Aktualizacja: 04.11.2007
"Co tam, panie w integracji?"
Fenix 11 (47) 1995

Kliknij aby powiększyć

Wbrew albo obok utartej opinii o przemianie naszego świata, naszego globu w jedną gigantyczną wioskę, czego sprawcą ma być przede wszystkim komunikacja na każdym z możliwych poziomów, uważam, że ów proces jednoczenia rozpoczął się o wiele wcześniej, zanim wystartował pierwszy odrzutowiec, a może nawet jeszcze wcześniej, gdy Popów z Marconim wyemitowali do siebie pierwsze radiowe sygnały.

Trzema żółwiami. na których wspiera się owa integracja, są, moim zdaniem, alkohol, moda i fantasy. Te trzy rzeczy pieniąc się z zawrotną szybkością, ogarniając coraz to nowe połacie Ziemi, powodują - czy chcemy tego czy nie - odkrywanie i poznawanie coraz to nowych zakątków naszej kuli.

Każdy ruch człowieka (a nie tak znowu dawno człowiekiem był wyłącznie mężczyzna) poza własne podwórze owocował łupami lub zakupami. Nie po to człowiek podróżował, by obejrzeć inne kurne chaty lub podejrzeć nowy sposób dojenia krów. Nie, człowiek, jeśli spotkał innego człowieka, to: jeśli był silniejszy -zabierał mu, co tamten miał, lub - Jeśli siły były równe - kupował, wymieniał ewentualnie kradł. Przywoził do domu. Co człowiek, czyli mężczyzna mógł przywieźć - skóry, broń. może kilku niewolników, ale przede wszystkim trunki - piwo, miody, gorzałkę, rum, Koniak, szampana, whisky, stoliczną, wyborową itd. Taka polityka prowadziła do specyficznego, okrojonego, szczelinowego poznania świata: "Nie wiem, kto u nich robi za poetę narodowego, ale wiem, że takiej śliwowicy nie pędzą nigdzie indziej!" Integracyjna siła alkoholu powodowała, że chciało się wędrować, bo na końcu wyprawy było zawsze coś do skosztowania. Zresztą nie trzeba sięgać do historii - nieco starsi od piętnastolatków miłośnicy piwa pamiętają, ile czasem trzeba się było nawędrować, żeby skosztować miejscowego produktu browarnianego, a każda z butelek piwa marki Żywiec na pewno zwiedziła więcej Ziemi niż Ja i kilkudziesięciu moich znajomych razem wziętych. A iluż Ziemian zaczęło interesować się geografią, pragnąc umiejscowić gdzieś Jamajkę? Ilu musiało zrewidować poglądy o Szkotach i do cech narodowych obok skąpstwa dopisać geniusz gorzelniczy? Ilu wzbogaciło swój zasób leksykalny o takie klawe słówka, jak: malibu, kurasą, dajkiri, skriudrajwer, o martini nie wspominając.

Dla mnie jest to bezapelacyjnie pierwsza niteczka, jaką ludzkość zaczęła się oplątywać (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) tkając na razie kanwę, na której dojdzie - mam nadzieję -do ścisłego splecenia chęci, zamiarów, pragnień, możliwości i realizacji całego tego ludzkiego nasienia. Przy tym - to bardzo ważne - niteczka ta nie podlega politycznym modom, układom, zwyczajom i tradycjom (co to ja tak piszę, jakbym kandydował na prezydenta?), bo niezależnie od tendencji państwowych moskowskaja wędrowała po kapitalistycznym świecie, a nam też nikt - prócz kiesy - nie bronił spijać się calvadosem.

Drugim integrującym czynnikiem, nie co do ważności drugim, a chronologicznie rzecz rozważając, jest moda. Nie ma co się długo rozwodzić - podobnie Jak z alkoholem - soból to soból i niech tam w ONZ-ecie biją się politycy, panie chcą wtulać swoje urocze noski i całe ciałka w puszyste futerko zza żelaznej kurtyny, swoim panom pozostawiając problem sforsowania przez nich samych postawionej zasłony. Pamiętam chętnie pokazywane przez telewizję migawki ze stolicy światowej mody, gdzie królowały, a to indyjskie sari, afrykańskie wzory, stylizowane na rosyjskie ludowe stroje sukienki, o zimowych kolekcjach futer nie wspominając. Moda to nie tylko szmatki zalecane do noszenia. A tak szałowo kicany "kazaczok"? A Bobby Winton ze swoim hitem "Moja droga ja cię kocham!"? Dwie trzecie Ameryki miało w nosie, kto zasiada na Kremlu, podrygując w rytmie "Rascwietali jabłoni i gruszy...", tyleż nie miało pojęcia, kto jest sekretarzem w Warszawie, ale "Ku-iocham czi-jebie sercym ca-łem" - proszę bardzo! Trzeba też uderzyć się w pierś i przyznać, że nie mając pojęcia o strukturze administracji państwowej Wielkiej Brytanii, wyłem, ile się dało, szlagiery Bitelsów. Ot, co może moda!

No i trzeci z zaanonsowanych czynników - fantasy. Najmłodszy, może dlatego tak agresywny i efektywny. Fantasy spowodowała rozlanie się po kuli ziemskiej mitologii ogromnego wachlarza krajów, narodów i narodowości; poszukiwania tematów, postaci, fabuł czy chociażby elementów scenografii, zmusiła autorów do grzebania nie tylko w zasobach własnych mitów, legend czy historii wreszcie. Nie widząc niczego oryginalnego, świeżego, nie wyeksploatowanego, autorzy sięgają coraz chętniej czy nawet żarłoczniej, powiedziałbym, do pomysłów zrodzonych w głowach niekoniecznie bliskich etnicznie, geograficznie, językowo czy ideologicznie krajów i narodów. Stąd w anglosaskich powieściach elementy mitologii: Eskimosów, Zulusów, Japończyków, Chińczyków, Baniu, ludów Tybetu, Laosu, Sahary, Laponii, i tak dalej, i tak dalej. Cały świat jest Jednym wielkim zasobnikiem, z którego zachłystując się, czerpią garściami autorzy fantasy. Wystarczy czasem zerknąć na podziękowania za pomoc w realizacji powieści - a to wykładowcy literatury jakuckiej w uniwersytecie takim to a takim, a to bibliotekarzowi z narodowej książnicy w stolicy Republiki Czad, a to czworgu młodym zapaleńcom - znawcom pisanych wierszem nie wierszowanym kronik np. Akaszów.

Dobrze to czy źle? Zapewne jak we wszystkim - i tak, i siak. Źle, gdy fascynujący świat wierzeń ludu Xcerebenti przesłania fabułę oraz inne konieczne w powieści elementy i rzecz staje się i nudna, i nie wiadomo jak ją traktować - monografia to o mitach, klechdach i bajaniach, i do jakiego momentu wiarogodna czy też nieudana rzecz fabularna, w której autor pogubił proporcje i oczarowany mitologią, namieszał, namieszał i zostawił.

Dobrze, gdy garść egzotycznych wierzeń ubarwia gatunek, który - mimo że stosunkowo świeży - nie oszukujmy się: kiedyś zacznie gonić w piętkę i nadżerać własny ogon. Dlatego - to jasne - im głębsze pokłady, im więcej da się z nich zaczerpnąć, tym lepiej i dla autora fantasy, i dla czytelnika.

Przypominam sobie, że takim sporym wstrząsem integracyjnym dla mnie były opublikowane w 1983 roku przez "Iskry" dwie powieści niejakiego Amosa Tutuoli, półanalfabety, autora pierwszej napisanej przez Nigeryjczyka po angielsku powieści. Pomijam już anegdotyczny wręcz motyw, dla którego wziął się on do pisania: pewnego dnia dowiedział się, że Towarzystwo Biblijne ogłosiło konkurs na powieść o tematyce religijnej. Amos Tutuola słabo znał język angielski, ale - jak pisze we wstępie do powieści "Smakosz wina palmowego" tłumaczka Ernestyna Skurjat - "...nie miał wyboru. Zaryzykował. Zależało mu na pieniądzach. W ciągu kilku dni napisał powieść, w której wykorzystał jedyny materiał, jakim dysponował: jorubski folklor...". Powieść okazała się za mało chrześcijańska i konkursu nie wygrała, ale wzbudziła zainteresowanie jurorów, którzy zabrali rzecz do Londynu i tam wydali.

Nie powiem, żeby wstrząs, o którym wspomniałem wcześniej. był tegoż kalibru, co przeżycia towarzyszące lekturze "Władcy pierścieni", ale zaimponował mi ów Tutuola - nie próbował prymitywnego fartu w loterii, lecz zagrał w literaturę na całość, i wyprzedził w tym kawał cywilizowanego świata - odkrywając samodzielnie, chyba w 1951 r. gatunek literacki rozwijający się ostatnio w krajach świata industrialnego... fantasy" (cytat j.w.). Drugą częścią wstrząsu byt świat przedstawiony w powieściach "Smakosz wina palmowego" i "Moje życie w Puszczy Upiorów": trójpoziomowy - życie codzienne Jorubów, poziom magiczno-religijny i trzeci poziom - europejski z elementami cywilizacji (kamery, telefony), świat ponury, tragikomiczny czasem, okrutny. Na pewno zupełnie inny. Dla mnie to drugi, po bajkach narodów Afryki, kontakt z literackim Czarnym Lądem.

Fantasy ma o wiele więcej szans, by stać się jeszcze ważniejszym czynnikiem integrującym ludzkość niż SF. Kosmolot to kosmolot - czy wsadzi doń załogę Japończyk czy Niemiec albo mieszkaniec Wyspy Wielkanocnej, musi on spełniać pewne funkcje i musi być naukowo uzasadniona jego budowa, czyli będzie taki sam lub niemal taki sam. Natomiast w fantasy?! O, tu można zaszaleć - można mieszać języki, stroje, ekwipunek, zasady wiary, bogów, bożków, geografię i historię.

To jest ten tygiel, w którym może dojść do wymieszania się ludzi i powstania po prostu Ziemian,

Może zresztą i nie, ale mnie osobiście taki sposób bardzo by odpowiadał.