Aktualizacja: 04.11.2007
"Co ja mogłem zrobić Chandlerowi?"
Z Eugeniuszem Dębskim o filmie i literaturze rozmawia Bożena Borek.
Wywiad zamieszczony na łamach Nowej Gildii

Bożena Borek: Eugeniuszu, reprezentuję portal internetowy GILDIA. Czy mógłbyś mi odpowiedzieć na parę pytań?
Eugeniusz Dębski: 
Intymnych?
B.B. Nie intymnych.
E.D.
Nie-intymnych? Nie mógłbym.
B.B. Dobrze, nazwijmy je intymnymi, bo będą dotyczyły twoich osobistych zapatrywań na współczesne kino.
E.D.
Możemy pogadać o ocieraniu się? Albo - dlaczego lubię kobiety z dużym biustem?
B.B. Nie, bo ja nie mam dużego biustu, Eugeniuszu.
E.D.
No przecież nie mówię, że... że się zawinąłem na twoim punkcie, tylko po prostu... ogólnie...
B.B. Potem może być o ocieraniu. Ale teraz: Czy uważasz siebie za kinomana?
E.D.
Nie. W tym roku byłem w kinie tylko z siedem czy osiem razy, a w ciągu poprzednich dziewięciu lat byłem chyba sześć razy - czyli jest to absolutny rekord.
B.B. Ile z tego było fantastyki?
E.D.
Tylko. Wyłącznie.
B.B. Możesz podać parę tytułów?
E.D.
Mogę. No, oczywiście "Blair Witch Project". I jeszcze "Cube", i "Jeździec bez głowy". A ostatnio "Przekręt"; to może nie jest fantastyka, ale też taki sort rozrywkowy, żadne kino wielkie, tylko kino, hm... bawiące.
B.B. Który z tych filmów, nazwijmy je fantastycznymi, najbardziej cię...
E.D.
"Blair Witch Project". Jezu, tak się bałem! Wyszedłem z kina rozdygotany, dojechałem do domu ledwo-ledwo, ręce mi się trzęsły na kierownicy. Parę dni właściwie spać nie mogłem. Ze strachu.
B.B. Lubisz się bać w kinie?
E.D.
Lubię się bać w kinie, a "Blair Witch Project" uderzył mnie tym, że strachy, które kilkanaście lat temu przeżywałem jeżdżąc pod namioty, gdzieś tam do lasu i tak dalej, odżyły. I się okazało, że inni ludzie też je dzielą, że boimy się tego samego. Ale ci ludzie, którzy zrobili film, zrobili go tak, że ja, no po prostu mówię ci, wyszedłem na miękkich nogach. A recenzja była taka, że z rzędu za mną - tacy młodzi ludzie, młodsi ode mnie - jeden powiedział: "Ale głupi film", a drugi powiedział: "No. Strasznie głupi. Ale do lasu już nie wejdę".
B.B. A teraz pomówmy chwilę o adaptacjach filmowych literatury. Oczywiście literatury fantastycznej - science fiction i fantasy. Coś ci się w ostatnich latach szczególnie podobało?
E.D.
Mm... (milczenie) mmm... (cmoknięcie)
B.B. "Wywiad z wampirem"...?
E.D. Tak... Nie!
B.B. A co?
E.D.
"Jeździec bez głowy" beznadziejny... Hm... już nawet w głowie nie zostały mi tytuły, były to tak denne filmy.
B.B. Generalnie nie podobają ci się ekranizacje literatury, tak?
E.D.
Nie, nie tak. Generalnie nie podobają mi się kiepskie ekranizacje.
B.B. Nie oglądałeś w ostatnich latach dobrej ekranizacji powieści fantastycznej?
E.D.
Wiesz, musiałbym się chyba tak długo zastanawiać, że nie wiem, czy by ci starczyło miejsca na szpuli.
B.B. A który z twoich utworów - lub przekładów, bo przecież będąc tłumaczem, też jesteś twórcą - widziałbyś jako film?
E.D.
Znaczy... ja bym najchętniej zekranizował przygody Owena Yeatesa. I to się nawet może stanie bo... Nie chciałbym zapeszyć, ale może będzie taki rzeczywiście moment, że wytwórnia filmowa - która nie ma aspiracji specjalnych, takich do Oscara, czy co tam się rozdaje w Gdańsku - taka, co robi dobre filmy rozrywkowe, bez napalania się, bez nadymania i tak dalej... Zaproponowali mi, żebym się zastanowił, czy by nie zrobić jakiegoś serialu z przygodami Owena Yeatesa.
B.B. W takiej sytuacji wolałbyś sam być autorem scenariusza, czy jest ktoś, komu byś zaufał i powierzył...
E.D.
Nie, nie. Ja się za bardzo na tym nie znam. Ja bym z przyjemnością komuś dał. Ludziom szkic dałbym. Ogólny zarys sprawy. Natomiast scenariusz, jak każda rzecz twórcza, to nie jest rzecz dla amatorów. Bo nie może być tak, że ktoś z boku wchodzi i pisze wspaniały scenariusz.
B.B. Czujesz się "z boku" w medium jakim jest kino?
E.D.
Tak. Ja bym dał książkę, i niech... ktoś. Oczywiście, z przyjemnością wielką bym współuczestniczył w jakiś sposób: powiedział, że mi się to nie podoba, a to bym wolał. Ale cała ta zabawa w przekład języka na obraz, na ekran - nie znam się. Po co mam psuć swoje własne dokonanie, skoro może zrobić to ktoś inny? I lepiej niż ja. No, niestety, lepiej.
B.B. Jesteś znawcą literatury pisanej w języku rosyjskim. Jak sądzę, i kinematografia naszych sąsiadów nie jest ci obca. Czy znasz rosyjską ekranizację mistrza Lema?
E.D.
"Solaris", oczywiście.
B.B. Mistrzowi się ponoć nie podobało.
E.D.
No to się wygłupił, bo moim zdaniem jest to jeden z lepszych filmów sf, jakie widziałem. Oczywiście to nie kino akcji, kino przygody i tak dalej. Ale jeśli ktoś chce powiedzieć, że film fantastyczny polega wyłącznie na bieganiu Sigourney Weaver po ekranie, a za nią jakiś taki skorupiak, to bym go właśnie odesłał do Tarkowskiego. Nie podobało się mu? Trudno. Kingowi się nie podobało nic z jego własnych rzeczy. Nie wiem, komu jeszcze tam się może co nie podobać. Ale pisząc, ma się jakąś wizję. Reżyser takiej wizji nie ma. Reżyser bierze papier i dopiero z tej innej jakby wizji robi jeszcze inną, swoją. I potem tak się właśnie dzieje, że autor, nie wiedząc co reżyser miał na myśli, ma pretensje, że on nie tak pomyślał. A nie mógł tak myśleć, ponieważ jest innym człowiekiem, i to wszystko. Stąd te wszystkie zabawy - ekranizować "Popiołem i mieczem",   czy "Ogniem i mieczem", czy "Popioły", czy... nie ekranizować. Bo każdy coś tam innego przeczytał, wyczytał i chciał zrobić.
B.B. Powiedziałeś mi dziś, że inne filmy robi się, już z założenia, "do wypożyczalni", a inne "do kin". Co miałeś na   myśli?
E.D.
Sam z pewnym zdziwieniem się dowiedziałem, że tak właśnie się robi na świecie - i u nas też zaczyna - że niektóre filmy są z definicji przeznaczone nie na duży ekran. Będą szły w kasetach, DVD, czy tripidibidi.
B.B. Czy są to gorsze filmy, stricte komercyjne?
E.D.
Nie, one nie są gorsze. Robienie filmu na duży ekran jest, zdaje się, kilkadziesiąt razy bardziej kosztowne niż robienie filmu dla kaset, więc pewne wytwórnie po prostu z góry zakładają, że nie będą się szamotać, nie będą się biły z wytwórniami Lindy, Wajdy, czy kogoś tam jeszcze. Po prostu kręcimy jakiś dobry western, taki-to-a-taki. I takim westernem był właśnie film zrobiony przez tę firmę, która aktualnie by się podjęła ekranizacji przygód Owena Yeatesa. Byłem przez długi czas zaniepokojony, że to będzie, jakby z definicji, coś podlejszego, coś gorszego. Ale jak zobaczyłem zajawki ich filmu, to wyszło mi, że reżyserzy wielkiego formatu - z całą ich aparaturą, z całymi ich zespołami, sponsorami i tak dalej, i tak dalej - niekoniecznie muszą być dużo lepsi. Oczywiście nie mówimy o kinie wielkiej przygody. Mówimy o kinie akcji. Jak facet strzela w takim kinie, to musi strzelać przekonująco, a nie amatorsko. A wytwórnie, które robią dla kolporterów kaset, robią to przekonująco. Tam rzeczywiście te strzały są takie, że pozazdrościć. Aż by się chciało taki strzał dostać gdzieś w nerkę czy w plecy. To jest tak sugestywne, takie fajne, że aż miłe - jeśli tak można powiedzieć.
B.B. Mówisz o kinie akcji. Czy to znaczy, że twój film będzie "kinem akcji", z przeznaczeniem na DVD i kasety video - do oglądania "telewizyjnego"?
E.D.
Podejrzewam, że tak. O żadnym wielkim ekranie nie rozmawialiśmy. To może być dla telewizji. Może dla którejś z komercyjnych telewizji, która być może za to zapłaci? (śmiech). Byłby to serial dwudziestu paru odcinków przygód detektywa Owena Yeatesa, czyli każda z opowieści - ile ich tam jest?... siedem? - byłaby rozpisana na dwa-trzy wątki. Plus dopisałoby się jeszcze ze dwa-trzy scenariusze, tak, żeby było właśnie dwadzieścia odcinków, takich futurystycz... hm... (chwila wahania) Bo to jest tak, że ja uwielbiam Chandlera.
B.B. Marlowe i te klimaty?
E.D.
Oczywiście! I cały ten mój Yeates to jest taki mały mój... pomnik. Co ja mogłem zrobić Chandlerowi? Już nic nie mogłem, ponieważ on nie żył. Nie mogłem mu powiedzieć, że "Ja pana kocham!", albo "Uwielbiam pana pisarstwo!", czy pojechać na jego grób i złożyć kwiatki - nie było mnie stać na to. Pomyślałem sobie, że złożę mu hołd, pisząc taki bardzo delikatny pastisz, jakby z przygodami jego wnuka, czy syna... wnuka raczej, bo to już za długi odcinek czasu. No i w tym klimacie my z tym wnukiem - ja i filmowcy, powiedzmy - byśmy "zadziałali", jeśli tak można powiedzieć. Czy to jest sensowne, nie wiem. Ja bym bardzo chciał oczywiście to zobaczyć. I jeszcze żeby było zrobione dobrze. Jak i co z tego wyjdzie - nie wiem. Odpukać. (uderza pięścią w drewnianą boazerię)
B.B. Eugeniuszu, standardowe pytanie na koniec wywiadu: twój ulubiony aktor, aktorka, ulubiony reżyser i najukochańszy film świata?
E.D.
Najukochańszy film? Zdecydowanie "Blade Runner". Co wymusza jakby reżysera - czyli Scott. Aktor... Hm... Bardzo lubiłem Bruce'a Willisa. Do momentu, kiedy się skalał "Armagedonem". No, co ja zrobię? Może on nie wie, że Dębski go nie lubi przez "Armagedon". Może mu to zwisa... Do "Armagedonu" byłem pełen podziwu i miłości. Teraz już trochę mniej.
B.B. "Blade Runner", Ridley Scott. Dlaczego w takim razie nie Harrison Ford?
E.D.
No... też, też... Wiesz, jak mam wybrać jednego, no to jednego, a Ford musiałby być jednak drugi. A jeśli chodzi o dziewczyny, to niewątpliwie Kathleen Turner i Romy Schneider. Romy już nie może się rozwijać, z powodów oczywistych, ale... Jak popatrzyłem w jej oczy, jak tak zajrzałem w ten ekran, to miała taką... taką... Nie chciałbym używać... - bo to trzeba by nieprzyzwoicie powiedzieć.
B.B. Możesz nieprzyzwoicie. Znajdziemy eufemizm.
E.D.
No nie wiem, czy znajdziecie. (*) Ona... miała takie kurewskie wnętrze. To było takie kurewskie w bardzo pozytywnym znaczeniu.
B.B. Romy Schneider, a nie Kathleen Turner?
E.D.
Kathleen Turner, to Kathleen Turner - to inna historia. Ale Romcia!... Jak widziałem Romcię... Wiesz co? Ręce opadały. Ręce, nogi i wszystkie inne członki. Po prostu - Roma!
B.B. Eugeniuszu, w nowym tysiącleciu (** ) życzę ci więcej takich "Romć". W imieniu swoim i fanów internetowego portalu Gildia dziękuję ci za tę intymną rozmowę.
E.D.
Ja również dziękuję.

(*) Rzeczywiście - nie znaleźliśmy.

(**) Wywiad miał miejsce w noc sylwestrową podczas Nordconu Technologies Ltd.