakiś czas mechanik postara się, by zaczęły ich trapić awarie instalacji i kąpać się będą wyłącznie w zimnej. Aż pojmą.

Wysmakował ostatnie krople prysznica; gdy woda przestała ciec podskoczył pod sitkiem, z zadowoleniem skonstatował, że dobre pół litra wody opadło na kratkę - suszarka będzie krócej suszyła. Kręcąc się w walcu suszarni pomyślał, że mógłby nieco intensywniej propagować oszczędny tryb życia i któryś raz obiecał sobie, że już nieodwołalnie da załodze, karabinierom i obsłudze korwety te jakieś dwa tygodnie czasu. Ostatecznie był tu nowy, pilnował Sacre-D.Z dopiero od pół roku, a poprzedni dowódca więzienia nie dość, że nie zalecał oszczędzania, ale, jakby umyślnie, narażał się dowództwu rozrzutnym stylem pełnienia służby. Za co został "karnie" przesunięty do stolicy układu Cerviss i odlatując nie starał się nawet udawać trzeźwego.

Oficer dyżurny, zarazem dzisiejszy sekretarz Trefi-Ongera, leutnant Vieltberg, przepisowo nie oddał honorów siedząc przed terminalem, pułkownik przechodząc skinął nań ręką i nie odzywając pomaszerował do swojego gabinetu. Leutnant jakimś cudem, dogonił go jeszcze przed drzwiami, zdążył otworzyć je przed przełożonym i odskoczyć, gdy ten, nie zwalniając ani o milimetr na minutę, minął go rozsiewając chłodny zapach "Zest.kosmet. 4". Obszedł biurko, usiadł i wyczekująco spojrzał na Vieltberga.

- Wywiad, panie pułkowniku. Dziennikarz już czeka, przeszukany, wszystkie gadgety zneutralizowane..

- Przemycał coś? - zainteresował się blado Trefi-Onger.

- Zawsze przemycają, panie pułkowniku. Wydaje im się, że gdyby nie mieli kontrabandy poczulibyśmy się niedowartościowani. A taki interviper dopiero!

Pułkownik z zainteresowaniem uniósł brew - skoro leutnant pozwolił sobie na prywatny, trochę toporny stylistycznie, komentarz, to powinien zobaczyć, że dotarło to do zwierzchnika. Co z tym zrobi - to inna sprawa.

- Jak mówiłem - dane o Jadraydonie Huttereccim do mnie na ekran - powiedział na głos. - Te, pierdoły, które przy nim znaleziono tu, na stół... Albo nie, nie trzeba, niech nie myśli, że przywiązujemy do nich jakąkolwiek wagę. Oddać mu i nawet nie neutralizować tylko spryskać profitem i śledzić. - Już wcześniej przemyślał wszystko, teraz tylko sprawdził, czy postępuje zgodnie z własnym planem. Wskazał palcem podajnik napojów: - Proszę gościnną siódemkę. - Zastanawiał się chwilę. - Wszystko. Prosić Hutterecciego.

Leutnant przepisowo wykonał zwrot, całe ciało w jednej linii, unikając częstego błędu: bioder wyprzedzających skręt reszty ciała, i wymaszerował z pokoju. Pułkownik zerknął na nagle rozjarzony ekran, ale widniały tam tylko dobrze już mu znane dane o czołowym dziennikarzu trustu IMI, gwieździe kilku publikatorów i prezenterze najpopularniejszego programu Sieci. Oprócz danych statystycznych i towarzyskich znajdowały się tam również info o słabostkach i przyzwyczajeniach Jadraydona, ale już przy pierwszym czytaniu Trefi-Onger uznał je za zbyt ostentacyjne, za dokładnie odmierzone, za - jednym słowem - spreparowane tylko po to, by w zaskakujący sposób zyskać przewagę nad osobą usiłującą zdominować Hutterecciego. Dlatego wcześniej pułkownik zamierzał podawać trunki bez pytania, żeby dziennikarz zrozumiał: "Jesteś na tacy, chłopie. Wiemy o tobie wszystko". Teraz zmienił zdanie i zdecydował, że postara się uświadomić Hutterecciemu, iż jest tylko petentem, a na takiego nie zwykło się na pokładzie "Tarczy" tracić niepotrzebnie czas, zapoznając, na przykład ze zwyczajami. Trefi-Onger wytrenował rano dyskretne ziewnięcie, zamierzał je wykorzystać gdyby rozmowa się przeciągnęła, ale wypróbował już teraz. Gdy nad taflą drzwi zapulsował świetlny sygnał trącił taster i wstał. Hutterecci wszedł energicznie, idąc nie wyciągał ręki do powitania, pułkownikowi pozostawiając decyzję co do formy. Trefi-Onger zdecydował się na wymianę uścisków i odnotował w głowie, że gość nie sięgnąłby tych szczytów, na których się rozsiadł, VIPa od interview z VIPami, gdyby nie opanował niuansów psychologii stosowanej, na przykład zbijając bąki przed wywiadami. Prócz uścisków wymienili powitalne neutralne uśmiechy, dziennikarz dyskretnie położył na biurku zainfekowany Imperialnym Daktylogramem glejt od samego Ministra Informacji. Taki kodopis otwierał niemal wszystkie drzwi, a przynajmniej nie pozwalał ich zatrzaskiwać bez ważkiego powodu przed nosem posiadacza. JH, jak wiadomo było powszechnie, miał w swoim życiu więcej takich kodopisów niż chyba cała reszta dziennikarzy razem wzięta. Rozsiadł się wygodnie. Założył nogę na nogę, w uchu błysnął masywny klips. Miał nie za duże, może nawet proporcjonalnie za małe, ale pytająco, szacująco i swobodnie patrzące oczy, w ostrym świetle gabinetu wygolona czaszka powinna była blikować, skoro tak się nie działo musiał przed wejściem łysinę pokryć matem. Innym zaakcentowanym przez naturę elementem twarzy dziennikarza była wydatna, jakby opuchnięta dolna warga , wyraźnie "za duża" jak na dany wykrój ust i dlatego wystająca poza wargę górną.

- Dawno już nie oddalałem się na taką odległość od Centrum Systemu - powiedział Jadraydon.

Ależ zadupie, przetłumaczył sobie Trefi-Onger. Uśmiechnął się podstępnie i zapytał:

- Zna pan taki dom, w którym szambo znajdowałby się w salonie?

- Kryguje się pan, pułkowniku - bez pardonu zaatakował Hutterecci. - Nikt nie ośmieliłby się nazwać pana, dowódcy najważniejszego więzienia cesarskiego, szefem szamba.

Pułkownik wyczuł, że powinien teraz uśmiechnąć się wdzięcznie, powinien, ale tego nie zrobił. Nie spodobało mu się w ogóle zestawienie swojej osoby z szambem, nawet w przeczeniu. Czubkiem palca przesunął o ćwierć milimetra w prawo podstawkę flexera, gospodarskim okiem przejechał po biurku, przeciągnął dłonią po blacie.

- Mam nadzieję - mruknął w końcu. - Chyba trafnie użył pan sformułowania "nie ośmielił".

Podniósł wzrok i posłał gościowi spojrzenie pełne wyczekiwania, dziennikarz pokiwał głową, rozsiadł się wygodnie.

- Do rzeczy więc - zaproponował. - Przyleciałem tu, jak pan wie, dla Gentisa Metsegona.

Pułkownik Trefi-Onger nie udawał, że nie wie o kogo chodzi:

- Łasica...

Jadraydon prychnął zjadliwie:

- To pańscy koledzy tak go uhonorowali, po kolejnej ucieczce.

- Tak, wiem.

- Niektórzy nazywają go również Onefir. To taki mały nieszkodliwy wężyk hodowany w terrariach, wie pan po co? - Nie czekając na odpowiedź pułkownika kończył nie kryjąc satysfakcji: - Jeśli jest jakaś możliwość ucieczki to on z niej skorzysta, taki mały cholernie sprawny tester szczelności więzienia.

- Bardzo malownicze - skonstatował niewzruszony pułkownik. Jeszcze raz dotknął palcem podstawki flexera. - Oczekuje pan czegoś ode mnie? Kartoteki panu nie pokażę...

- Nie potrzebuję - pokręcił głową rozczarowany jego opanowaniem dziennikarz.

- ... mogę służyć zdjęciem czy też...

- Dziękuję - po raz drugi przerwał pułkownikowi. Udał, że nie zauważył jak przez oczy rozmówcy przemknął cień niezadowolenia - pułkownik nie przywykł do przerywania mu i to dwa razy w odstępie dziesięciu sekund. - Mam taką zasadę - wchodzę w życiorys człowieka bez żadnego obciążenia, nie mam do niego żadnych pretensji, nie trzymam w ręku cenzurki z jego żywota, dokonań, poczucia humoru, jakości wychowania dzieci i tak dalej. Rozumie pan? Chcę, żeby ten człowiek sam wpisał do odpowiednich rubryk odpowiednie oceny. Taki sobie wypracowałem modus faciendi, pozwalam pokazać siebie w dowolnym świetle; wiem z doświadczenia, że nikt lepiej nie oskarży człowieka niż on sam, nikt lepiej go nie ośmieszy i też nie wytłumaczy. Rozumie pan? Ja wchodzę jak ta czysta księga - nic nie wiem, nic nie chcę wiedzieć, może nawet nie mogę. Co będzie zapisane nie ode mnie zależy.

Uśmiechnął się miło, miło. Rozłożył ręce: "Naprawdę, ja tu niewiele mam do powiedzenia!"

Pułkownik siedział nieruchomo. Nie zamierzał kwitować w żaden sposób, a tym bardziej uśmiechem nadętych wyznań pismaka. Korciło go by sprawdzić w kompie łacinę, jaką posłużył się Hutterecci, ale nie poruszył nawet palcem. Z zadowoleniem odnotował, że dziennikarz zaczyna się czuć niepewnie w przedłużającej się ciszy. Odczekał jeszcze chwilę.

- W takim razie czy jest coś, w czym mógłbym panu pomóc? Czy potrzebuje pan tylko promu ?

Dziennikarz przechylił głowę i zmrużył oczy. Wyglądał w tej chwili jak człowiek nasłuchujący poleceń czy informacji dobiegających z sufitu. Trefi-Ongera na ułamek sekundy zastanowiła skuteczność aparatury pokładowej w wykrywaniu wspomagających wszczepów.

Hutterecci poruszył się, jakby stracił łączność.

- Nie - oświadczył z mocą. - Mam kilka pytań - i nie czekając na przyzwolenie zadał pierwsze: - Czy na planecie rzeczywiście nie ma strażników?

- Nie ma. To nie jest żaden "konzentration gulag", jak mawiali przodkowie, ani żadna katorga mająca na celu wycieńczenie więźnia. Oni nie karczują na czczo lasów, pożerani żywcem przez pijawki, hecyny i żwije. To po prostu ciężkie więzienie. - Z ułożonych na blacie dłoni wysunął się wskazujący palec i przez chwilę wskazywał sufit, ale chodziło tylko o podkreślenie mających paść słów. - Wszyscy tu mają jeden wyrok - dożywocie, i dodatkowo świadomość, że nie istnieje coś takiego jak skrócenie kary. Tu nie ma amnestii. - Teraz dwa palce podkreślały, to co mówił: - Ale też nie ma umyślnej eksterminacji.

- Skazani grzecznie odbywają karę? - Hutterecci nie zamierzał kryć ironii zadając pytanie.

- Przekona się pan sam. - Pułkownik wolno splótł palce i pozwolił sobie na zjadliwość: - Chyba, że już pan spasował?

- Absolutnie nie! - warknął Jadraydon . - Pytam tylko czy tam się kotłują jakieś bandy, czy mają jakiś rząd, kto tam jest najważniejszy?

- Ależ! - Trefi-Onger popatrzył na dziennikarza z niesmakiem. - Imperator, rzecz jasna! - i po chwili dodał: - I ja, jako jego przedstawiciel!

Na czole Hutterecciego zalśniło lekko odbicie płynącego z sufitu światła, co z przyjemnością odnotował pułkownik. W jego charakterze nie leżało jednak znęcanie się nad rozmówcą, może dlatego został wybrany na szefa straży imperialnego więzienia.

- Na planecie znajdują się najciężsi przestępcy naszych czasów. Ale nie są to jacyś zdegenerowani pedofile, gwałciciele, zbiry z twarzami pokrojonymi laserowymi ostrzami - uśmiechnął się, a widząc wściekłość w oczach żurnalisty poszerzył uśmiech wystarczająco wyraźnie. - To są wrogowie Imperium, a nie poszczególnych członków jego społeczności.

I mają, pomyślał, do dyspozycji tylko trzy sztuki antykwarycznej broni palnej z nieznaną ilością amunicji. Ponieważ ostatni raz owa broń wypaliła siedemdziesiąt dwa lata temu jest nadzieją, że zaginęła na amen wraz ze śmiercią jakiegoś zmarłego więźnia.

Hutterecciemu drgnęły wargi, najwyraźniej chciał powiedzieć: "Przestępca to przestępca!", ale się w ostatniej chwili powstrzymał. Sam zamiar rozzłościł pułkownika:

- Naprawdę nie musi się pan niczego obawiać! - Po tych słowach Hutterecci spurpurowiał na twarzy. - Ale, rzecz jasna, poleci pan na dół dopiero po podpisaniu stosownego dokumentu, w którym oświadcza pan, że na własną odpowiedzialność i tak dalej, i tak dalej...

- Pan też nie musi się niczego obawiać! - warknął Jadraydon Hutterecci doprowadzony do szału; natychmiast uprzytomnił sobie, że dał się sprowokować. Był zbyt starym wyjadaczem, by nie zrozumieć co powinien zrobić. Odetchnął głęboko. - Leciałem tu diabli wiedzą ile, wynudziłem się setnie, napisałem dwa rozdziały nikomu, ze mną chyba włącznie, niepotrzebnej powieści... I co - miałbym teraz wynosić się z podkulonym jęzor... Tfu! Co ja mówię - jęzorem? Z podkulonym ogonem!

Nagle odprężył się, pułkownik zrozumiał, że dziennikarz postanowił przestać prowadzić jakąś obliczoną na tępego klawisza grę. Zainteresowało go, z jakiej strony pokaże się teraz Hutterecci .

Ciąg dalszy do przeczytania w najnowszym zbiorze... W przyszłości być może "On Line"...