Aktualizacja: 04.11.2007
"451 Fahrenheita"
Wstępniak do Magazynu Sieciowego Fahrenheit


Sporo lat temu, kiedy jeden z energiczniejszych dziś wydawców fantastyki dopiero zaczynał w branży, debiutował moją powieścią "Piekło dobrej magii". Było z tym sporo zachodu, wydawca miał grosza niewiele, szukał oszczędności. W każdym razie, działo się sporo dookoła tej książki, a niewiele z nią samą. Po iluś telefonicznych monitach otrzymałem wiadomość, że książka do mnie poszła.
To zawsze święto dla autora. Czekam w napięciu. Przychodzi podejrzanie cienka koperta. Rozrywam dygocącymi palcami i widzę...
...dwie obwoluty!
Owszem, do mojej książki, ale przecież to tylko okładki!
Dzwonię, łapię wydawcę, szlocham:
- To są tylko okładki-i-i!.. Gdzie książka? Gdzie środek???
- A po co ci środek - pada spokojna odpowiedź. - Przecież wiesz, co jest w środku. Sam to napisałeś...
Tak sobie z perspektywy czasu myślę (najczęściej myślę z perspektywy czasu, na bieżąco nie mam czasu), że była w tym Jakaś Wielka Prawda. To znaczy dwie: jedna mała - wiedziałem, co jest w środku, i ta większa, ogólniejsza: WSZYSCY WIEDZĄ CO JEST W ŚRODKU, A JEDNAK CZYTAJĄ!
Popatrzcie, idzie cykl. Wszyscy wiedzą, jakie są postaci, znają większość krain, zwierzynę, wody i klimat, bo przecież po ósmej części czwartej odnogi - wiadomo. A kupują. Wszyscy wiedzą, że Tania Grotter wygra ze Złem, a czytają. Po co?
Czy chodzi tylko o to, że ludzie obawiają się Nowego-i-Nieznanego i wolą Stare-I-Dobre? Po co ryzykować nowy szlak, skoro ten jest sprawdzony? Ale gdyby tak było, cywilizacja stałaby w miejscu, a ludzie nadal wlekliby za sobą żerdzie z ułożonym na nim dobytkiem zamiast skorzystać z nowego i wrogiego przez to koła.
No to co jest z nami nie tak, że lubimy czytać w kółko to samo?
Te same słowa używane przez Kinga, Asimova, Zimniaka, Haszka... Tylko ich układ jest inny. Czy to już jest powód, by część skąpo przydzielonego czasu oddawać na przeżuwanie po raz set tysięczny tych samych słów, byle w różnej konfiguracji? Co ciekawego w czytaniu?
Jeszcze pal diabli fantastykę, w założeniu - co książka, to nowy świat, nowe istoty, nowe filozofie i nowe wojny. Ale pięćsetna powieść Barbary Cartland? Co jest w niej ożywczego? Miłego?
Nie ma nic. Nie przekonujcie mnie. Ale to nie zmienia faktu, że są czytane. I to - co najdziwniejsze - hurtem, która z pań przeczytała jedną - chwyta za drugą. I setną.
To by potwierdzało moją /?/ tezę, że najlepsze jest to, co znane.
Mam przyjaciela, który je barszcz tylko cioci Ziny. "Uwielbiam barszcz - powiedział mi kiedyś. - To co ja będę ryzykował, że zjem jakiś niedobry i przestanę go kochać, skoro wiem, że ciocia Zina robi taki najlepszy!.."
Dla niego barszcz umrze wraz z ciocią.
Na szczęście, wraz z odejściem Kinga nie umrą jego książki.
Ale to nie jest odpowiedź na pytanie: "Dlaczego lubimy czytać?"
Kto zna odpowiedź - ręka do góry. Reszta proszę wyjąć kartki, piszemy dyktando.
Koniec