Aktualizacja: 20.06.2017
"FABRYKANT SZCZĘŚCIA"
Zbiór opowiadań "Najważniejszy dzień 111394 roku"
W komputer wpisał Tomasz Kucz "SALMO".

Kliknij aby powiększyć

Tu kończyło się miasto. Zniknęły ostatnie płaty asfaltu, a przed maską samochodu widniały już tylko jakieś szare, rachityczne badyle świadczące o tym, że dłuższy czas nikt tędy nie jeździł. Derek zatrzymał wóz, zaklął przez zęby i jeszcze raz sięgnął do kieszeni. Rozwinął odręczny szkic i zaczął ponownie przypominać sobie drogę, jaką przebył, i porównywać ją z tą narysowana na pokratkowanej kartce, Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało, no, chyba że ten zjazd w lewo ? Postanowił sprawdzić, a gdyby się pomylił, zażądać od Tomasza dokładniejszych wskazówek i wrócić za kilka dni, Kilkadziesiąt godzin różnicy nie odgrywa chyba decydującej roli.

Włączył wsteczny bieg i odwróciwszy się przez prawie ramie poprowadził wóz z powrotem, Gdy tylko samochód zakołysał się na pierwszych asfaltowych wybojach, zawrócił i pojechał wolno, uważnie patrząc na prawo. Szereg opustoszałych, a może tylko zamarłych, wystraszonych widokiem samochodu, ruder, ciągnął się bez najmniejszej luki na odcinku kilkuset metrów. A potem nagle otworzył się wjazd i westchnienie ulgi zbiegło się z szelestem opon wjeżdżających na dziwnie nowy i czysty asfalt. Derek miał uczucie, że znajduje się w otoczeniu dekoracji filmowych, bowiem zaraz za zmurszałymi ruderami nieoczekiwanie objawi mu się, wprawdzie pusty, ale czysty i zadbany park. Już po kilkunastu metrach wysokie drzewa zasłoniły skutecznie tyły ruin, skasowały je z krajobrazu, a po przejechaniu następnych dwustu metrów park z lewej ustąpił miejsca olbrzymiej łące, w głębi której widniał dom. Whitaker nie zastanawiając się skręcił na drogę prowadzącą do podjazdu przed domem, przejechał ostatnie sto -- sto dwadzieścia metrów i zahamował. W tej samej chwili drzwi nad pięcioma schodkami otworzyły się i stanął w nich mężczyzna. Derek wysiadł i zaczął iść w jego kierunku. Stał nieruchomo z martwo opuszczonymi rękoma i nieruchomym spojrzeniem, ale lekko odstająca lewa klapa marynarki świadczyła nie o dużym, dobrym sercu ani o wypchanym portfelu. " założyłbym się o kopa w dup, że grzeje się tam cobra 38" -- pomyślał Derek i spróbował całej swej postaci, układowi ciała, nadać przyjazny, sympatyczny wygląd.

- Pan Grogan ? -- zapytał mężczyzna i Derek pojął, że on również stara się być uprzejmy i sympatyczny. Ale nie przesadza w tych usiłowaniach.

- Tak. Jestem umówiony.

- Proszę -- mężczyzna cofnął się pól kroku i otworzył drzwi.

Gdy Derek, podziękowawszy skinieniem głowy, ruszył do przodu, mężczyzna nagle zachwiał się i choć od razu odzyskał równowagę, Derek był przekonany, że to przelotne muśnięcie wystarczyło, by policzyć nawet wszystkie pieprzyki na jego ciele.

Korytarz rozpoczynający się od razu za progiem, bez żadnego hallu, prowadził kawałek prosto, potem skręcał pod kątem prostym w lewo i kończył się po trzech metrach lekkimi przeszklonymi drzwiami. Mężczyzna w brązowym garniturze wyprzedził gościa i bez pukania wszedł pierwszy.

Pokój był niewielkim pomieszczeniem prawie pustym, tylko spore biurko pod ścianą i dwa identyczne fotele po obu jego stronach tworzyły umeblowanie.

- Proszę usiąść -- mężczyzna wskazał fotel przed biurkiem , odwrócił się i wyszedł.

Derek wysunął do przodu lewą nogę, chcąc podejść do biurka, gdy nagle część nieapetycznie szarej ściany w rogu zapadła się i w czarnym prześwicie pojawił się pulchny Chińczyk. Ukłonił się nisko i szybko przebierając stopami doszedł do swego fotela, wskazał drugi Derekowi i odczekawszy chwilę aż gość zasiądzie wygodnie, usiadł również.

- Pan wie, czym się zajmuję, panie... - cichym, miękkim głosem powiedział Chińczyk, zręcznie zwieszając głos w oczekiwaniu na prezentacje.

- Grogan -- pośpieszył mu z pomocą Derek.

- O, dziękuje bardzo -- mile uśmiechnął się gospodarz. -- A więc, jak powiedziałem, pan wie, czym się zajmuję, panie Whitaker?

- P-pan nie jest Chińczykiem -- stwierdził, jąkając się lekko Derek.

- Oczywiście, że nie. Ale klienci oczekują odpowiedniej oprawy, scenografii. Więc spełniam ich oczekiwania, ale żeby było jeszcze ciekawiej, umyślnie staram się zachowywać nie jak Chińczyk. To jest bardziej interesujące, zwłaszcza dla inteligentnych gości. Pan do takich właśnie należy -- pokiwał lekko głową.

- A skąd pan wie, że nie nazywam się Grogan?

- Pana prawo jazdy leży powrotem w skrytce samochodowej.

- Aha! Proste.

- Proste. Ale... - przechylił lekko głowę i uniósł pytająco brwi.

- No tak. Do rzeczy. Ja... - Derek oblizał wargi.

- Mam większość tego, o czym marzy mężczyzna w moim wieku: ciekawa pracę, pieniądze, zdrowie, kobiety.

- To bardzo dobrze -- gospodarz uniósł palec i strzepnął nim w stronę Dereka. -- To SA trywialne sprawy i bardzo się cieszę, że pan ma inny problem.

Słucham.

- Uczucie! -- wypalił Derek. -- Nie mogę znaleźć prawdziwej miłości . Mam dość seksu. A trwa to już tak długo, że zaczynam wątpić, czy dopisze mi szczęście. Dlatego, gdy dowiedziałem się, że istnieje ktoś. Kto zajmuje się uszczęśliwianiem ludzi, to, choć jestem trzeźwym racjonalistą i w pewnym stopniu cynikiem, zacząłem pana szukać. No i jestem.

- Rozumiem. Chwileczkę -- anonimowy gospodarz zmarszczył brwi i przygryzł dolna wargę. Wskazujący palec lewej dłoni drżał mu lekko. Trwał w zamyśleniu dwie minuty, potem jakby się obudził, drgnął i powiedział:

- Sądzę, że ta sprawa mnie interesuje i będę mógł panu pomóc.

- Tylko... Niech pan nie myśli, że wątpię w pana... umiejętności, ale...

- Panie Whitaker! -- gospodarz patrzył na Dereka z wyrzutem. -- Nie prowadzę domu publicznego. Panu chodzi o "Miłość" a nie o "miłość". I to duże "M" będzie pan miał.

- Oczywiście... kchm... Oczywiście, bardzo przepraszam, ale nie bardzo sobie wyobrażam, jak można taka sprawę załatwić i tylko dlatego zwątpiłem... Na chwilę -- dodał szybko.

- Proszę pana, Bardzo często przychodzą do mnie ludzie i proszą o wskazanie szczęśliwych liczb na loterii, na przykład. Nie odmawiam ich prośbie, ale to nie znaczy, że fałszuję losy, przekupuje komisję, czy kradnę szczęśliwy los innemu człowiekowi. Gdy przychodzi do mnie alpinista tuz przed poważną i ryzykowną wyprawą i chce się zabezpieczyć przed wypadkiem, nie łamie mu ręki, co uchroniłoby go przed poważniejszą kontuzja w czasie wejścia. Jeśli przychodzi kobieta i pragnie zapewnić sobie szczęśliwy poród i córeczkę -- nie oferuje jej ślicznej sierotki -- wychylił się odrobinę w stronę purpurowego ze wstydu Dereka. -- Ja po prostu spełniam życzenia.

- Już wiem, rozumiem -- szybko skinął głowa Whitaker.

- Po co pan kłamie? Ja się łatwo nie obrażam, więc nie musi się pan tak tłumaczyć. I nie trzeba mi schlebiać. Musi pan przyjąć na wiarę, że sprzedaję szczęście, zapłacić mi odpowiednią sumę i poczekać trochę. Powiedzmy tydzień. Jeśli w ciągu siedmiu dni pana marzenia nie spełnia się, proszę przyjść po odbiór swoich trzech tysięcy. I tylko w tym celu wolno tu panu przyjść tu po raz drugi.

- Jasne -- Derek wstał i sięgnął do kieszeni.

- Może być czek -- szybko zasugerował gospodarz.

Whitaker skinął głowa i usiadł jeszcze raz przy biurku. Gospodarz czekał stojąc.

- Proszę -- Derek wyciągnął dłoń z czekiem. -- A nie boi się pan oszustwa? -- ośmielił się wydusić z siebie.

Niby-Chińczyk tym razem nie uśmiechnął się. Delikatnie pogłaskał kciukiem kącik prawego oka i powiedział:

- Mogąc przynieść komuś szczęście, mogę też zapewnić jego brak, nieprawdaż?

Whitaker zdobył się tylko na skinienie głowy. Czuł, że ciarki przechodzą mu fala po plecach, a włosy jeżą i stają się kruche jak lodowe sopelki.

- Do widzenie -- wykrztusił.

- Żegnam -- wyraźnie poprawił gospodarz i wyszedł przez znowu nie wiadomo jak otwartą ścianę.

Otworzyły się drzwi, przez które parę minut temu gość wszedł, i stanął w nich znajomy już fagas. Whitaker minął go bez słowa, sam otworzył drzwi wejściowe i bez pożegnania wyszedł. Raczej poczuł niż usłyszał, że drzwi za nim się zamknęły, strzelił palcami i wsiadł do samochodu. Ruszył wolno, ale potem wdusił ostro gaz i pomknął szybko przemierzając uroczy park, slumsy i zwolnił dopiero wjeżdżając w bardziej "cywilizowane" dzielnice. Skierował się na południe iw piętnaście minut później wszedł do baru "Sześć Po Siódmej". Wybrał stołek przy leniwie opartym o mikser barmanie i powiedział:

- Jeden dziecinny.

Tomas spokojnie odwrócił się po butelkę. Nawet drgnieniem powieki nie zdradził że rozumie właściwe zamówienie. Może gdyby Derek powiedział: "Piwo" , co by znaczyło, że nie udało się... Może wtedy informator Whitaker zareagowałby żywiej ,a tak podał tylko wysoki kieliszek i uprzejmie wycedził:

- Proszę.

I po sekundzie:

- Mam tu dla pana list -- Widząc zdziwione spojrzenie klienta dodał: - Jakieś dziesięć minut temu przyniósł go mały czarnuch.

I podał niewielką żółtą kopertę. Derek odstawił szybko kieliszek, wziął ją i rozerwał. W środku znajdował się mały kartonik z ręcznie napisanym zdaniem: "Tym razem opłaci się opluć kobietę, Żegnam". Derek obejrzał kartonik z obu stron, potem kopertę. Nic. Wsunął papierki do kieszeni i wlał w usta małą porcję swego ulubionego rumu. Pozwolił by rozlał się po języku i w tym momencie coś trzasnęło za jego plecami. Derek drgnął, rum z języka spłynął do gardła i ścisnął je piekącą obręczą. Whitaker poczuł, że wstrząsa nim gwałtowny skurcz przepony, drugi raz i trzeci, nie wytrzymał i otworzył usta. Rozkaszlał się gwałtownie, machając rękami i okręcając się wokół swej osi. Czwarty raz kaszlnął stojąc oko w oko z wysoka szczupłą brunetką. Zareagowała zasłonięciem dłonią twarzy i odskokiem w tył. Derek nabrał wreszcie powietrza, wytarł chusteczka czoło i szybkim gestem usta. Odwrócił się do Tomasa, ale tamten mówił właśnie:

- Tuz obok telefonu panno Payne -- posłał jej uśmiech i dopiero wtedy odwrócił się do Whitakera.

- Tomas... h-hy... wody! Niech to diabli...

Barman błyskawicznie wyjął butelkę z lodówki, zerwał kapsel i kryształowa struga wpadła do szklanki. Gdy Derek porwał szklankę i zaczął łapczywie pić, Tomas nachylił się i szepnął:

- Przepraszam, że się wtrącam, ale to jest wspaniała dziewczyna i nie chciałbym, żeby właśnie pan...

- podniósł ręki przebierając w powietrzu palcami, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa. -- Pan ją trochę... jakby... opluł.

Ledwo zdążył odskoczyć gdy zęby klienta trzasnęły o brzeg szklanki, a z gardła wydarł się charkot. Tym razem płyn dotarł głębiej niż za pierwszym razem, kaszel też trwał dłużej i choć w lustrze za barmanem świetnie widział, ze dziewczyna wraca i uśmiecha się coraz szerzej, nic nie mógł z sobą zrobić. Dopiero silne uderzenie w plecy wytrząsnęło kropelki wody z tchawicy i pozwoliło odetchnąć spazmatycznie. Whitaker potrząsnął głowa i odwrócił się.

Dziewczyna uśmiechała się serdecznie i powiedziała:

- to moja wina -- wskazała na podłogę. -- upadła mi parasolka.

Derek zerknął na parasolkę i, wracając spojrzeniem ku twarzy nieznajomej, zlustrował figurę.

- Nic mnie nie rozgrzesza. Serdecznie przepraszam i proponuję drinka na zgodę -- wyciągnął dłoń.

"Rewelacją to ona nie jest. Figura owszem, zaliczam. Biust za mały, Twarz sympatyczna i tylko tyle. To nie może być ona. Przypadek z ta durna kartką i zakrztusiłem się" -- pomyślał jednocześnie.

- Schirley -- dłoń miała chłodna i twardą. -- Niech będzie, że to pana wina, ale zaraz potem ja stawiam. Żeby nie było wątpliwości, że zakopaliśmy topór wojenny. Zgoda?

- Jasne, Tomas, dwa dziecinne. Może tym razem przejdzie bez komplikacji.

- Co to są te dziecinne? -- odwróciła się do barmana.

- O, to moja modyfikacja "Baranka Południa..." -- Tomas uśmiechnął się szeroko i szybko zaczął wyliczać składniki.

"Ładny profil. Nawet więcej... Jakiś taki... miękki... zamglony... No i ładny kolor skóry. I cała taka... uniwersalna. Pasuje i do wycieczki do muzeum i do wypadu w puszcze Kanady, i na bal, i na konie. Wszechstronnie miła... Nie-e... Zdecydowanie świetna!" -- poczuł, że serce zaczyna pracować z lekką czkawką. Skoncentrował się i wsłuchał w głos Tomasa.

- ...trzy krople cytryny. Pan Whitaker bierze jedną -- barman wskazał nosem Dereka.

- Zgadza się -- rześko odezwał się wskazany. -- Ta jedna to moje dzieło życia.

- Zazdroszczę panu -- powiedziała poważnie Schirley. -- Nie mogę, niestety, powiedzieć czegoś takiego o sobie -- roześmiała się beztrosko.

Obaj mężczyźni zawtórowali. Atmosfera stała się cudownie beztroska i przyjemna.

Potem było rewelacyjnie.

Potem nie było już nic tylko Schirley.

I tak minęły cztery dni.

Dopiero po ślubie, gdy Schirley wyjechała na dwa dni do domu przygotować rodziców na wizytę męża, Derek odzyskał na tyle sprawność umysłu, by przypomnieć sobie wizytę u sprzedawcy szczęścia, tajemniczy list i spotkanie Schirley. Cały dzień i pół nocy trwałą intensywna praca mózgu, w rezultacie następna noc zastała Dereka na terenie parku nieopodal znanego mu już domu. Uzbrojony był w mały damski pistolecik. Latarkę , łyżkę do opon i zdecydowany wyjaśnić sprawę do końca.

Uważnie obserwował domek, dopiero gdy nabrał przekonania, że od tej przynajmniej strony nikt nie czai się w oknie, przebiegł schylony kilkadziesiąt metrów i przykleił się do ściany tuż obok rogu. Odczekał jeszcze dwie czy trzy minuty i ruszył wzdłuż muru w poszukiwaniu odpowiedniego okna. Wszystkie trzy po tej stronie były zamknięte, więc nie licząc na cud zabrał się do podważania ostatniego. Puściło dość łatwo i bez hałasu. Odczekał chwilę i wskoczył do wnętrza.

W pomieszczeniu było ciemno, panował jakiś dziwny zapach -- kurzu, starych papierów, farby i jakby ziół. Cisza. Na palcach przesunął się w kierunku drzwi. Dotarł do nich bez przeszkód, zresztą pokój -- o ile mógł się zorientować w ciemnościach -- był pusty. Delikatnie nacisnął klamkę, drzwi ustąpiły i Derek wychylił powoli głowę.

Był to ciemny korytarz, ale z prawej strony, za zakrętem, było trochę jaśniej. Derek posuwał się w kierunku światła z pistoletem w ręku, wyjrzał na zakręcie i widząc szklane drzwi, za którymi paliła się jakaś słaba żarówka, przygryzł wargi.

"Jeśli siedzi tam ten goryl, to wpakuje we mnie co najmniej cztery pociski zanim zdążę pomyśleć, że umieram. Więc albo poczekać na jego wyjście, albo zaryzykować. Czekać mogę całą noc. Co tu..." I nagle zauważył, że posuwa się w stronę drzwi. Ścisnął mocniej kolbę i trzepnął lewą ręką w klamkę, pchnął drzwi i wskoczył do pokoju, usiłując od razu zorientować się w sytuacji.

Na jego widok z fotela po prawej zerwał się sprzedawca szczęścia upuszczając trzymaną w ręku gazetę. Oprócz niego nikogo w pokoju nie było. Derek, nie spuszczając oka ze stojącego nieruchomo mężczyzny, zamknął drzwi i odsunął się tak, by mieć je również na oku. Przełknął ślinę i oblizał wargi.

- Muszę wiedzieć jak pan to robi -- wychrypiał.

Mężczyzna usiadł powoli w fotelu. Patrzył spokojnie na Whitakera.

- Nie wolno przychodzić tu po raz drugi.

- Musiałem. Nie będę mógł żyć spokojnie.

- Przecież jest pan zadowolony? -- skośnooki mężczyzna był opanowany, mimo ze to w niego wycelowana była lufa pistoletu.

- Jestem szczęśliwy, ale nie wiem jak pan tego dokonał to mi nie daje spokoju.

- A jeżeli nie zdradzę sposobu?

- Jestem zdecydowany na wszystko. Zdaję sobie sprawę, że nie wyglądam na mordercę i nie chcę nim zostać, ale przyszło mi do głowy, że mógł pan mnie uśpić, zahipnotyzować i uwarunkować na Schirley, i to samo zrobić z nią. Reszt to kwestia małej wyprawy i zręczności -- lufa pistoletu drżała lekko, - I ja mam żyć z takimi wątpliwościami?!

- Może pan być spokojny. To, co pan wymyślił, to zwykły kant. I prymitywny. Ja uważam siebie za kogoś w rodzaju artysty...

- Pan może siebie uważać za artystę, a ja mogę się z tym nie zgadzać -- przewał Derek rozwścieczony tonem rozmówcy i lekkim uśmiechem, jaki pojawił się na jego twarzy.

- Chciał pan miłości -- gospodarz zaakcentował dużą literę w słowie "miłość". -- I otrzymał ją pan. Jest to szczere, autentyczne uczucie, dozgonne i mocne. Nie ma najmniejszego powodu do niepokoju -- kręcił głową wygłaszając ostatnie zdanie.

- Jak mogę wierzyć, że jest to szczere, skoro pan wszystko wiedział z góry? Ta kartka na minutę przed spotkaniem dowodzi niezbicie...

- Panie Whitaker -- przerwał nagle gospodarz -- nie ma sensu roztrząsać tej sprawy, zapewniam pana. Najlepiej, jeśli na tym zakończymy rozmowę -- oparł się wygodnie plecami o fotel.

- Nie! -- Derek podniósł lekko pistolet. -- Muszę wiedzieć prawdę. Nie zrezygnuję i potraf...

- Nie wystrzeli -- cicho powiedział gospodarz.

- Co?... Nie wystrzeli? -- oszołomiony Whitaker przeniósł wzrok z twarzy rozmówcy na broń.

- Niech pan próbuje. W ścianę -- mężczyzna niedbale wskazał kciukiem ścianę po swojej prawej ręce.

Derek przygryzł wargę. Myślał chwilę.

- Huk ściągnie pana ochronę. Nic z tego -- powiedział,

- No to inaczej -- mężczyzna wstał i zaczął powoli zbliżać się do Whitakera.

Gdy podszedł na dwa kroki. Lufa opadła niżej i zanim Derek zrozumiał, co robi, wystrzelił w nogę gospodarza, Huku nie było.

- Widzi pan? -- niby-Chińczyk odwrócił się i wrócił do fotela.

- Jak to? Dlaczego... - oszołomiony strzelec patrzył na broń trzymana w drżącej ręce.

- Znowu przyniosłem panu szczęście -- powiedziała niedoszła ofiara. I widząc, że Derek nie rozumie, wyjaśnił:

- Nie stał się pan mordercą.

Whitaker westchnął głęboko i schował pistolet do kieszeni. Podszedł do okna i oparł się o parapet. Przetarł dłonią twarz.

- Gdybym nie był racjonalistą powiedziałbym, że ma pan wspólnika w piekle.

- Whitaker!

Derek podniósł oczy i spojrzał na gospodarza. Ton jakim rzucił jego nazwisko, zupełnie nie pasował do układnej postawy prezentowanej aż do tej chwili.

- Niech pan siada -- gospodarz wskazał palcem niski fotel w rogu pokoju. Derek usiadł przekonany, że jeszcze przed chwilą nie było tan niczego. -- Wyjaśnię panu wszystko. Nie jestem człowiekiem.

Powiedział to tak szybko, nie stawiając w ogóle kropki między zdaniami, że oszołomiony wydarzeniami sprzed kilku chwil Derek nie zrozumiał w pierwszej chwili. Zmarszczył brwi i powtarzał w myślach ostatnie zdanie, aż sens trzech słów: "Nie jestem człowiekiem" rozkwit w umyśle i zaowocował szeroko otwartymi oczami.

- Nie jestem człowiekiem. Przyleciałem tu z innej planety, z innego układu. Moim celem nie była Ziemia -- głowa mówiącego drgnęła -- ale pech i niewielka awaria wykluczyły zarówno dotarcie di celu, jak i powrót do siebie. Wylądowałem na Ziemi i tu zostanę. Może niedługo przyleci ktoś po mnie, a może i nie. Dlatego musiałem ułożyć sobie życie tak, by przeżyć. Dotąd, mam nadzieje, wszystko jasne? -- zapytał uprzejmie Whitakera.

- N-nie... High! -- atak czkawki zdeprymował i tak niezdolnego do jakiegokolwiek działania Dereka. Zasłonił usta dłonią i przeczekał dwa czknięcia, a potem szybko zapytał:

- Nie mógł pan nawiązać kontaktu?

Rozmówca uśmiechnął się z pobłażaniem.

- Poznałem was trochę zanim wylądowałem. Gdybym się nie ukrył, zaczęły by się rozmowy, powitania, badania, kontakty. Potem kłótnie, kwarantanny, targi, telewizja, pytania, testy. Zaczęlibyście nawzajem oskarżać siebie o ukrywanie informacji, o agitację, nakłanianie, propagandę. Potem pewnie zażądalibyście wyboru komisji ONZ do spraw kontaktów ze mną, znowu uzgodnienia, głosowania, protesty. -- Derek poczuł, że się poci. Ale nieznajomy nie miał pretensji, raczej żal mu było Ziemian. -- Postanowiłem wobec tego ukryć się i żyć tak, aby nie zwracać na siebie uwagi. Potrzebne były więc pieniądze. Mogę je zdobyć na wiele sposobów, ale postanowiłem przy okazji uszczęśliwić pewną liczbę ziemian. Zacząłem sprzedawać szczęście, W ten sposób ja mam pieniądze, a wy trochę radości. Nikogo nie oszukuję, nie pobieram wygórowanych opłat, wiem, kogo na ile stać i tyle żądam. Pan dałby mi znacznie więcej, gdybym chciał. Prawda?

Derek skinął potakująco głową.

- Moje utrzymanie na Ziemi wymaga sporej ilości pieniędzy. Nie jesteśmy do siebie podobni, oddycham powietrzem o innym składzie, by nie umrzeć z głodu muszę kupować spore ilości drogich u was preparatów. Więc zarobkuję -- rozłożył dłonie.

- Oszukuje pan -- wyszeptał Derek.

- Przykro mi, że pan tak mówi. Jesteśmy nastawieni wybitnie pokojowo. Nic wam z naszej strony nie grozi -- możemy żyć razem na jednej planecie i na pewno nie wejdziemy sobie w drogę. Ale... Niestety, jeszcze jest trochę za wcześnie. Jeszcze nie. Na razie muszę się maskować. Tym bardziej że nie jestem już sam -- i widząc zdziwione spojrzenie Whitakera wyjaśnił: - Udało mi się rozmnożyć.

W zupełnej ciszy ohydnie zabulgotała ślina w gardle Dereka.

- Rozumiem pana. Znam was już wystarczająco dobrze. Niech się pan tym wszystkim nie przejmuje. Naprawdę nie zrobię wam krzywdy. Do niczego nie jesteście mi potrzebni. Wolałbym co prawda, by planeta nie była zamieszkała, ale skoro byliście tu pierwsi -- trudno. Odpowiem jeszcze na trzy pytania, które pana męczą. Pierwsze: jak to jest z tym szczęściem. Dla mnie to dość proste, modeluję, co chcę, wobec czego nie sprawia mi trudności uszczęśliwienie kilu tysięcy ziemian bez krzywdy dla innych. Po drugie dlaczego to wszystko panu powiedziałem. Odpowiedź jest również prosta -- potrzebni mi są inteligentni "naganiacze", tym bardziej, że jeśli nikt po mnie nie przyleci, moje potomstwo będzie również potrzebowało ziemian, którzy będą wyszukiwać niezadowolonych i kierować do nas. Pan mi się od razu spodobał, dlatego też "wymodelowałem" tę rozmowę. Pan ją i tak za chwilę zapomni -- wyjaśnił.

To, co mówił, docierało do Dereka jak przez grubą futrzaną czapkę. Przymknął oczy by lepiej skoncentrować się na słuchaniu.

- I po trzecie -- usłyszał. -- Męczy pana problem liczby moich pomocników. A przecież to nie ma znaczenia, w każdej chwili mogę mieć potrzebną liczbę. I nie martwię się, że dojdzie do sytuacji , kiedy więcej będzie uszczęśliwionych "naganiaczy", niż niezadowolonych czy nieszczęśliwych.

Derek nic już nie słyszał, ale mężczyzna mimo to mówił dalej:

- Tak. Znam was bardzo dobrze. I wiem, że jesteście gatunkiem o nieograniczonej wręcz zdolności do unieszczęśliwiania się nawzajem.