Aktualizacja: 04.11.2007
"Nikomu nie lizałem dupy"
Click Fantasy - 3/04 (13) Kwiecień 2004
Wywiad z: Z EuGeniuszem Dębskim rozmawia Jacek Piekara

Kliknij aby powiększyć

Jacek Piekara: Jesteś z wykształcenia rusycystą. Skąd pomysł na takie właśnie studia w epoce socjalizmu, kiedy Polacy darzyli Rosjan serdeczną i gorącą nienawiścią? Czy to prawda, że na rusycystykę szli ci, którzy nie dostali się na inny, lepszy wydział, i była to swego rodzaju "przechowalnia"?

Eugeniusz Dębski: Po pierwsze, trochę się o tej nienawiści teraz za dużo mówi - wtedy nie przejawiała się aż tak silnie. Pewnie, byli ci, co mieli do takich uczuć powody bezpośrednie (Katyń, na przykład). Ja się urodziłem w rodzinie polsko-rosyjsko-ormiańskiej, skąd więc miałaby się we mnie zrodzić nienawiść? A na rusycystykę był uczciwy egzamin, z czterema kandydatami na jedno miejsce, i towarzystwo nie było gorsze niż na innych filologiach. Pewnie - angliści zadzierali nosa, ale oni bywali nawet czasem na Zachodzie, a my tylko - też czasem - w ZSRR. Inna sprawa, że ja chciałem iść na polonistykę, ale uważałem, że jestem za głupi i się nie dostanę, więc wybrałem rusycystkę, bo rosyjski miałem w jednym palcu - mieszkałem w ZSRR do siódmego roku życia...

J.P.: Teraz pytanie, które zadaje moim rozmówcom niemal zawsze, ponieważ uważam, że jest to sprawa wręcz pierwszorzędnej wagi: kiedy w człowieku rodzi się chęć, aby z kulturowego pasożyta zmienić się w kulturowego żywiciela? A więc mówiąc językiem bardziej zrozumiałym: kiedy przestaje wystarczać samo czytanie, a konieczne staje się przelanie własnych myśli na papier i chęć podzielenia się z innymi ludźmi wymyślonymi historiami?

E.D.: Brakowało mi zawsze fantastyki - wychodziło wszak 10-12 książek w ROKU!!! Pomyślałem więc, że skoro każda pozycja jest wyrywana ekspedientkom z ręki wraz z naskórkiem, wina leży nie w wydawcach, tylko w lenistwie ludzi, którzy mogliby pisać, ale nie piszą. Co jednak mogłem na to poradzić - chodzić po ulicach i wrzeszczeć: "Ludzie, piszcie fantastykę!". Uznałem, że trzeba wykonać pracę od podstaw, zacząć od siebie. Napisałem więc opowiadanie. Słabe. Ale było moje i pisanie mi się spodobało. Sam proces wymyślania, pisania, puentowania... No to napisałem drugie i trzecie, i nagle je sprzedałem! To był moment, kiedy jako ta głupia i żarłoczna płoć sam się zaciąłem. I zostałem na tym haku do dziś.

J.P.: Dwa lata temu przekroczyłeś kolejną, magiczną granicę wieku - 50 lat. Czy ma to jakieś znaczenie dla pisarza? Dla mężczyzny? Dla człowieka? Czy jest powodem podsumowań i rozliczeń z przeszłością? Bodźcem do sporządzenia życiowego rachunku zysków i strat?

E.D.: Och, taki bilans został sporządzony znacznie wcześniej. Grubo przed 50-tką, Wyszło mi, ze mogło być lepiej, ale nie jest też najgorzej. Nie wyjechałem do Szwecji i nie spędziłem połowy życia na zmywaniu talerzy, nie musiałem lizać dupy nikomu, pracowałem raczej w przyjemnych warunkach, a jeśli były to warunki szkodliwe dla zdrowia (praca poborcy podatkowego), to trwały krótko - byłem poborcą tylko przez 16 dni roboczych. Mam prawie dwadzieścia książek na koncie, wreszcie pojawiły się sensowne przekłady, powieść na czeski, dwie inne na rosyjski. Dwa wspaniali synowie. Cztery niepowtarzalne koty. Nowy samochód i nienowa, ale najlepsza ze wszystkich żona. Zapraszają mnie na konwenty i do szkół. Czy to mało?

J.P.: Trzynaście powieści i siedem zbiorów opowiadań (plus kilkanaście książek przetłumaczonych z rosyjskiego) to imponujący dorobek twórczy! Ja jednak mam wrażenie, że pomimo ogromnej liczby publikacji pozostawałeś zawsze w cieniu. Ciągle pojawiali się autorzy bardziej popularni lub chętniej czytani. Czy masz pewne poczucie niedosytu? Pojawia się zazdrość, kiedy widzisz, jak książki Sapkowskiego, Ziemiańskiego lub Pilipiuka trafiają na listy bestsellerów i okupują całe lady w Empikach?

E.D.: Wiesz co, ja zazdroszczę nie nakładów, a konkretnych utworów. Nie mogę, na przykład, darować Martinowi jego "Piaseczników" czy Zajdlowi "Limes inferior", Oramusowi "Sennych zwycięzców", Sapkowskiemu kilku wczesnych opowiadań, Sheckleyowi jego kilku tekstów. Mam za złe kilku autorom, że napisali kupę tego, co i ja bym chętnie napisał: Strugackim, trochę Clarkowi, Bradbury'emu, Le Guin... Ale -powtarzam, żałuję, że to nie ja napisałem te konkretne świetne rzeczy. Natomiast nie zalewa mnie krew, że w Empikach leży w siedmiu stosach Pilipiuk. Pewnie, ten cień, o którym wspomniałeś, jest niezasłużony, inaczej - powinienem być zawsze i na wszystkich półkach oraz listach, ale głosują czytelnicy, nie autorzy. Inaczej wszyscy by byli wszędzie, tylko kto by nas kupował?...

J.P.: Wstydzisz się jakiś swoich książek? Zaglądasz ze strachem do tekstów sprzed lat? Czy raczej myślisz: "już wtedy byłem świetny, a teraz moja forma zwyżkuje"?

E.D.: Powiedziałbym, że kilka książek uważałem za mniej udane, choć wszystkie to jakieś tam dzieci Dębskiego, a dzieci też bywają przecież różne. Ale - na przykład - thriller "Upiór z playbacku ", który właśnie jest takim lekko niedorozwiniętym dzieckiem, o dziwo, kilka razy był nazwany przez czytelników ich ulubioną książką. Czyli: każda potwora znajdzie swego amatora. A skoro tak, to nie jest źle.

J.P.: Gdybyś miał wybrać jedną z własnych książek, by polecić ją komuś, kto nie zna zbyt dobrze fantastyki, ale bardzo chciałby ją poznać, jaki tytuł byś wybrał i dlaczego?

E.D.: "Aksamitny Anschluss". Dlaczego? Hmm... Zabierałem się do niej z wielkim entuzjazmem, pisałem zadowolony z siebie cholernie, potem były problemy z wydawcą, redaktorem. Trochę przeszła boczkiem, niezasłużenie nie zdobyła choćby Zajdla. Dlatego bym tę sierotkę pogłaskał po głowinie i wypchnął przed inne siostry i braci.

J.P.: W takim razie przypomnę, o czym jest "Aksamitny Anschluss", posiłkując się informacjami z Twojej strony WWW: "Zjednoczona Europa wchłania Polskę. Na mapie w środkowej części naszego kontynentu brakuje Rzeczypospolitej! Pojawiają się natomiast Protektorat Polens i Awtonomiczeskaja Riespublika. Dlaczego nikt nie protestuje, dlaczego wszyscy się na to godzą? Czy Polakom zależy wyłącznie na dobrobycie i poczuciu bezpieczeństwa? Tylko jeden drobny polski biznesmen, przypadkowo wciągnięty w wir wydarzeń, nie może spać spokojnie. Podejmuje nierówną walkę ze służbami specjalnymi obu zaborców, chcąc doprowadzić do ujawnienia dokumentów kompromitujących europejskie elity polityczne". A nad czym pracujesz w tej chwili? Jakie książki Eugeniusza Dębskiego zobaczymy niedługo w księgarniach?

E.D.: Aktualnie zaczynam publikację Dzieł Zebranych. Czyli sporo powtórek i trochę premier. Wróciłem też do skomplikowanej powieści, którą zacząłem pisać 11 lat temu, a zarzuciłem 7 lat temu. Teraz, jak kazał wydawca, wracam do tego. Poza tym staram się podsuwać co jakiś czas opowiadania prasie, żeby nazwisko nie pokryło się kurzem i pyłem w umysłach czytelników. W najbliższym czasie wchodzi na rynek wybór opowiadań "Szklany szpon", kilka nowych, piętnaście już publikowanych, ale w takich miejscach, że młody czytelnik mógł być jeszcze za młody albo nie znajdował się w targecie. I fantasy, i sf, i political fiction (rzadki u mnie wybryk) i tak dalej... Potem chyba będzie powieść "Śmierć Magów z Yara", jedna z pierwszych na polskim rynku powieść w konwencji fantasy. Właśnie ona została niedawno wydana w Czechach, a u nas trafiła na pierwszą falę zalewową fantasy amerykańskiej i przegrała z nią. I kolejna - chyba -premierowa powieść z Owenem Yeatesem.

J.P.: Czym różni się praca pisarza od pracy tłumacza? Jak daleko wolno tłumaczowi ingerować w treść opowiadanej przez kogo innego historii?

E.D.: Nie wiem, gdzie przebiega granica, czy w ogóle gdzieś jest. Tłumacz jest odpowiedzialny za stworzenie dzieła skończonego, zrozumiałego dla czytelnika posługującego się danym językiem. Jeśli dokona przekładu wiernego, ale niezręcznego, niedobrego, szkodliwego, to po co? Lepsza chyba wersja odstająca od oryginału, ale zachwycająca czytelnika -jak choćby przekład "Kubusia Puchatka" Ireny Tuwim.

J.P.: Dlaczego warto poznać współczesną rosyjską fantastykę? Co takiego znajdziemy u Rosjan, czego nie ma u Amerykanów lub Polaków?

E.D.: Po pierwsze, mają świeższe pomysły. Po drugie, pisze tam więcej autorów, wydają więcej pozycji, więc ze statystyki wynika, że łatwiej trafić na coś lepszego niż u nas. Choć i tak w Polsce sytuacja rodzimych autorów znacznie się poprawiła. Po trzecie, to jest zdolny naród, na ogół pisarz jest przygotowany do pracy, ma jakieś staże, doświadczenie, odbył szkolenia w różnego rodzaju terminach u Strugackiego, a nie zaliczył płatny kurs "Jak napisać dobrą powieść fantasy?", jak to mają w obyczaju Amerykanie.

J.P.: Pamiętasz dawne, dobre czasy, kiedy miłośnicy s-f czytali wszystko, co ukazywało się w księgarniach? Nie masz teraz poczucia zagubienia w zalewie coraz to nowych książek? Tych wszystkich trylogii, pięcioksiągów, sag itp.? Tomów obliczanych na setki i tysiące stron? Jak poradzić sobie w tym potopie? Jak oddzielić ziarno od plew?

E.D.: To bardzo proste: znaleźć dobrą bibliotekę lub założyć taką. We Wrocławiu jest nas 40 osób, wpłacamy po 20 złotych co miesiąc, dzięki czemu mam dostęp do wszystkiego, co wychodzi. Biorę porcję ksiąg startuję Pierwsza strona, druga. trzecia... Coś kiepsko? Idę dalej - kiepsko. Czyli - nie ma co się męczyć Po co? Wszak czeka jeszcze 11 innych książek. Cykli nie czytam, prawie nie tykam fantasy, bo jest wrażliwsza niż s-f i łatwiejsza (pozornie) w robocie, zatem masa knypów literackich się na nią rzuca. I tak sobie radzę. Zapewniam, mam masę rzeczy do czytania, i nie męczę się kiepścizną.

J.P.: Przed laty autorzy i miłośnicy s-f uskarżali się, iż zostali zepchnięci do getta. Fantasy, s-f, horror były pomijane przez "poważne" pisma literackie czy krytyków. Jak to wygląda Twoim zdaniem dzisiaj? Czy wychodzące poza getto sukcesy Sapkowskiego lub kinowy triumf "Władcy pierścieni" coś zmieniły, czy też w świadomości przeciętnego Polaka nadal funkcjonujemy jako ci śmieszni autorzy, piszący o zielonych ludzikach z czułkami na hełmach?

E.D.: Tego za bardzo nie wiem. Spotykam się tylko z tymi, co czytają fantastykę, więc co nieco wiedzą. Ci, co nie czytają, wiedzą mimo to tyle, że już nie łączą nas w jedno z miłośnikami UFO i kół na śniegu... Chłe-chłe!..

J.P.: Jak można wytłumaczyć, że w dzisiejszych czasach - czasach rozpaczliwej pogoni za materialnym sukcesem (której bynajmniej nie ganię) -setki młodych ludzi poświęca własny czas oraz pieniądze, aby uczestniczyć w konwentach, panelach, dyskusjach? Rozprawiać na przykład o "Obrazie wsi w twórczości Tolkiena", czy "Sztuce szkutniczej w Szmaragdowym Cesarstwie"?

E.D.: Po prostu - hobby. Rozrywka. Zainteresowania. W biednym kraju zbiera się etykiety zapałczane, w bogatszym (mimo wszystko) można sobie pozwolić na ekskluzywne wydania ulubionych autorów lub na oddanie się dociekaniom, dotyczącym produkcji wieprzowiny w Hobbitonie.

J.P.: Prowadzisz w Internecie magazyn fantastyczny "Fahrenheit". Skąd pomysł na takie, jak dobrze rozumiem, raczej niekomercyjne przedsięwzięcie?

E.D.: Czekamy na zwycięstwo e-booków, na popularyzację "płatnego ściągania" książek i pism z Sieci, z pominięciem nawet wydawców. Kiedy TO nadejdzie, my będziemy gotowi!

J.P.: Obserwujesz polityczne czy społeczno-gospodarcze wydarzenia w kraju i na świecie? Masz jakąś wizję tego, dokąd zmierzamy? My jako Polacy i my jako ludzka cywilizacja? Co nas czeka za lat -naście lub -dziesiąt?

E.D.: Kompletnie me mam pojęcia. Nie zastanawiam się nad tym. Nie mam na to wpływu, zatem - nie marnuję czasu. Mam nadzieję, że będzie dobrze albo i lepiej. Chyba żeby nas ruszyło coś takiego jak kolonie lemingów co czas jakiś...

J.P.: Dziękuję, że znalazłeś czas dla naszych Czytelników.