Aktualizacja: 04.11.2007
Joe Haldeman "Wieczny pokój"
Recenzja w : Portal

Tempo wydawania spadło. Oczywiście - wydawcy przyczaili się na koniec roku, dodatkowo - koniec wieku, bonus - koniec tysiąclecia. Zawsze na Święta trochę więcej rzucało się na rynek. Nawet nie chodzi chyba o prezenty, chyba tylko o ludzi, co się zaczynają obficie po sklepach szwendać, a i kupować, bo głupio się szlajać z pustymi rękami.

Kilka książek tym nie mnie wpadło mi w ręce. I nie było źle. Ale po kolei.

Joe Haldeman "Wieczny pokój", przekł. Zbigniew Królicki, Zysk i S-ka, 25 zł.

Poczciwa stara dobra SF, ale i nic - niestety - więcej. Mamy tu świat podzielony na kilka zwalczających się obozów, a wygodni - jak zwykle - Amerykanie walczą nie osobiście, tylko za pośrednictwem żołnierzyków - zdalnie sterowanych przez odpowiednich operatorów robotów bojowych. Wojna przez to nie staje się bynajmniej miła i łatwa, trup fizyczny i mentalny ściele się dość gęsto, ponieważ fanatycy (a to z nimi się walczy) są trudni do wytępienia i jest ich multum. Motywacja wybuchu tej wojny zawodzi na całej linii: "Napadli na nas, bo jesteśmy bogaci" - skarżą się Amerykanie. No i dobrze! Trzeba się było wcześniej dzielić, nie mieliby takich problemów. Oczywiście, co sugeruje tytuł, udaje się znaleźć sposób na wieczny pokój, nie mylić z wieczystym odpoczywaniem. Też jest to mdłe i wiszące na włosku. Zakłada pozytywną naturę sporej grupy ludzi, wojskowych i polityków, a przecież wiemy, że z tej strony nie należy spodziewać się niczego w jakikolwiek sposób specjalnie dobrego.

B. Strugacki "Poszukiwanie przeznaczenia albo 27 twierdzenie etyki", przekł. Inessa Kim, Amber 2000

Osamotniony Borys Strugacki pisze powieść. Odnajdujemy w niej coś z "Miliarda lat przez kopcem świata". Tam Wszechświat sterował ludźmi, albo chciał sterować, tu Los steruje poczynaniami Stanisława. Właściwie - nie tyle steruje, co chroni go, przeznaczywszy do jakichś swoich celów. Każdy kto dokonuje jakiegokolwiek zamachu na bohatera osiąga tylko tyle, że rozsadza mu mózg; zdarzają się takie eksplozje tym, co zagrażają mu fizycznie, oraz tym, co na przykład chcą by się wyniósł z Petersburga. Nawet bliźniaczki w łonie matki, jego żony, eksplodują, ponieważ po ich urodzeniu cała rodzina miał się wynieść, bodajże do Tuły.

Gratka dla miłośników pewnych smaczków z ZSRR i Rosji, trochę dowcipów, na przykład bajka z serii "Stuk-stuk. Kto tam?" ("Stuk-stuk. - Kto tam? - KGB. - Czego chcecie? - Porozmawiać. - A ilu was tam jest? - Dwóch. No to porozmawiajcie sobie"). Stanisław, posiadacz nieuświadamianej najpierw, a potem już zweryfikowanej i potwierdzonej Mocy, pędzi dość trudny żywot, unikając co i rusz śmierci. To czuwa owa Moc. Ale czego chce w zamian?

J. Carroll "Drewniane morze", REBIS.

Powieść chwytająca za serce na początku, odpuszczająca potem. Nie pamiętam o czym traktują poprzednie części cyklu, co znaczy, że były słabsze od "Krainy Cichów". Kilka znakomitych scen, ale wszystkie niemal lokują się we wspomnianej świetnej części pierwszej, w drugiej - kapitalna scena z bitelsami. I potem już kiepsko, aż do końca. Moim, oczywiście, zdaniem. Raczej nie kupować, ale wypożyczyć, a potem - albo dokupić do Carrollowskiej kolekcji, albo dać sobie spokój.

Octavia E. Butler "Przypowieść o siewcy", Prószyński i S-ka, przeł. Jacek Chełminiak

Mamy taki oto świat: sąsiedztwa-oazy z normalnymi niby ludźmi i świat poza murami, z hołotą, narkomanami i przestępczością na sto fajerek. Tu bieda i łagodność, tam - podobno - bogactwo i okrucieństwo.

Nie wiadomo skąd się wziął taki podział. Nie wiadomo skąd ci za murami miewają wirtualne hełmy, skoro ci w "sąsiedztwach" żyją tylko dzięki ogrodnictwu i sadownictwu. Nie wiadomo dlaczego ludzie z sąsiedztwa jeżdżą na jakieś uczelnie poza mury, skoro tam taka hołota i syf. A do tego hyperempatyczna bohaterka-narratorka (nie wiadomo za bardzo po co wyposażono postać w tę cechę, bo jej specjalnie ani nie pomaga, ani nie przeszkadza, chyba że wyjaśni się w kolejnych częściach cyklu, o ile to cykl), wyprawy w kosmos, narkotyk uzależniający od ognia...

Gdyby pominąć wszelkie niezręczności i sprzeczności fabularne to reszta jest całkiem-całkiem. Ja przeczytałem rzecz całą, a to już coś. Ale i tak nie bardzo wiem po co się odbyła wędrówka gromadki niepogodzonych i niegodzących się, nie bardzo wiem dlaczego wybrali się w tym kierunku, a nie w innym, dlaczego usiłowali utworzyć nową religię, skoro do starej nie mieli specjalnych pretensji... Ale się czyta. Do rozważenia.

No i perełka na koniec. Roku. Wieku. Millenium.

George R.R. Martin "Starcie królów", Zysk i S-ka, przekł. Michał Jakuszewski, stron 917! Cena (sic!) tylko 45 zł.!

Zawsze z pewnym lękiem biorę do ręki utwory, których autor jakoś szczególnie dobrze zapisał się w mojej pamięci. Po genialnych "Piasecznikach" (pierwsza dziesiątka opowiadań tego, XX wieku, IMO) nie miałem jakiegoś szczególnego kontaktu z Martinem. Jakoś nawet umknęła mojej uwadze pierwsza część cyklu "Pieśń Lodu i Ognia" - "Gra o tron", może - sam już tego nieświadom - gdy słyszę "część", "cykl", "saga" reaguję negowaniem? Muszę się przypilnować.

W każdym razie obiecałem sobie, że wrócę do "Gry o tron", bo nie może być gorsza od "Starcia królów". A co mamy w drugim... Barwny i plastyczny świat, ale bez na siłę ubarwianych szczegółów, bez pstrokacizny, na siłę wpychanych do fabuły lodowych połaci i pustynnych otchłani (choć krajobrazów jest co niemiara). Nie ma nawet przesadnie dużo tego, co w fantasy być winno - magii, czarów, dziwów, rzeczy nierealnych i niematerialnych. Ale jest, tyle i trzeba.

Poza tym są dziesiątki, jeśli nie setki postaci ( na końcu opasłego tomu, co odkryłem bardzo późno, bo nie mam zwyczaju zaglądać na zakończenia, znajdują się dwie mapki, of course, i czterdzieści stron składu osobowego dworów wszystkich chętnych do korony). Przyznam, że gdzieś na sto pięćdziesiątej stronie miałem chwilę załamania i już miałem odłożyć księgę, bo nie pamiętałem kto jest jakim królem, kto jest dobry, a kto szubrawiec, i kto komu zrobił dobrze w łóżku i czym. Ale się przemogłem, wytrzymałem jeszcze chwil kilka i - HURRA - chwyciłem. Wszystko się poukładało i powyjaśniało.

Co do gabuły, to jakby nie imponuje szczególnym wyrafinowaniem - jest tron, to i król na nim musi być. Bieda w tym, że chętnych do tronu jest wielu, a on jeden. Więc się dzieje dużo i soczyście.

Więcej nie zdradzam.

Kupić. Potem - zapewne - dokupić pierwszy tom. I modlić się o trzeci.