Aktualizacja: 20.06.2017
CHRONICIEL
Zbiór opowiadań "Najważniejszy dzień 111394 roku"
W komputer wpisał Tomasz Kucz "SALMO".

Kliknij aby powiększyć

--        ...a jeśli nam nie wierzysz i zrezygnujesz z perfum "Sellinda"... -- spiker rozciągnął tę nachalnie "uroczą" nazwę bełtając bezwładnym jęzorem w gębie, dodatkowo zrobił jeszcze przerwę, by nazwa nieodwołalnie zapadła w pamięć słuchaczek, i kontynuował:

--        ...nie dziw się, jeżeli pewnego dnia twój mąż zacznie uwielbiać wieczory poza domem. Bądź pewna! Znalazł kogoś, kto wydał mizerne czternaście dolarów i stał się nieodparcie kuszącym. Uwierz mi, dziewczyno! -- wcisnął swój pysk w mikrofon i wycharczał konspiracyjnym szeptem:

--        Tylko dlatego nie polecę na ciebie, że moja żona już od dwóch dni używa "Sel-lin-dy" -- zakończył to wszystko namiętnym jękiem "ch-ch".

--        Sam jesteś "ch-ch" -- Gregory wyciągnął prawą rękę i odnalazł na stoliku puszkę. Wysączył resztkę piwa, wyciągnął ostatnie krople. Stęknął i wywlókł się z fotela, pokój zawirował lekko, mózg jakby zatoczył się w czaszce i nie mogąc znaleźć stabilnej pozycji, ukarał za to falą zimnego bólu.

--        S-s-l-tl... -- Gregory syknął wciągając z chlipnięciem ślinę i trzymając się za mózg, a w każdym razie usiłując utrzymać skonany trzydniową pijatyką organ w delikatnym objęciu dłoni, powlókł się do kuchni.   

Lodówkę otworzył stosunkowo łatwo nogą, ale potem musiał uwolnić przynajmniej jedną z rąk.

-- Wyt-rz... uech...-ymaj jeszcze chwilkę... maluśki... -- wystękał pieszczotliwie ni to do mózgu, ni to do całego siebie.

Przykucnął starając się utrzymać równowagę, ból zmusił go do przymknięcia oczu, ale gdy tylko je otworzył, dojrzał butelkę "Smirnoff Vodka". Prawie pół butelki kryształowo czystego płynu, otulonego cieniusieńką mgiełką szronu.

Wyjął ją już prawie nie zważając na łupanie i świadom bliskiego końca męczarni, zrobił dwa szybkie kroki w kierunku zlewu. Napełnił szklankę do połowy wodą i dolał nieco wódki. Ostrożnie odstawił butelkę, ustawił się frontem do zlewu, lewą ręką mocno złapał brzeg zlewozmywaka i wypił zawartość. Zamknął oczy i po omacku odstawił szklankę. Stał chwilę na drżących nogach kołysząc się lekko, potem szybko pochylił się i ze stęknięciem zwymiotował. Nie otwierając oczu odkręcił kurek z gorącą wodą i na oślep spłukał plwocinę. Potem zimną wodą przemył usta i twarz.

    -- U-oo-ch... F-f-f... -- odetchnął głęboko i otworzył oczy. Mętna bryja spływała powoli z komory zlewu. Starając się nie patrzeć w dół napełnił znowu szklankę do połowy wodą i trzymając butelkę w jednej ręce i szklankę w drugiej podreptał do pokoju. W progu przystanął, dolał jedną czwartą wódki i łyknął ostrożnie. Przeszło.

Przymknął lekko oczy w podzięce niebiosom za tak prosty, skuteczny i tak... poetycki sposób załatwiania kaca, i doszedł do fotela. Już miał usiąść, gdy usłyszał gong od strony drzwi wejściowych. Zamarł, pewien, że nic nie zmusi go do otwarcia, ale już po czwartym natrętnym sygnale wypił połowę mikstury i ruszył do drzwi.

Za progiem stał wysoki, chudy staruch.  Ubrany zwyczajnie, pospolita twarz, jeszcze w miarę czerstwa, ale nie pozostawiająca złudzeń co do wieku.

--        Dzień dobry, mister Hairman -- ukłonił się grzecznie.

--        Pan mnie zna? -- zdziwił się Gregory zdumiony własną sprawną pracą mózgu.

--        Pozwoli pan sobie powiedzieć, że od kilku dni zna pana parę milionów naszych rodaków. Niech pan się nie złości! -- dodał szybko, widząc, że ta popularność nie sprawia przyjemności Gregory'emu. -- Ja pana doskonale rozumiem i zapewniam, że na pana miejscu postąpiłbym identycznie. I nie miałbym najmniejszych wyrzutów sumienia -- uśmiechał się spokojnie.

--        Ale czego pan chce? Ja nie mam czasu, jestem...

--        Panie Hairman, zajmę panu najwyżej pół godziny, nawet mniej. A sprawa jest naprawdę ważna

-- zrobił pół kroczku w przód i Gregory ustąpił.

Dał za wygraną i wszedł pierwszy do pokoju, zatoczył ręką wskazując kilka do wyboru miejsc i usiadł w fotelu. Stary siadł wygodnie na kanapie. Chwilę trwała cisza, a potem gość wychylił się w kierunku Gregory'ego.

--        Można zrobić trochę głośniej? -- wskazał palcem w stronę telewizora, i nie czekając na przyzwolenie wstał i przesunął lekko potencjometr.

--        N-no chyba nie przyszedł pan tu oglądać wiadomości? -- Gregory zebrał całą swą odwagę i zaoponował post factum.

--        Niech pan nie myśli, że jestem bezczelny. Po prostu to nam ułatwi rozmowę. Nie gniewa się pan?

--        uśmiechnął się przymilnie.

Gregory wzruszył ramionami i zerknął na sterczącą bezwstydnie butelkę.

-- Kieliszeczek? -- wskazał ją staruchowi, ukrywając niechęć.

 

-- Nie-e, dziękuję. Nie to zdrowie. Ale niech się pan nie

"Pocałuj mnie w dupę, łaskawco. Znalazł się..." Gregory wlał sobie małą porcyjkę i poszedł do kuchni po kroplę wody. Gdy wrócił, staruch stał obok telewizora z palcem na potencjometrze. Popatrzył na Hairmana i powiedział:

-- Jeszcze momencik.

Cichy głos szemrał w głośniku, dolatywały poszczególne słowa:

-- ...nie spotykanej... woda... brak...

A potem spiker powiedział coś, czego Gregory nie dosłyszał i na co zareagował palec leżący na suwaku.

-- Przypominamy państwu tragedię w Bank International -- ekran wypełniła czarna tablica z wystającymi srebrnymi literami. -- Dwunastego września siedmiu zamaskowanych bandytów opanowało główną salę banku. Zatrzymali dwudziestu siedmiu zakładników i zażądali pięciu milionów dolarów, autokaru na lotnisko i samolotu z załogą. Te zdjęcia już państwo znacie -- przez ekran przebiegały pochylone sylwetki policjantów, kamery zatrzymywały się na chwilę na wylotach przyległych ulic, zablokowanych samochodami pancernymi, by powrócić do okien, za którymi widniały twarze wystraszonych zakładników.

Gregory ścisnął szklankę palcami, aż pisnęła spocona dłoń na szkle.

--        Po dziewięciu godzinach bandyci wypuścili losowo wybranego zakładnika, by szczegółowo przekazał ich żądania. Widzimy go w tej chwili na ekranie! -- zmięta sylwetka wymknęła się z uchylonych drzwi banku i chwiejnym krokiem skierowała się do samochodu pancernego. Kilku policjantów z tarczami podbiegło doń i osłoniło mężczyznę.

--        Mężczyzna przekazał żądania i dodał, że bandyci zagrozili śmiercią pięciu innym przypadkowo wybranych nieszczęśników, jeśli nie wróci 

za godzinę do okupowanej sali. Mężczyzna ten, jak już państwo wiecie, trener koszykówki Gregory Hairman, odmówił powrotu do banku. Powiedział on, że bandyci są zmęczeni sytuacją, podłamani przeciągającymi się pertraktacjami i na pewno nie będą chcieli pogorszyć swej sytuacji. Niestety, pamiętamy, że zarówno on jak i część kierownictwa policji pomylili się. Trójka mężczyzn i dwoje dzieci zostali zastrzeleni przez jednego z bandytów. Siły policji zaatakowały wówczas budynek. Trzej mordercy zostali zastrzeleni, dwaj ranni i zatrzymani. Dwaj, wśród nich morderca zakładników, osłaniając się kilkoma kobietami zdołało uciec. Wczoraj ujęto jednego z nich, a dziś przed godziną został zastrzelony ostatni z napastników, zwyrodnialec i morderca. Oto zdjęcia...

Staruch wyłączył nagle telewizor i wrócił na swoje miejsce na kanapie. Gregory bezskutecznie usiłował przełknąć piekący kamień.

--        Panie Hairman, nie jestem sadystą, wiem, że to dla pana bolesne wspomnienie. Ale naprawdę nie powinien pan mieć do siebie pretensji. Przecież pewne jest, że pana powrót niczego by nie zmienił. Narażał pan tylko swoje życie. A w końcu niby dlaczego? Czy dla pana ktoś z tam obecnych kiwnąłby choć palcem? Na pewno nie!

Gregory odstawił szklankę i wychrypiał:

--        Czego pan do cholery chce ode mnie? Niech się pan wynosi! -- przechylił butelkę i nalał jedną trzecią szklanki. Wypił tę porcję duszkiem.

--        Chcę panu uświadomić, że absolutnie niepotrzebnie się pan zadręcza. Wszyscy, łącznie z tymi, którzy być może pana potępiają, jesteśmy egoistami, cokolwiek byśmy mówili. I to jest normalne. Naprawdę... -- patrzył Gregory'emu prosto w oczy i czy to spojrzenie, czy głos, czy też wreszcie trafiające do przekona-

 

i bo identyczne z tymi, jakich używał sam Hairman, argumenty, w cudowny sposób uspokoiły Gregory'ego.

--        Niech pan przestanie -- oblizał suche wargi. -- chcę jak najszybciej zapomnieć o tej sprawie. Więc niech pan szybko mówi, o co chodzi, i idzie sobie.

--  Już przystępuję do rzeczy. Można zapalić? -- sięgnął do kieszeni i wyjął paczkę papierosów w zielonym opakowaniu. Zapalił jednego nie częstując gospodarza i powiedział:

--        Szukam człowieka, który kocha i wysoko ceni swoje życie.

--        Co? Przecież to absurd! Sam pan przed chwilą powiedział...

--        Owszem. Powiedziałem -- przerwał gość. -- Ale zawsze można trafić na jakiegoś szaleńca. A pan został poddany brutalnej próbie i mam podstawy by wierzyć, że się na panu nie zawiodę -- wypuścił kłąb dymu. --Potrzebny mi jest człowiek, który bardzo kocha życie.

--        Ale o co chodzi? Nic nie rozumiem -- Gregory skrzywił się jakby raziło go światło z okna.

--        To dość długa historia. I dość dawno się zaczęła, przynajmniej dla mnie -- staruch rozejrzał się po pokoju i zgasił papierosa w małym talerzyku stojącym na podłodze. -- Trzydzieści siedem lat temu miałem w moim życiu bardzo przykry wypadek. Przechodziłem przez remontowany most, gdy nastąpiła awaria jednego z rusztowań. Do wody wpadła kobieta i dwójka jej dzieci. Byłem w pobliżu jedynym, kto mógł im pomóc, umiałem pływać i to nieźle, ale zdawałem sobie sprawę, że ta trójka może mnie również wciągnąć pod wodę, i nie skoczyłem. Wszyscy utonęli. Żeby sprawa była do końca jasna powiem panu, że była to moja żona i moich dwu synów. Tak... Dłuższy czas targały mną wątpliwości, pan to zna -- skierował palec w stronę oszołomionego Gregory'ego. -- Rzuciłem pracę i zacząłem pić. Potem zdobyłem trochę narkotyków i byłem już na dobrej drodze... no, do stoczenia się. Ale przyszedł do mnie pewien starszy pan i odmienił moje życie. Nieznajomy przerwał na chwilę i przetarł czoło.

--        Przekazał mi rzecz, którą miałem chronić tak długo, aż znajdę kogoś godnego, by mu ją przekazać. To jest sprawa wyjątkowej wagi -- nagle głos mu stwardniał. -- To jest coś, od czego zależy istnienie świata, i tylko wyjątkowy człowiek może być poddany próbie, może się tym opiekować -- sięgnął do wewnętrznej kieszeni i ku zdumieniu Gregorye'go wyjął z niej dość duży pistolet z tłumikiem.

--        Spokojnie. Nie mam zamiaru go użyć, ale wiem z doświadczenia, że w tej chwili kiełkuje w panu podejrzenie co do moich władz umysłowych. Przeżyłem to samo i kolt w ręku poprzednika uspokoił mnie na tyle, że wysłuchałem go do końca. Rozumie pan? No, to na chwilę zmienimy temat. Co pan wie o powstaniu Ziemi? -- rozsiadł się wygodniej, niedbale oparł pistolet na kolanie, ale Gregory widział, że jest on wycelowany dość dokładnie, by zgasić bardzo, bardzo nie-śmialutką myśl o próbie zawładnięcia bronią.

--        Co ja... Tyle, co każdy... Jakiś płyn kosmiczny... olbrzymi wir i to zgęstniało. I potem...

--        Rzeczywiście, wie pan tyle co każdy. Zaoszczędzę panu wysiłku i powiem, jak to było naprawdę. Otóż bardzo, bardzo dawno temu nasz zakątek Wszechświata odwiedzili potężni, bardzo potężni, aż do granic wyobraźni, przybysze. Zbudowali Układ Słoneczny, a może tylko Ziemię, tego nie wiem na pewno i nie to jest ważne. Wymodelowali rozwój na tej planecie życia i odlecieli. Takie historyjki zapewne pan już słyszał, co?

--        Tak... -- szepnął coraz bardziej wystraszony Hairman.

--        Właśnie. Ale to jest tylko część prawdy, zresztą chyba tylko przypadkowo odkrytej. A reszta jest taka... -- poprawił krawat niczym dygnitarz przed ważnym oświadczeniem. -- Owi przybysze zostawili na ziemi coś, co dzisiaj nazwalibyśmy sterownikiem. W każdym razie od tego właśnie sterownika, a właściwie od jego trwania w nienaruszonym stanie zależy los i istnienie Ziemi. I od dzisiaj pan będzie się tym opiekował. Nazwałem siebie kiedyś Chronicielem Świata, pan może tę nazwę zmienić. To nie jest w końcu ważne -- machnął lekceważąco ręką i zamilkł.

  -- No... Przecież... -- Gregory poczuł nagle,  że

twarz wykrzywia mu uśmiech i przestraszył się, że ten szaleniec wpakuje mu kilka pigułek. Gość pokiwał z pobłażaniem głową i uśmiechnął się.

  -- Panie Hairman -- pochylił głowę i oparł ostry podbródek na węźle krawata. Powiedział: "Panie Hairman" a zabrzmiało to "Głuptasie". -- Już za chwilę będzie pan mógł rozpakować to pudełko -- wskazał lewą ręką stojące tuż obok nogi fotela gospodarza tekturowe pudło -- ... i zrobić z tym, co tylko pan zechce. Naprawdę. Ale dopiero za chwilę, bo chcę panu jeszcze coś powiedzieć i udzielić kilku cennych, moim zdaniem, rad... -- zawiesił głos i niespodziewanie plasnął ręką w kolano. -- Wie pan co? Napiję się też kropelkę. W końcu to dla mnie... i dla pana -- pokiwał głową z przekonaniem -- ... wielki dzień! Nie, nie! Niech się pan nie kłopocze -- wypiję z pana szklanki, tylko ostrożnie, niech pan przypadkiem nie usiłuje wylać mi wódki do oczu. Noszę szkła kontaktowe. Szczerze mówiąc, mam też na sobie kamizelkę kuloodporną. Przy okazji, ten strój to moja pierwsza rada -- wychylił się i przyjął z rąk Gregory'ego szklankę

-- Zastanawiał się pan może przypadkiem nad takimi  symbolami jak kaduceusz? Albo Zeusowe gromy Albo Graal czy arka przymierza? Gregory pokręcił przecząco głową.

--        Nie szkodzi. Ma pan mnóstwo czasu. Ja też ni orientowałem się w tym do czasu. Potem zacząłem s zastanawiać i doszedłem do wniosku, że to nie mógł być nic innego, jak kolejne wersje tego właśnie "sterownika". Może nie wersje a wcielenia. Poprzekręcane oczywiście, ubarwione i tak dalej. Jedno jest pewne, że Chroniciel Świata dysponuje potęgą nieograniczoną. Jednym słowem może pan zniszczyć świat. Ale nie. można tym sterować, niestety. A kusi to, muszę panu powiedzieć, kusi. Cóż... Twórcy nie zostawili instrukcji obsługi. Pozostaje nam tylko jedno -- opiekować się i czekać. Może jeszcze przybędą kiedyś, a może zapomnieli już o nas -- wzniósł oczy ku sufitowi, ale palec na spuście jakby lekko drgnął. Gregory zastygł w bezruchu.    ,

--        Moim zdaniem, choć poprzednik również się do tego skłaniał, ta zabawka zaczyna nawalać -- spojrzał poważnie na Hairmana. -- Chodzi o to, że od zarania ludzkości traktowano ją bardzo nieostrożnie i być może doznała jakichś uszkodzeń. Im bliżej naszych czasów, Chroniciele Świata, coraz to bardziej cywilizowani i uświadomieni, otaczali ją coraz lepszą opieką, a mimo to dużo częściej daje znać o sobie. Bo widzi pan, każdy uraz, każde nieostrożne dotknięcie wywołuje potężne katastrofy. Jestem pewien, że zagłada Pompei na przykład, to sprawka któregoś z naszych odległych poprzedników. Albo Atlantyda, czemu nie? Może potop, wcale bym się nie zdziwił. Tak więc radzę; po pierwsze, po moim wyjściu nie kopać, broń Boże, pudła, rozpakować ostrożnie, chyba, że pan uwierzy mi na słowo, i raczej się głupio nie bawić. To już prawie wszystko. Ma pan jakieś pytania?

Pan sobie kpi? Przecież to bzdura o jakiej świat słyszał! Nie będę się bawił w żadnego Chronieiela Świata! Pan jest szalony. I w ogóle nie wierzę... -- głuche pyknięcie pistoletu Chronieiela Świata radykalnie zamknęło usta Gregory'emu.

  Gość wskazał ręką dziurę w przeciwległej ścianie, Gregory wcisnął złożone dłonie między kolana i mocno ścisnął nogi.

   -- W to już pan uwierzył, prawda? Więc niech będzie jeszcze przynajmniej przez chwilę rozsądny.

 -  To bez sensu... Bzdura! Nie jestem idiotą! - Więc niech pan to udowodni   -- spokojnie przerwał Chroniciel. -- Powtarzam jeszcze raz: NIE MUSI PAN W TO WIERZYĆ! Może pan kopnąć pudełko gdy będę wychodził. Na pewno stanie się coś straszliwego. Ale nie wiadomo gdzie, może trzęsienie ziemi naszym mieście, albo powódź na Filipinach, albo jakiś wulkan spali jedną z japońskich wysp. Może pan zaryzykować. Pana sprawa -- wzruszył ramionami.

--  A pana nie obchodzi, co się stanie? Przecież pan też kocha życie.

Oczywiście. Racja. I tu jest moja ostatnia rada. Ponieważ za kilkadziesiąt lat przekazując sterownik nie będzie pan miał do końca pewności, czy dobrze pan wybrał, radzę tak wybrać moment przekazania, żeby w razie złego wyboru jak najmniej stracić. Ja, na przykład, jestem jednym wielkim nowotworem i mogę pożyć najwyżej jeszcze dwa-trzy tygodnie. Trzeba trochę ryzykować i kalkulować, nie za wcześnie i nie za późno! O!

--        A ni-by dla-czego nie za póź-no? -- wycedził Gregory czując, że wreszcie znalazł haczyk na szaleńca.

--        Oczywiście, można zostawić problem spadkobiercom albo zupełnie nie martwić się o to, co będzie po nas. To jest najsłabszy punkt w tym układzie. Ale przecież nie wybrałem na swojego następcę zupełnego degenerata, wyzutego ze wszystkiego co ludzkie, cynika, któremu obojętny jest los ludzi. Pan się zapijał z żalu i wstydu. Znam to. I takich właśnie następców należy szukać. Ale to już pana sprawa. Uff! -- sapnął i wstał z kanapy. -- Na mnie już czas. Przekonałem pana? -- zapytał tak poważnie, że Gregory poczuł ciarki na plecach, jakby tuż za nim otwarto drzwi ogromnej chłodni.

--  Nie-e... -- stęknął i przełknął kulę asfaltu.

-- Cóż... Więc nie ma pan innego sposobu jak... -- wskazał ręką z pistoletem paczkę i zrobił krok w kierunku drzwi.

Hairman poruszył lekko głową.

--        Może pan już wstać -- gość schował pistolet do kieszeni i poszedł do przodu. Nagle zatrzymał się i odwrócił.

--        Swoją drogą to może być nawet ciekawe -- pogładził palcem nos. -- Ja nie odważyłem się dotknąć sterownika. Obejrzałem go tylko. Fałszerstwo wykluczone. To jest stare jak świat. Dosłownie. Ale mój poprzednik... Mówi coś panu data dwudziesty siódmy sierpnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego trzeciego roku?

Gregory zaprzeczył ruchem głowy.

-- Poprzedni Chroniciel Świata w dniu przekazania sterownika kopnął go. To był sierpień tysiąc osiemset osiemdziesiąt trzy -- pokiwał głową. -- Krakatau. Wyspa i wulkan. Potworny wybuch. Potworny wybuch i fala wysokości dwudziestu metrów. Tsunami!

Gregory zamrugał kilkakrotnie oczami. Gdy otworzył je, staruch stał już w półotwartych drzwiach.

-- Trzydzieści sześć tysięcy ofiar!                      

   I wyszedł.