Aktualizacja: 04.11.2007
"Felieton dla markotnych autorów"
Fenix 3 (82) 1999

Kliknij aby powiększyć

Podsunięty do przeczytania tom nagrodzonych Nebulą '93 opowiadań przeczytałem sumiennie. Nie zażyłem wstrząsu, nie skwitowałem jednocześnie popukiwaniem się w głowę. Fajne. Dobre. Do strawienia. W każdym razie lepsze od przeciętnej oferty pism i wydawnictw.

Ujęła mnie natomiast otoczka, jaką do puli nagrodzonych dorabiają sami autorzy (nienagrodzeni w tej edycji) - pochwalą laureata, przypomną mu zasługi, wyniosą na piedestały. Do tego dochodzą trzy, chyba, mowy grobowe, tu już balsam leje się na nieżyjącego autora tak obfitą strugą, że można by w niej mumifikować denata. W innym zaś miejscu, inny autor trochę kwęka na konwenty i autorów na nich przebywających - coś (nie mam odwagi cytować z pamięci) o zadzieraniu nosa, o wodzie sodowej, lekceważeniu czytelnika i takie tam.

Spowodowało to, że, odłożywszy wolumin, zacząłem zastanawiać się nad nie tekstami, a tymi towarzyszącymi okolicami. Po pierwsze, zdziwiło mnie, że w Ameryce, kraju, w którym szanuje się źródła utrzymania, występują autorzy, którzy do owych źródeł, za przeproszeniem, plwają. No, ale nie znam Ameryki dobrze, z pierwszej ręki, może tam autor, który ma na koncie cokolwiek, jest już tak ustawiony, że nie musi się przejmować tym, że zelżył tysiąc konwentowiczów, bo to tylko promilstwo z całego nakładu? U nas pisarze kiedyś nie obrażali Czytelników, bo znajdowali się na takim Parnasie i takim Olimpie (nie finansowym!), że nie chciało im się celować w te mróweczki, krzątające się u podnóży. To już się zmienia. Jesteśmy elastyczni i progresywni. Choć - szkoda - że nadal nie dotyczy to finansów.

Po drugie, miło zabrzmiały owe echa pośmiertne. Już raz głośno zastanawialiśmy się z Markiem Hubberathem, kto i co napisze w naszych nekrologach. Jednomyślnie uznaliśmy, że wtedy wybaczy się nam wiele, ale chciałoby się zobaczyć - co? Zgodziliśmy się, że uznają dokonania za wielkie, ale - które? Nie mieliśmy wątpliwości, że objawi się grono przyjaciół, chciałoby się zobaczyć, kto w nim będzie... Reasumując - powstała potrzeba przeczytania własnego nekrologu, co jednak może być spełnione pod jednym warunkiem: że ktoś go napisze już teraz! W świecie (zauważcie, że nie piszę: "W normalnym świecie...", uważam, że jesteśmy normalni. Przynajmniej ja i jeszcze kilka osób), redakcje ambitnych gazet mają przygotowane nekrologi osób wybitnych, którym Kostucha już zadrapała drzwi czubkiem kosy. Czekają tylko na finisz, dopisują datę i - fiu! Do drukarni! My, polscy autorzy, którzy dla większości mediów papierowych i innych nie istniejemy, nie możemy na taki serwis liczyć, a miesięczniki mają swoje cykle i nie ma sensu gromadzić tam teczek z mowami żałobnymi. Zresztą, w dobie komputerów, powiedzmy to sobie szczerze, wystarczy mieć w redakcyjnym kompie jedną mowę: podświetlamy jej tekst, wciskamy CTRL + C, przenosimy do pliku z odpowiednim nazwiskiem, wciskamy CTRL + V, czyścimy tekst i fertig! Potem, rzecz jasna, należy napisać inną mowę, która poczeka na kolejnego, który przeniósł się za Morze do Gandalfa.

Wygląda to prosto, ale nie wiem, czy bym chciał być tak obsłużony. Dlatego wpadłem na pewien pomysł, z którego, zresztą, po innej chwili wypadłem na korzyść innego, ale po kolei.

Może autorzy i Pisarze powinni sobie wzajemnie napisać nekrologi?! Genialne, wydawało mi się. Wszak w ten sposób znikną wszystkie animozje, zazdrości i zawiści. Każdy piszący wejrzy w siebie i obiekt mowy, wyczyści złogi i wyszuka coś, co będzie można denatowi dobrego przypisać, jednocześnie tak chytrze, by ów nie przeskoczył żyjącego. Jeśli zmarły napisał więcej, można pominąć ilość i napisać, że miał wspaniałe DWIE książki, jeśli pisał mało a dobrze - pożałować, że nie napisał WIĘCEJ!

I tak dalej.

Chwilę potem, jak nadmieniłem wyżej, odechciało mi się takiej procedury. Ale za to, natchniony lekturą, wpadłem na inny pomysł.

Od kilku tygodni w kołach fandomowych trwa lekkie wrzenie wywołane tekstem "Złoty cielec" opublikowanym w "NF". Spłycając dyskusję i wyprowadzając wnioski, o które nikomu z dyskutujących nie chodziło, powiadam: Za mało jest u nas nagród! Pobuszowawszy ostrożnie po Internecie rosyjskim stwierdzam, że mają tam około tuzina znaczących, niekwestionowanych co do ich ważkości nagród. I kilkanaście pomniejszych, lokalnych, klubowych, incydentalnych.

Ktoś, kto uważnie mnie dotychczas czytał wyprowadzi słuszny wniosek - optuję za wynalezieniem u nas polskiej Nebuli! Teraz Polska!

Istnieje szereg trudności, dwa szeregi wątpliwości, i trochę zalet tego pomysłu, może i nieświeżego, ale jakoś nikt głośno o tym nie gadał, więc ja!

Owszem, nie istnieje w Polsce żaden związek autorów SF i F. A co to za problem? Będzie Polcon, można zawiązać, nie musi być rejestrowany i rozdawać legitymacji związkowych. Proszę, niech się zawiąże Nieformalne Stowarzyszenie Polskich Pisarzy Fantastycznych. Może lepiej bez "nieformalne", SPPF ma lepszy skrót niż NSPPF. Na początek dwadzieścia-trzydzieści osób. Niech będą to ludzie z drukowanym dorobkiem, książkowym, gazetowym...

Owszem, nie ma pieniędzy. A co to za problem? Jeśli chcesz, autorze, należeć na SPPF, elitarnej (chociażby dlatego, że nie sformalizowanej) formacji i ferować wyroki na kolegów - wpłacasz 10 PLN rocznie i sobie głosuj. Po roku powinno być takich 50-70, to i kasa na nagrody będzie wyższa. Można również wykonać wariant trudniejszy, bo wymagający trochę zachodu, ale wyglądający bardziej elegancko. Mianowicie może znajdzie się w gronie lub okolicach ktoś aktywniejszy od reszty i zajmie się wyszukiwaniem wśród Wydawców sponsorów nagrody, nie powinno byś specjalnie dużo zachodu, wszak to brzmi!

I co dalej... Oto członkowie gildii owej, czy SPPF, mają obowiązek:

Oczywiście, bon ton wymaga, by nie głosować na swoje twory. Głosujący (a może i każdy kto zechce?) mają wgląd do formularzy głosowania.

No i rzecz najważniejsza - po co to komu?

Trochę po to, by Jacek Inglot nie zadręczał siebie i nie zanudzał Was, Czytelnicy, kwękaniem o fatalnym stanie polskiej wydawanej fantastyki. Nagroda, jaką by nie była, działa na Wydawcę i na Księgarza, i na Kupującego. Co innego potrzymać w ręku książkę Dymka Bereźnego, a co innego - książkę nagrodzoną przez Stowarzyszenie Polskich Pisarzy Fantastycznych! Może najdzie ochota kupić? A wcześniej - wydać, sprowadzić, wystawić?!

Trochę po to, by mieć jeszcze jeden wskaźnik tego, co się dzieje w polskiej fantastyce. Chociażby po to, by zobaczyć co się dzieje w światku Autorów. By wprowadzić trochę fermentu, by rozległ się jakiś szum, szumek, by książka czy opowiadanie miało jakieś takie... entré. Może ktoś powiedzieć, że nagrodzone będą rzeczy już wydane, więc śmietana po obiedzie, ale nagrodzony autor owo entré wykorzysta przy następnej wizycie w redakcji czy wydawnictwie.

Trochę po to, by Autorów zdopingować do ścigania się.

Trochę po to, by po "Śląkfie"" i "Zajdlu" nie markotniały miny tych, którzy uważali, że nagroda należy im się jak psu kiełbasa, i by mieli jeszcze na co czekać.

W tej liczbie i ja.

Reasumując, jeśli pomysł nie wydaje się Wam, Autorzy i Czytelnicy, tylko wytworem niedopieszczonej wyobraźni - poczekajmy do Polconu. Może na nim SPPF zawiąże się i w 2000 roku (niezła data na rozruch!), podczas Krakonu czy innego równie atrakcyjnie kalendarzowo ulokowanego Conu, rozda się... co?

Nazwa?

Nazwa!

W kategoriach powieść i opowiadanie.

I wyjątkowo jedną dla mnie, w kategorii Zasłużony Pomysł.

Może, zresztą, wszystkie trzy?