Aktualizacja: 04.11.2007
"Fandom, jaki jest każdy (prawie) wie"
Portal

Jednym z bardziej zastanawiających fenomenów w polskim fandomie jest fakt samego jego istnienia. Po wspólnym (ramię przy ramieniu w kolejce do księgarni) przedarciu się do obecnych obszarów obfitości i sytości, fandom jako taki powinien był się rozsypać, jak rozsypało wiele rzeczy z fantastyką i fandomem związanych, jak i tych, zupełnie z boku leżących. Jak na przykład zinstytucjonalizowane PSMF (Polskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki), które powstało, podziałało i z lekkim hukiem się zawaliło; coś tam nawet powstało na ruinach, ale - historia wykazała - nie partia była potrzebna, a jakieś takie nieformalne zrzeszenie.

Fandom.

Sądząc po "schodzących" gładko albo i chropawo, ale jednak, nakładach - jest to rzesza kilkudziesięciu wiernych i napalonych tysięcy ludzi; dowodzi tego niezaprzeczalnie stabilne istnienie "Nowej Fantastyki", "Fenixa" i "Magii i Miecza". Napisałem "stabilne istnienie", bo jeszcze nie tak dawno był "Voyager" i przestał się ukazywać (nie z powodu braku czytelników, a trudności kolportażowych), przez pół roku istniał "Złoty Smok" i też nie z powodu niechęci środowiska zniknął z wykazu periodyków.

Jest więc tych ludzi trochę. Przypatrując się im z kilku stron odnoszę wrażenie, że to elita albo przynajmniej trochę lepsza część narodu. Wystarczy uświadomić sobie, że w skatalogowanym już 1995 roku, fandomowi przypisuje się 0.000 000 000 000 000 000 000 000 037% przestępstw w naszym kraju: Nawet jeśli dodamy do tego fakt przywiezienia przeze mnie z Nordconu cudzego długopisu, nawet jeśli przypomnimy sobie, że jeden z krajowych tuzów SF oskarżony został o wyniesienie i przewiezienie przez całą Polskę do własnego domu połowy stołu do ping-ponga, to i tak trzeba by z dumą sparafazować: nigdy jeszcze tak wielu tak niewiele złego uczyniło tak wielu. Ale nie podniecajmy się przesadnie - przestępstwo jest naganne, uczciwość zaś tylko cnotą jest, a cnoty każdy się pozbywa jak tylko dorośnie.

Wracam do fandomu, który jest zbiorowiskiem w jakiś tam sposób majętnym, skoro utrzymuje kilka wydawnictw książkowych i periodyków, a do tego: tłumaczy, producentów farb, introligatorów, a nawet programistów i sprzętowców. Może nie tyle majętna to grupa, co gotowa od ust sobie odjąć byle kupić. Jest to środowisko obszerne osobowo, o potencjale umysłowym nie wspominając. Zauważył to i docenił Prezydent Fandomu i z przyjemnością stanął na czele - jak chwilę wcześniej wspomniałem - dużej, czynnej zawodowo i intelektualnie, części społeczeństwa. Na dodatek jest to grupa monolityczna raczej, o czym tylko marzyć może kilku przywódców partyjnych. Nie zdarzają się tu przejścia do innych frakcji, bardziej - na przykład - za SF optujących albo za fantasy. Słowem jest to elektorat-marzenie i nie dziwię się Krzysiow... Sorry, mister President! Nie dziwię się Prezydentowi Papierkowskiemu, że zechciał stanąć na czele, wraz z całym swym światłym przewodem. Dziwię się natomiast RAZ-owi, rozdartemu, jak sądzę, trochę między polityką i fantastyką, że nie wyczuł koniunktury i nie zagarnął władzy. A nawet nie próbował.

Błąd.

Chyba.

Fandom, to, powtarzam, kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy głosów. Nie chce mi się, a może i nie potrafię obliczyć jak w liczbach bezwzględnych wyrażają się dane liczbowe z Ostatnich Ważnych Wyborów i jak kształtują się prognostyki na Przyszłe Ważne. Gdyby więc komuś przyszedł do głowy pomysł (skoro to czytacie, to widzicie, że mnie przyszedł) przekonać Andrzeja Sapkowskiego, by zakandydował, to moglibyśmy z Andrzejem (ja jako rzecznik, za pomysł) liczyć na głosy tych kilkudziesięciu tysięcy Zajadłych Czytelników, plus ileś tam przekonanych przez Czytelników, i jeszcze iluś tych, co nie chcą ani czerwonych, ani czarnych, ani prawych, ani lewych i tym bardziej tych ze środka.

Fandom to grupa zwarta, a wsobnie jednak niejednorodna. Bo - zobaczcie - duża impreza fandomowa, dużo ludzi, a jednak nie jest to jednorodna mieszanka, a coś jak woda z oliwą. Wyraźne podziały. Stary Fandom i RPG. Starofandomni nie wchodzą nawet do sal, gdzie odbywają się fabularyzowane mocowania, co gorzej wychowani licytują się w czyim dowcipie wystąpi kostka z większą ilością ścian. Rolpleje z kolei prychają nosem jeśli przez przypadek wejdą do sali, gdzie zmurszałki słuchają po raz enty jak wymądrza się AS, RAZ, M.O., A.Z., M.P., F.W.K czy ED (ED to ja) i kręcąc z politowaniem głowami wycofują się, żeby sprawdzić czy na figurkach wyschła już farba ( ale im dosoliłem, co!?). Tak na czuja wiem dlaczego Lech Olczak nie gra w RPG, ani Maciek Parowski, ani Marek Oramus, ani ja, ani nawet młodziak Jacek Inglot. Ja nie grywam od lat nawet w brydża, bo za dużo pochłania czasu, a ja mogę sobie pozwolić na jedno hobby, na dwa mnie nie starczy. Dlatego nawet nie próbuję, widząc jak to czasochłonne, wgryźć się w RPG. Rolpleje zaś to to pokolenie, któremu od najmłodszych lat dano do wyboru kilka zabawek z telewizją i video na czele, o komputerach nie wspominając. Chyba nie rozumieją tak silnej fascynacji książką Starofandomnych, którzy owego wyboru nie mieli; w hierarchii środków przekazu książka zajmuje, owszem, jakieś tam miejsce, ale na pewno nie takie, jakie wcześniej, nie znając innych przekaźników fabularnego świata, książce przypisano. Książka to książka - mówi młodzież wzruszając lekko ramionami - jeden z elementów świata, a nie - jak nam się wydawało i wydaje - niemal cały świat, a przynajmniej niemal cała rozrywka. Trudno to zaakceptować, ale chyba przyjdzie, bo co?

Szkoda by było, gdyby największy hobbystyczny ruch, największa nie polityką a zainteresowaniami powiązana grupa Polaków rozpadła się tylko dlatego, że jedni aktywniej od drugich przeżywają fabuły, a ci drudzy robili to już kilka tysięcy razy, a nie dopiero kilkanaście.

Szkoda by było, ale - na szczęście - nie zauważam żadnych oznak słabnięcia fandomu, działalności rozbijackiej i innej niestosownej. Fandom był, jest i będzie.

Howgh.