Aktualizacja: 04.11.2007
"Twoja mała wyspa skarbów"
Fenix 4 (73) 1998

Kliknij aby powiększyć

Na moim szczelnie zabudowanym biurku, zabudowanym tak szczelnie, że każda wizyta osoby nieupoważnionej grozi katastrofą (co osób nieupoważnionych wcale nie przeraża tak, jak mnie) co jakiś czas ląduje kot. Szelka jest najmniej groźna z Grona Nieupoważnionych, Szelka wskakuje na biurko nie widząc, co się na nim dzieje, mimo to ląduje między termosem, filiżanką, okularami i nigdy niczego nie strąca. Natomiast ja sam, chcąc ją lepiej umiejscowić na stanowisku pracy (właśnie znowu wskoczyła!) strąciłem szklankę i musiałem pozbierać odłamki.

Krew. Musiało się tak skończyć.

Cóż, jest apteczka. A w niej?!...

To... nie wiem, na co. To... przeterminowane, to - nie pamiętam, krzyże? Ta... chyba... nie... I jeszcze to enigmatyczne, i owo nieznane, tamto wyschnięte...

Skończyło się na generalny sprzątaniu pudła. W efekcie nad wypełnionym aromatyczną i szeleszczącą treścią kubłem została Szelka wpatrując się weń i przymierzając do penetracji, ja zdumiałem się skąpością aktualnego zaopatrzenia w leki... Wróciłem do biurka.

Zanim strąciłem z ekranu kolejny zainstalowany przez dziecko wygaszacz poczułem, że atakuje mnie od tyłu czy od góry jakaś myśl, ale za młoda jeszcze, dopiero wykluta, nie może się przepchnąć do jednostki centralnej, pęta się gdzieś po peryferiach, niczym pasażer w zatłoczonym autobusie, co to się chce dopchać do kierowcy i kupić u niego bilet. Staram się swojej myśli zrobić trochę miejsca i szukam na gwałt biletu, żeby nie odprawić jej z tradycyjnym kwitkiem: Sprzedaję, ale tylko w dni wolne od pracy.

Jest! Już wiem, o co chodzi.

Odsuwam się od biurka i odwracam razem z krzesłem. Chodzi o moją domową, niegdyś z drżeniem serca kompletowaną, przepatrywaną, przekładaną biblioteczkę. Każdy jakąś ma. Miłośnicy fantastyki są pod tym względem przez los skopani niemiłosiernie; to, co kiedyś było wystawane w wielogodzinych kolejkach czy kupowane po piętnastokrotnych przebitkach - leży w księgarniach i czeka, na klienta lub przecenę. Ja, budując od podstaw regał, który w efekcie służy również jako ostemplowanie całej kondygnacji, przewidywałem nieśmiało całe serie na odpowiednich półkach i tak je budowałem: seria z glistą, Iskry, Czytelnik... A oni mi robili wbrew i padali, zmieniali formaty albo przestawali wydawać fantastykę. Pal diabli, dopasowało się inne!

Przyglądam się więc swojemu amatorskiemu księgozbiorowi i tak sobie myślę: może postąpić jak z apteczką? Bo, w końcu, tę rezcz czytałem kilkadziesiąt razy, nie wiem, czy jeszcze wrócę z braku czasu chociażby; to mi się nigdy nie podobało specjalnie, to... Ha! Znalazłem w antykwariacie... Łezka... Ale przecież nie o to szło. Wpatruję się w grzbiety i uświadamiam sobie, że spora część tego zasobu została już powtórzona i to czasem wiele razy. Proszę - Lem, chyba cały i to w kilku firmach. Dick, nie tak dawno jeszcze samotny z "Ubikiem" zatratowanym do imentu, teraz - proszę! Strugaccy! "Człowiek w labiryncie" - jak pamiętam poszedł kiedyś na aukcji za dwadzieścia sześć cen nominalnych! Niedawno - w przecenie. Aldiss, Harrison, Zelazny, Norton i tak dalej, i tak dalej...

Dopiero teraz myśl dotarła do centrum - nie wszystkie one - książki - były wznawiane i nie wszystkie będą, i na nich skupiam uwagę. Wygodnie rozsiadły penetruję wzrokiem półki, namierzam te biedactwa i poddaję analizie. No, jest ich jeszcze sporo, a przecież dużą część usuwałem na bieżąco, jednak został ich legion, chyba znacznie większa gromada niż tych fartownych tytułów, co się doczekały kolejnych wydań.

Co tu jest... No tak, są "młodzieżówki" i starocie, naiwne, niebezpiecznie albo i karykaturalnie chybione w swoich naukowych i technologicznych przewidywaniach - "Sobowtóry profesora Rawy" (dlaczego mam dwa?!, musiałem komuś zwinąć), furmanka Verne'a, trochę indoktrynacji radzieckiej. Kilkanaście tomów "Mira prikluczenij", zwiędłych i szarych. Oczywiście, Verne doczeka się, jeśli już nie doczekał wydania dzieł wszystkich, ale nie poszedł na pierwszy ogień, gdy nowi wydawcy ruszali do boju o nasze portmonetki. To zrozumiałe - każdy planujący uruchomienie wydawnictwa, szczególnie wtedy, gdy był to jeszcze biznes młody, przede wszytkim zamierzał i wydawał to, co sam ukochał, co ukochała rodzina czy znajomi-redaktorzy, musiało działać przekonanie - skoro Le Guin szła w każdej ilości to pójdzie i teraz. I szła.

Następna grupa, która rzuciła mi się w oczy, w moim przypadku stosunkowo liczna - fantastyka radziecka. Hej, słaba ci ona teraz, słaba... Te wszystkie przygody śmiałych radzieckich kosmonautów (nie mylić z astronautami!), którzy po wykonaniu swojego sowieckiego zadania musiali jeszcze odłożyć swoje zasłużone urlopy, by ratować amerykańskich astronautów (nie mylić z kosmonautami!), w gruncie rzeczy fajnych chłopaków, tylko żyjących w jakimś dzikim kraju o nieludzkich stosunkach społecznych; te pustynie nawadniane, zawracane rzeki, podgrzewane morza, tunele i miasta pod wodą, na niej i na orbicie... To są książki, gdzie w przypisach można znaleźć: D i u n y - wydmy piaszczyste albo wręcz: 1. (ang.) - tak. ("Biały róg" J. Jefriemow). Z innej mogę zacytować: "Chcecie zadzwonić? - krzyknęła za nim. - W samochodzie jest telefon. - Ależ to wygoda! - zdziwił się milicjant zawracając" ("Nowa planeta" Wiktor Saparin). Trudno tęsknić za tą literaturą, trudno domagać się wznowień. Chyba zanikną w pomroce dziejów, pomroczności ciemności...

Blisko nich zgrupowałem te rzeczy, które napisane są w niechodliwych stylach, manierach, reprezentujące zamierzchłe trendy. Tak się dziś nie pisze, tego się nie czyta. Można o tym pogaworzyć z dziećmi, jeśli uda się któreś przyłapać i zamknąć w pokoju albo usadzić przypomnieniem ostatniej wywiadówki. Ramoty. Nieszkodliwe, ale spróchniałe.

Mam też - chyba każdy ma - trochę gniotów, których nie wyda się dlatego, że upadł mecenat partyjny a upada państwowy. Nas w PRL mniej to, na szczęście, dotyczyło, w fantastyce zwłaszcza, która nie za bardzo była wspomagana, ale kto był na Polconie albo czytał wywiad z Bułyczowem może pamiętać przykład już niemal abstrakcyjny, trącący teatrem absurdu - "Daleka tęcza" Pawłowa bodajże, wydana w 4, 5 ml egzemplarzy (powtarzam: cztery i pół miliona egzemplarzy), bo tak uznało KC! Nie wyda się już ich, i dobrze. Ale nie wyrzucam, właśnie dlatego. Poza tym, mam jedną ścianę przemakającą, tymi książkami w pancernych okładkach odgradzam właściwy księgozbiór od betonu.

O wiele liczniejsza jest półka z fantastyką demoludów, która sama w sobie szkodliwa ani głupia nie jest (może trochę przesadziłem, vide: "Niemoc", antologia fantastyki NRD), szczególnie szeroko reprezentowana przez ZSRR. Z tego, co widzę w księgarniach, a jestem jakoś tam zorientowany i zainteresowany, to straciliśmy z Rorsjanami kontakt kilkanaście lat temu i od tej pory poza Strugackimi nic się nie wydaje, a tym bardziej nie wznawia (Borys Strugacki mówił mi o tym z pewnym smutkiem, choć zastrzegał, że Polaków rozumie i żalu nie ma, podobnie Kir Bułyczow - "Co ja mogę, powiedzieć: "Przepraszam"?). Wieszczę jednak i prorokuję powrót na nasz rynek przynajmniej Bułyczowa, którego pamięta się, szanuje i który - mimo braku wznowień - dochował się u nas nowego pokolenia swoich wielbicieli, co niezbicie udowodniło spotkanie z nim w Katowicach i długa kolejka młodych ludzi, którzy przynieśli książki kupowane jeszcze przez swoich rodziców.

No i jest jeszcze bardzo liczna grupa autorów, którym krzywdę wyrządziły same czasy, w których żyjemy. Zaledwie kilkanaście lat temu, przy tej podaży, jaka istniała, większość z nich miała spore szanse na powtórzenie sukcesu, jakim było wydanie książki. Wszystko zmierzało w tym kierunku - uznany już raz autor miał spore szanse na drugie i kolejne wydania, wszak oficyny nie musiały być dochodowe i nie były. Gdyby więc nie gwałtowny zwrot ustrojowy mielibyśmy powtórki Białczyńskiego, Krzepkowskiego, Peteckiego, Parowskiego, Markowskiego, Weinfelda, Prostaka, Sawaszkiewicza, Kozłowskiego, Ostoi, Ziemiańskiego, Drzewińskiego, (Żwikiewicza... Wcale nie ironizuję i nie mam ich za mamutów. Tempo życia spowodowało, że nie ma czasu wracać do niepewnych w sensie handlowym pozycji, na maszynach kręcą się książki wciąż nowe i nowe, wznowienia zarezerwowane są tylko dla pewniaków. A przecież jeszcze ta masa amerykańskiej F, której tempo podaży może i zmalało, ale daleko mu do rozsądku. Stąd czekają te rzeczy na bogatych wydawców, którzy mogą sobie pozwolić na ryzyko małego nakładu i wolnej, spokojnej sprzedaży. Jeśli czegoś nie pominąłem to wznowień doczekali się Oramus, Wolski i Baraniecki. Cóż, kiedyś nie lubiłem pomidorów i flaków, potem zdobyłem narzeczoną, która orzekła, że człowiek kulturalny tak żyć nie może, więc już lubię i jedno i przepadam za drugim. Wydawcom też może się odmienić.

A na razie co - biblioteki. Tam są skarby. I dla miłośników ironicznego sarkania i prychania, i dla szukających cytatów do prac magisterskich, i doktoratów, i do penetratorów najbliższej historii...

Zdecydowanie odwróciłem się do biurka zarzucając głupi pomysł sprzątania półek.

Ty też tego nie rób. Zostaw sobie małą wyspę skarbów. Co sięgniesz to się zdziwisz. Zobaczysz!