Aktualizacja: 20.06.2017
"Raptowny fartu brak"
Fenix 3 (30) 1994

Kliknij aby powiększyć

Na zboczu wzgórza, niemal na końcu podjazdu, usadowił się pasożytniczy wzgórek powodując, że łagodna już pozornie droga nagle stanęła dęba. Silnik sprężył się, wyciągnął nieco wyższą nutę, prawie zmarszczył się z wysiłku, ale pokonał wzniesienie, a potem samo wzgórze. Na szczycie jednak zapiszczał podejrzanie i raptownie ucichł. Siedzący w nieruchomym pojeździe Luk uniósł oczy ku górze i bezgłośnie sklął niebo.

- Nie rób mi tego - poprosił.

- Pusty zbiornik - beznamiętnie, zdyszanym głosem poinformował Silnik. - Może niezupełnie to mam na myśli, chociaż upraszczając...

- Nie chrzań, chłopie. Całą drogę klnę jak szewc!

- Ale jest pod górkę, a paliwo nie najwyższej marki.

- C-co ty mi pieprzysz!? Jakiej marki? Jakiej marki, co? Teraz mi coś mówisz o marce? Jak się układałem, to było tylko o "mięsie", prawda? Miałem kląć przez całą drogę. Tak?! Gdybym wiedział coś o warunkach dodatkowych, to bym zaproponował inne paliwo.

Silnik prychnął pogardliwie.

-Jakie?

Luk zacisnął zęby i chwilę walczył ze sobą.

- Spermę! - splunął z całej siły w przydrożny pył.

- Akurat by wystarczyło! - ironicznie sapnął Silnik. - Chciałeś przecież wyjechać poza garaż.

Luk zeskoczył z siodełka i kopnął w oponę.

- A na tym z kolei nic zajechałbyś nawet do peryferyjnego parku.

Spokojnie, chłopie. Spokojnie. Tak nie ma sensu, uwierz mi. Spoko.

- No to jak - klniesz czy nie? - nie ustawał Silnik.

- Zaraz, przecież nie chcesz byle czego, ty parchu pustynny? - wstawił sprytnie.

- Było.

- Rusz się, nie wkurwiaj mnie!

- No i ty masz pretensje, że nazwałem twoje przekleństwa marnym paliwem?!

Luk zawirował na pięcie jednej nogi z łokciami przyciśniętymi do brzucha.

- O. może trzeba było wybrać jakieś łamańce gimnastyczne?

-Zamknij ryja! - huknął doprowadzony do szału. - Ty w pachę skubany, flegmotwórczy wyciorze! Ty w trzy pi...

- Było - flegmatycznie przerwał Silnik.

-Aaaa!!! Trzymajcie mnie! Ludzie! Lu-udzie-e!

- A propos "ludzie"... - rzeczowo wtrącił Silnik. - Znasz taki dowcip: pewien miastowy zgubił się w lesie, w strasznym lesie, i zaczyna wrzeszczeć: "Ludzie, ludzie!", a zza drzewa wychyla się Czukcza i powiada: "Ha! Jak tutaj, to: >>ludzie<<, a Jak w mieście, to pogardliwie: Czu-u-ukcza!". - Oczy-reflektory patrzyły na zamarłego w bezruchu Luka, potem ich pokrywy zamknęły się i natychmiast otworzyły.

- Hy-hy... - niepewnie roześmiał się Luk. - Idiota, jak boga kocham, wrobili mnie w Silnik-idiotę!

- Mógłbyś mi to wyjaśnić, co? To słowo "Czukcza" i dlaczego to śmieszy...

- Kpisz sobie ze mnie, tak? - Luk odsunął się o dwa kroki i położył rękę na kaburze. - Pokurczu moczem chłodzony... Gnido niewychechłana, jak ci wkopię kołek w tę niskochłodzoną dupę. to się sfajdasz aż po wycieraczki. - Odsunął się jeszcze o krok i zaczepił paznokieć o mosiężną klamerkę. - Tak cię, robaczku, wytrzepocę...

-Ojej. dobrze już, z górki może wystarczy - stęknął Silnik, nie spuszczał oczu z kabury i gdy tylko zobaczył, że z człowieka uchodzi para, że ręka sięga do kieszeni po wodne dropsy, dodał przebiegle; - Ale wytłumaczysz dowcip i dołożysz jednak kilka jobów... Później, może jutro! - wrzasnął widząc, że człowiek bez ostrzeżenia wyszarpuje blaster z kabury. - W przyszłym tygodniu"!

- Ruszaj, czterocylindrowa flądro! Silnik warknął, zapracował równym rytmem. Luk zabezpieczył klamerkę kabury. Silnik odczekał chwilę.

-Oj-jej! Aleś mi dokuczył! - parsknął ironicznie Silnik, ale przedtem sprawdził, czy kabura jest zamknięta. Zgrzytnęła przekładnia, drgnęły baloniaste zbrojone tlenem opony. Dźwignia ręcznego hamulca zachrobotała i opadła, pojazd drgnął.

Człowiek poruszył się i niedbale, demonstracyjnie oparł dłoń o pogięte nadkole, rozejrzał się starannie dokoła.

-A rusz się o centymetr! - zagroził Silnikowi. - Już mam dość ciebie i całego tego cackania się. OK?

Silnik zmrużył reflektory i pyrknął obraźliwie. Niewątpliwie starał się jak mógł zamanifestować swe niezadowolenie, tymczasem człowiek okazał się istotą na tyle gruboskórną, że jego usiłowania nie miały szans powodzenia. Luk poklepał protekcjonalnie nadkole, potem wskoczył na maskę i jeszcze raz, tym razem z rzeczywistej potrzeby, a nie dla czczej demonstracji, przeleciał wzrokiem horyzont; najpierw normalnie, potem przez wszczepione binokle, i było to na tyle nieciekawe, że nie chciało mu się nawet sięgnąć do lornetki. Zeskoczył na ziemię wzniecając obłoczki duszącego suchego pyłu. Przypomniał sobie o awanturze z Silnikiem i postanowił dopiec mu jeszcze bardziej. Pochylił się i poklepał jeszcze raz maskę.

- Do-o-obry silniczek - powiedział. - Dobly pana silniczek, plawda?

- Nie musisz mnie chwalić, znam moją wartość - powiedział Silnik, a w jego tonie zabrzmiały wyraźne nutki zadowolenia. -A dlaczego zmieniasz głoskę "er"? - zapytał naiwnie po chwili.

- Debil - warknął Luk.

- Nie rozumiem. Może tu trzeba odwrotnie: el na er?

- Zabiję... - Luk zamierzył się nogą na koło, chciał wskoczyć na pakę. ale zamarł słysząc; .

- Nie strasz, nie strasz, bo się...

Ciąg dalszy do przeczytania w najnowszym zbiorze... W przyszłości być może "On Line"...