Aktualizacja: 20.06.2017
"W Iezziorana-H. Czarpar"
Miesięcznik sieciowy Fahrenheit 14.99
"Jak Czarpar... A, sami se przeczytajcie!.."
copyright © Bławatek czy Chryzantema, czy coś tam, 1231 albo insze...

W izbie pachniało grzybami. Czarpar poweselał.
"A to ci niespodziankę druh mi wyrychtował - pomyślał. - Grzybki duszone? Smażone? Może zupeńka? Jak to mówią: Ząb zupa grzybowa. Dąb dupa wołow... Nie! Dąb, dupa... zupa grzybowa? Ząb, zupa-dupa, dąb... Jakoś tak to szło... A Drzasper - zuch!"
- Wróci-i-i-i-łem!" - wywiódł mocnym falsetem.
Kara wygrzebała się spod siennika. Miała źdźbła słomy we włosach, złość w spojrzeniu i muchy w nosie.
- Znowu masz muchy w nosie? - zapytał z przyganą Czarpar.
Dziewczę przyłożyło kciuk do nozdrza i dmuchnęło drugą. Gniazdo much z jakimś takim okrywoskrzelowym trzaskiem uderzyło w podłogę. Powtórka operacji z drugim nozdrzem dała podobny rezultat, tyle że dźwięk był bardziej taki nagozalążkowy.
- No już, dobrze. Nie sforsuj się, bo dostaniesz wilczych jaj... czy coś tam... - machnął ręką. Podszedł do pieca. Dziwne - zimny. - Jest coś do jedzenia?
- Jest.
- Gdzie?
- W lesie! Chi-chi-chi!
- O-ż ty, w jupę dzieża! - zamachnął się, ale Kara wykonała kilka poręcznych chwytów, a wśród nich jeden ukradzioną z dworu poręczą i Czarpar poczuł, że leży na bynajmiej nie czystej podłodze, z nosem w szparze między balami, a w tej szparze pojawił się szczur i zamierza albo pożywić się jego katarem, albo... - Puść, Kara mija!
Poskutkowało i tym razem, ale Czarpar czuł, że jeszcze trochę, jeszcze kilkanaście lat, i dziewuszysko go nie posłucha. Zmartwił się na wyrost. Wstał i otrzepał kapucę.
- Co tak śmierdzi? - warknął.
- Drzasper warzy - odwarknęła hardo.
- Co?
- Munłoka. A śmierdzą grzybki mun i drożdże.
Wytarła nos rękawem. Kilka płatków czegoś podobnego do obfitego łupieżu spadło na podłogę, ale nie zaszkodziło to tej ostatniej.
- A jeść?
- Jeść to się chce... Macie coś?
Przełknął przekleństwo, drugie i trzecie, ale to nie syciło. Pogrzebał więc w torbie i wyjął gomułkę, ser i dwa gierki, jeden nawet był z bierutem. Zaczęli żreć.
- Co tam we świecie? - zapytała Kara.
Zaskoczony Czarpar zamarł z połową bieruta w otwartym pysku. Potem ciamknął i zamknął papę. Tylko dwie muchy zdążyły wpaść do gemby, trzecia, pipa wołowa, wyrżła całą sobą w brodę Czarpara i nabiła się na czterodniową szczecinę. Zamachała nóżkami, ale nikt nie czytał jej ostatniego, językiem migowym przesyłanego przesłania. Nawet kiedy mucha zamigała "Ch... z Wami!", nie przejął się tym nikt, ani Ch..., ani jego wybranka, Wami, ani nawet Wami rodzice. Chcą się mnożyć - ich sprawa.
- No, niewiela... - mruknął w końcu Czarpar. - Tym razem turniej Confabulatores et Sponsores et Birbantus Ales odbył się we w Stolycy.
- Fajnie było?
Czarpar zamyślił się.
- No.
- A co konkretnie?
- Najfajniej, jak jeden Wodas nasypał Glotowi piachu do piwa.
- Fajny był pogrzeb? - zainteresowała się Kara.
- Gówno tam!
- A powiadają, że w stolycy ładnie grzebią?
- Chyba po śmietnikach! - prachnął z goryczą. - Ale nie tom miał na myśli. Nie było pogrzebu, bo nie było walki. Rozochocony Wodas wzion był i wywrócił ławę z Glotem na plery.
- No i?
Czarpar powiódł spojrzeniem po stole. Nagle poderwał się i wyrżnął dziecko w ucho. Dziewczynka upadła na podłogę, poderwała się ze łzami w oczach. Z wąsa zwisał jej kawałek gomułki. Dyndał, dokładnie mówiąc.
- To ty mi pytania zadajesz, a sama wpieprzasz co podleci, ta?! A ja co?
- Wyście jedli! A ja od dwu dni jestem na grzybkach, a gówno to nie galucyny, tylko mi się leje na niebiesko! Uła-a-a-a!.. - rozpłakała się.
- Cicho być - zaproponował Czarpar. - CICHO!!! - powtórzył.
Zamknęła płanetnicę.
- Zjedz jeszcze dzwonko gierka, ale jedno.
Posłuchała.
- A co z temi dwoma?
- A i nic - machnął ręką. - Glot obiecał, że już nigdy się nie spotka z Wodasem, a Wodas, że naprzeciwnie. Jak to modnie ostatnio gadają? Góra urodziła mysz!
- Jak może mysz? Wszak się rozedrze... - zaoponowało dziecko.
- Nie "górę" tylko "góra"! Ona, góra!, urodziła mysz!
- A gdzie tak było? Kto to zauważył?
Czarpar do zmierzchu galopował po wsi i okolicy wyjąc i trzaskając z bata. Dopiero, gdy się potknął i wyglebił, a jeszcze mu chłopacy nałożyli błota do gaci, uspokoił się.
Czego i Wam życzymy.
Ament.
Jakżeś dupa pij atrament!
Ober Wan-Y