Aktualizacja: 04.11.2007
"Science-fiction, matole, będziesz czytał?"
Fenix 7 (66) 1997

Kliknij aby powiększyć
Niezasłużenie mało znana legenda arabska (skrót):

(...) Mąż ów, Latrchanem zwany, miał klacz, którą kiedyś (...) pokrył Duch Wiatru i urodziła ona źrebię piękne: czarne, jak noc w nowiu, śmigłe, niczym wicher, piękne, jak najpiękniejsza z żon Jadżry Paszy.
(...)Źrebię to rosło i piękniało, i wszystkie jego cechy jeszcze stawały się wyraźniejsze, aż sąsiedzi Latrchana mawiali, żartując niby, ale tak naprawdę przejęci doskonałością klaczy: "Latrachanie, co będzie, gdy źrebię urośnie? Nie będziemy mogli patrzeć na taką doskonałość, tak jak to jest ze słońcem!" A właścicielowi robiło się miło na duszy, i bez obaw, a nawet z nadzieją czekał na tę chwilę.

I nadeszła ona. Klacz nazwana Chemchai, co znaczy Rosa Na Duszy, stała się doskonałością. Przyjeżdżali oglądać ją ludzie i znawcy z całej najbliższej, a potem i najdalszej okolicy. Nawet sąsiedzi, a zawsze są to ludzie, którzy najpierwsi zazdroszczą tego i owego, nie potrafili być zazdrośni o nią, a nawet wychwalali ją tak gorąco, że nawet przybył wysłaniec Jadrży i oniemiał, i przez trzy dni namawiał Latrchana, by sprzedał Chemchai. I wrócił z (...) niczym, tylko oczy mu się zapadły i Pasza, gdy go zobaczył, postanowił nie oglądać tego zwierzęcia, które pozbawiło blasku oczy jego zausznika.

Chemchai była cudem. Właściciel (...) wielbił ją, czyścił, poił i karmił najprzedniejszym ziarnem, o co nie było trudno, bo każdy przynosił jej najlepsze płody ziemi, nawet choćby za cenę odmówienia ich swoim dzieciom. Chemchai była niedościgła. Stąpała dumnie, potrząsała grzywą i błyskała pełnym okiem, a gdy raczyła przejść w galop inne konie wyglądały przy niej wręcz żałośnie.
(...)Jeśli już ktoś się odważył ścigać z nią, to zwykle Latrchan po wyścigu zdążał wyczyścić ją i napoić, gdy pojawiał się zagoniony na śmierć rumak przeciwnika. Z tego powodu dość często jednak przybywali zawodnicy z najlepszymi końmi, pełni żądzy zwycięstwa, stawiali ogromne sumy i przegrywali, co dawało Latrchanowi ogromny dochód, nie śniony nawet przed urodzeniem klaczy(...).

I żył on znakomicie, i rodziny jego, a nawet cała wieś, bo i jurty gościnne ciągle pełne były i za wodę pobierano opłaty. Wszyscy byli zadowoleni. I tylko jeden był problem - jakim ogierem pokryć Chemchai. Bo że kryć trzeba - wiedzieli wszyscy i Latrchan też, ale ciągle wybierał, odrzucał nawet największe dary, czekał na najlepszego ogiera i - co tu kryć - na największy bakszysz.

Aż pewnej nocy przyszedł wściekły wiatr i trwał dwie noce i dni cztery, a kiedy ustał okazało się, że część wioski, ta znajdująca się pod skrzydłami wysokiego wzgórza, ostała się bez większej szkody, ale dom i namioty Latrchana były w stanie opłakanym. Rozzłościł się. Przywykł, że od dwu lat życie jego płynęło gładko i syto, zwołał rodzinę i kazał pakować dobytek.

- Przenosimy się pod wzgórze! - rozkazał.

Nikt nie protestował, bo i nie było powodu, żeby zostawać w gorszym miejscu. A głowa rodu powiedział jeszcze: - W końcu, kto będzie czegoś ode mnie chciał - przyjdzie do mnie.

I zaczęli się pakować. Mieli dóbr wiele, a upał zaczynał doskwierać, więc Latrchan zamiast wozić po kolei ładunki pod upatrzone miejsce zwlekał w cieniu aż urosła góra - sakwy, wory, żerdzie, meble, garnki, stos suchego nawozu, kufry, dywany i jeszcze trzy razy tyle. Wtedy, widząc, że czas się ruszyć, Latrchan podniósł się i zaczął wszystko to ładować na Chemchai, a na nieśmiałą uwagę syna poczęstował go takim spojrzeniem, że ów, choć sam już żonaty i z pasmami siwych włosów w brodzie, uciekł ojcu z oczu. A ten ładował i ładował, i ładował, i ładował...

Cierpliwa klacz stała spokojnie, choć nie była nawykła do takich ładunków, wszak żywioł jej to był bieg, cwał, galop! A tu zwalano na nią kotły, sznury i wiązki przypraw. Wszystko to potrzebne, a niektóre nawet rzeczy - niezbędne i dla niej. Ale ciężkie!

Gdy Chemchai niemal nie było widać spod góry manelli Latrchan cmoknął na klacz. Ruszył ona i - wbrew przewidywaniom zgromadzonych i zakładających się już sąasiadów - poniosła to wszystko. Po chwili jakieś dziecko krzyknęło: - Ależ ona brzydka!

I tak było. Była brzydka, bo nie widać było ani jej długiej lśniącej grzywy, ani kształtnej szyi, ani przepięknie uformowanego grzbietu; przebierała nogami ledwo-ledwo, zapadała się w piach. Szczerze mówiąc - gramoliła się, pełzła...

A potem pękł jej grzbiet , zwaliła się i zdechła.

A jakiś mędrzec, nietrudno być mędrcem w takiej sprawie, podszedł do oniemiałego Latrchana i powiedział: - Nie do tego ona była przeznaczona, nie do tego. Źle ją chciałeś wykorzystać i źle się to skończyło(... )


Istnieje też górnośląska wersja tej legendy:

(...) Jak se łon kupiół tyn bicykiel, to ino śmigał na nim, choćby jaki wiotr. Wszystkie bajtle za nim łoczami wodzili, dziouchy aże sie moczyły, a ten pociep pierzyński wszystko to miał w rzyci. Rano się budził, bojtlik ciepnął na rame - i gazu! Aż mu raz opa kazali przywieźć wągiel z hałdy, a jemu sie nie chciało brać wózyk, piznął workiem na bagażnik i pojechał do dom. Ale po drodze kieta mu pieprzła, rajfki się wygły, luft uszedł i sie w końcu wszystko to rozwaliło(... )

Obie te przepiękne legendy najlepiej jak się da podpierają moją, prywatną propagowaną od lat tezę, usprawiedliwającą i tłumaczącą wszystko, co w fantastyce robię. Na przekór dowolnym TUZ-om polskiej fantastyki, sf i krytyki (umyślnie użyłem TUZ, bo co i rusz natykam się na znaczące inicjały - AS, RAZ, TUZ-a jeszcze nie spotkałem), którzy do przedmiotu tego tekstu dorabiają wymyślne ideologie, uważam fantastykę tylko (i aż!) za literaturę służącą rozrywce. Wielbię ją za ten śmigły lot myśli, za niebanalny kształt, za kalejdoskop obrazów, za porywające pomysły, za szerokie horyzonty i za wszystko to, co dech zapiera. A gdy się na nią zwali hałdę bambetli, jakkolwiek ważne te bambetle by się nie wydawały, rozjeżdżają się nopi, załamują kolana, gały wypiera i biedaczka wali się na bok, dobrze jeśli jeszcze uwolniwszy się z bagażu wstanie i jakoś poczłapie, gorzej jeśli przywali ją na amen.

Fantastyka radziecka miała obowiązek przynosić czytelnikowi bagaż indoktrynującej ideologii, zawsze przyszłość komunistyczna i piękna; zawsze światli, honorowi i szlachetni Ludzie Radzieccy ratowali tych nadżartych kapitalizmem. Nieliczni ustrzegali się od ulegania naciskom i na ogół tylko tę fantastykę radziecką warto było i warto jest czytać. Tamte objuczone sakwami obowiązującej ideologii szkapy padły, a nawet najczęściej nie zrobiły kroku w stronę Czytelnika.

Podobnie zajeżdżali fantastykę entuzjaści nauki, którzy potrafili na ośmiu stronach opisywać działanie telewizora, bo najczęściej w takich utworach na pokładzie znajdował się zawsze jakiś kosmonauta matoł, któremu trzeba było tłumaczyć jak działa kineskop. Zakatowany elektronami, łaknący rozrywki czytacz dostawał drgawek. Ja - przynajmniej - tak.

Wiem, że przypisując do pierwszorzędnych cech płciowych fantastyki rozrywkowość i ludyczność, podaję swoim (może ich nie mam?) wrogom topór i podstawiam kark: Wiadomo, co on lubi i co sam pisze! "Brag wsadził blaster w pochwę" i tak dalej
- strzelanka, bez myśli, bez formy, beznadzieja. Co tam wrogowie - moja żona dostanie spazmów, kiedy/jeśli to przeczyta.

Obstaję przy swoim - fantastyka to taki sort, co ma bawić, co pozwoli przejechać brudnym pociągiem kilkaset kilometrów, co powstrzyma przed włożeniem głowy w stryczek, kiedy za połą namiotu od trzech dni wali grad albo kiedy elektrownia wysadzi bezpieczniki i jedynym źródłem światła jest świeca. Oczywiście, jeśli ktoś uważa, że termin "rozrywkowy" znaczy "durny", że nawołuję do pisania i czytania knotów - to ten ktoś udaje głupa i chce mi dopiąć coś, czegom nie mówił i do czegom nie nawoływał, ale ponieważ z innej Wyższej Pozycji, to może. Może?

Nieważne. Niewywoływany mogłem się nie odzywać.

To, że bardzo szanuję fabułę, że staram się od anegdotę, że dopiero gdy mam szkielet, który sam w sobie jest atrakcyjny, zabieram się do owijania go mięsem narracji, nie znaczy, że w nosie mam wyższe racje, idee itepe, nie - po prostu te bagaże są drugoplanowe i mniej ważne. Ale są. Nie pozwalam sobie i nie lubię u innych lekceważenia praw nauki, choć nie kładę na nich nacisku, bo - patrz wyżej - nie o to mi chodzi. Jeśli jednak w szkielecie tekstu jakieś dane są niezbędne - to w nim są. Spędziłem kiedyś dwa tygodnie przy podręczniku ginekologii i położnictwa, bo tylko tam mogłem znaleźć dane o rozwoju płodu, obawiam się, że czytelnik (słuchacz, bo było to słuchowisko; muszę napisać, że w konkursie radiowym zajęło drugie miejsce, za J. Inglotem - nie wybaczyłby mi) nie zauważył mego wysiłku, ale też nie usłyszałem od nikogo, że w tak intrygującym tekst nawsadzałem kupę dyrdymał.

Zresztą - to są sprawy elementarne i wymaga tego poważne traktowanie Czytelnika i swojej roboty.

Dlatego trochę mnie wzdęło, kiedy "zachłystując się" lekturą rzeczy pod tytułem "Sztuka pisania" (Tajemnice warsztatu odsłaniają: Ernest Hemingway, John Steinbeck, Kurt Vonnegut i inni) trafiłem na rozdział "Powieść fantastycznonaukowa" Gardnera Dozoisa. Tak ogólnie, to rozdział sensowny i może komuś uświadomić rzeczy oczywiste, których nie wiadomo dlaczego sobie wczećniej nie uświadamiał (pomijając, że tłumaczka nie wiedziała, jak przełożyć na polski "The Caves of Steel" niejakiego Asimova), ale osłabieniu uległem czytając podsumowanie: "...Wskazane jest prenumerowanie adresowanych nie tylko do specjalistów czasopism naukowych w rodzaju "Science News" i "Scientific American".

Pewnie, każdemu może zdarzyć się wpadka formalna, ale wtedy rzesza znawców rzuca się i wypomina Autorowi, że pozwolił postaciom grzebać w BIOS-ie komputera; tu jednak markowy Autor jakby mówi potencjalnym innym
-"Jak się wam bardzo chce - trudno, czytajcie "S.N"". To właśnie mam za fatalne podejście, powierzchowne i rozrywkowe, do serio traktowanego rozrywkowego gatunku. Wskazane, żebyście nie pisali pierdoł o planetach, o DNA, czy o parowym napędzie myślolotów...

Nieładnie. Tak nie lubię. Nieumiejętnie lub niepoważnie potraktowana komedia to zła komedia, toporną fraszkę zapamięta co najwyżej mama autora, niepoważne podejście do SF spowoduje wymyślenie... (wstawić coś głupiego). Zresztą porównajcie piosenki Osieckiej, Przybory, Młynarskiego i - że użyję pochlebnego określenia - szansonistów z Bayer Full.

Po co zużywam na tak oczywiste rzeczy papier i Twój czas, Cierpliwy Czytelniku? Po pierwsze, dla niektórych nie tak cierpliwych, nie jest to oczywiste, o czym przekonuje nas otaczająca rzeczywistość. Po drugie, nawet kompetentni ludzie z "Fenixa" ulegają ochocie przyłożenia fantastyce en masse, jakby chcieli powiedzieć:"Wiemy - fantastyka to gatunek dla inteligentnych inaczej, trudno, ale czasem nawet nas trafia szlag!". Jakby nie zauważali, że słaba fantastyka to zwyczajnie - słaba literatura, a nie, że owa słabość jest stanem naturalnym i przypisanym SF.

Co Bazaranie czynią, gdy odkryją tekst, no - którego nawet najgłupszy głup nie strawi? Kierują do odpowiedniego czytelnika! Chytre, jak pranie z chytrym proszkiem.

W cenionym przeze mnie, bo na ogół potwierdzającym moje własne opinie "Bazarze", co jakiś czas trafia się sformułowanie
"... pozostaje jedynie lekturą dla młodego czytelnika" (jdk) Fenix 3(62) 1997. Sugeruje ono, że nie jest to wprawdzie takie dno, jak ta książeczka, w której wysoko oceniono jedynie buty okładkowego herosa, ale też nic miłego przy lekturze nas nie spotka. Cofnąłem się do połowy ubiegłego roku i przejrzałem "Bazary". Co tam było: "Smocze werble": "...przygodowa powieść dla młodzieży, osadzona w realiach planety Pern. Jedna ze słabszych powieści cyklu (jdk)"; "Ocaleni. Planeta Dinozaurów 2": ... książka przeznaczona dla młodego czytelnika. Bardzo młodego" (hgw); "Smoczy śpiewak":"...Sympatyczna historyjka, raczej dla młodzieży" (hgw); "Śpiew smoków": "...styl, problematyka oraz objętość sugerują, że jest to raczej lektura dla młodego czytelnika" (hgw).

Hm? Owszem, przeważają tu płody jednego autora, ale gdybym pogrzebał wsteczniej znalazłyby się hordy innych przykładów. Sugerują one, że w skali między "Dno" i "Genialne" znajdują się stany pośrednie, w wśród tych bliżej "Dna" są "Młodzieżówki".

Protestuję. Nawet nie dlatego, że trudno jest oddzielić młodzież od tej reszty - skąd mamy wiedzieć, kiedy już nie jesteśmy młodzieżą? Protestuję dlatego, że jeśli skierujemy uwagę młodzieży na stare, kiepskie i niedbale napisane rzeczy, a czytelników jeszcze młodszych do jeszcze gorszych, to kto, jak dorośnie, będzie czytał fantastykę, kto będzie dawał papu redakcjom i redaktorom, kto kupi... hm-hm... dobrą polską rozrywkową SF? Przecież ci młodzi teraz, a forsiaści potem yuppie, widząc fantastykę i pamiętając kilka przemocowanych powieści uciekną z rykiem z księgarni i może nawet nigdy już tam nie wrócą.

Powiedzmy sobie szczerze - młodzież to nie głuptasy, którym możemy wcisnąć kit i chałę, a ona z rozdziawioną buźką będzie się gapić i wielbić mądrych Starszych. Tak młodzież występuje w kiepskich starych młodzieżówkach. A panu (hgw) przypominam, że nie brakowało mu na ogół ikry, iskry, pomysłu i czadu, co zawsze ceniłem (na tyle, że nigdy nie sprawdzałem, kto się kryje pod skrótem, żeby mieć obiektywny doń stosunek).

Skoro już musi gnioty dedykować komuś, to może do blondynek?

"Legendy wymyślane są ad hoc, na poparcie własnej tezy" E. Dębski