Aktualizacja: 04.11.2007
"Armageddon"
niepublikowana recenzja

Bruce Willis miał niedobry okres.

Najpierw wzorowe do niedawna hollywódzkie małżeństwo BW i Demi Moore zostało oskarżone o bicie niani. Żeby było śmieszniej - w jednym sądzie para gwiazdorów wygrała z panienką, która zobowiązała się do nieujawniania jakichkolwiek szczegółów z ich życia prywatnego (a nie wytrzymała, pazerna zaraza, i sypnęła dziennikarzom kilka garści detali), w drugim sądzie - BW i DM przerżnęli i mają zapłacić dziewoi trochę kapuchy za znęcanie się - bicie i zamykanie w pustym pokoju.

Chwała Bogu, że nie użyto nieodpartego uroku Bruce'a do innych czynów.

Potem prasa i tiwi podały zgodnie, że aktorstwu znudziło się życie razem, mimo że najpierw wykupili niemal całą ulicę w jakimś peryferyjnym miasteczku.

Rozwodzą się.

Imidż Willisa się zglebił.

Ale - zawsze go lubiłem, zwłaszcza za diabełka w spojrzeniu, feblik, świadectwo inteligencji, którym i ja sam dysponuję. Przechera Bruce wdał się w szalony, niesamowity, przekorny aż do bólu plan, który miał spowodować, że publisia zapomni mu naparzanie sittingbaby, i rozwód. Mianowicie wziął udział w beznadziejnym filmie i teraz można Mu tylko wypominać tylko ów czyn, w zapomnienie poszły wcześniejsze prywatne kiksy.

Genialny ruch!

Żeby do tego doszło ktoś musiał podłożyć się z gównianym scenariuszem. Padło na Disneya. Zgromadzono hałdy nonsensów i sztamp. Idealne dla celów Bruce'a. Scenariusz - zbliża się gigantyczna asteroida, którą - ha! - przegapiły wszytkie możliwe obserwatoria i sondy! Dobry facet chce ją zniszczyć i zły też, ale głupio. Dobry zwycięża, na razie. Montują ekipę, która ma rozwiercić trochę asteroidę, zapakować w szyb ładunek i odpalić. Ekipa też szablonowa: Murzyn Misiek, Lekki Świr, Podwikarz (żeby nie napisać: Dziwkarz, bo to film z wytwórni, która robiła kiedyś "Bambi", nie mylić z "Rambi"!), niejaki Ejdżi, i jeden Nieprzystosowany, co porzucił żonę. Ten dopiero miał do zagrania! Chybabym się pociął ze wstydu, ale oni pewnie nie znają takich uczuć: Nieprzystosowany, w wigilię startu, odwiedza porzuconą żonę. Ona wychodzi na ganek, jak trza - kretonowa uboga sukienka, trochę rozpięta.

- Czego chcesz? - pyta lekko załamującym się, ale nie nieprzyjemnym głosem.

Zza balustrady wyłania się Chłopczyk. Nieprzystosowanemu łzawią oczy. Chłopczyk pyta:

- Kto to, mamo?

Mama odpowiada:

- Sprzedawca...

Przypomina mi się piosenka Krysi Giżowskiej, ta z refrenem: "Nie było Ciebie tyle la-a-a-t!.. Nie było Ciebie tyle dni-i-i-i!". W poincie (treść je taka: On przychodzi po latach, a Ona go chce, ale nie może), jakiś słodki dziecinny głosik pyta: - Kto to był, mamo? Matka zbolałym głosem: - Nikt. To ktoś się pomylił...

Albo jakoś podobnie, ale równie mocno i wzruszająco.

Oczywiście Ekipa startuje. Mamy furę oślepiających zdjęć w "topgunowskim" stylu: otwarte drzwi hangaru, Ekipa na tle wschodzącego czy zachodzącego słońca, czarne kontury postaci, mocne kreski i blask nimbowaty dokoła! Full tego, kilka razy. Kto nie wierzy, niech idzie na film, ale ostrzegałem!..

No i szczyty - scenografia asteroidy!

Dokładnie w konwencji enerdowskiego filmu (enerde = NRD = Niemiecka Republika Demokratyczna, taki kraj był obok nas) "Łowcy asteroidów"! Dotychczas myślałem, że dederony wniosły do skarbnicy osiągnięć ludzkości samochód trabant, a przede wszystkim racjonalne i umiejętne stosowanie koksu w trakcie, przed i po mistrzostwach i Olimpiadach, ale okazało się, że ichniejsi scenografowie obdarowali ludzkość standardem wyglądu asteroidy! Najeżona kryształowymi iglicami świetnie nadaje się do lądowania z prędkością czterysta na godzinę, Ekipa podzielona na dwie części robi to jednak i wierci. Ze szczegółów technicznych utkwiły mi problemy z transmisją, nie danych, choć to też, ale chodziło chyba o napęd wiertarki. Był już do dupy na Ziemi, ale zabrali go na wyprawę, chyba licząc, że coś mu szlachetnego odbije po drodze. Udało się.

Zwiercili.

Założyli.

Aha, zapomniałbym - jedna połowa się rozbiła i cała Ziemia szlochała. Ale nie wszyscy się zabili i Ejdżi się odnalazł, a to było ważne, bo kochała się w nim córka Bruce'a Willisa. Do tego dopiszcie sobie, obdarzeni w końcu wyobraźnią, fani, rosyjskiego kosmonautę. Podpitego i naprawiającego czułe systemy przy pomocy klucza do szyn tramwajowych. Do tego dopiszcie sobie patetyczną, bełkotliwą i niewyraźną muzykę, ciągle walącą czynelami i całą sekcją smyczkową, w celu podkreślenia Wagi Chwili! Do tego - mizerniutkie dowcipne odzywki, tak kiepskie, że aktorzy nawet nie usiłują ich jakoś wygrać, po prostu deklamują "teksty". I to było najśmieszniejsze, przysięgam!

Mówię Wam - powstał z tego taki kanał, że nawet Willis, który - jak wspominałem wyżej - chciał wziąć udział w czymś, co skutecznie oderwałoby jego nadszargnięty imidż od właściwego, postanowił jakoś jednak wybrnąć z tego, w co się wplątał. Wymógł na producencie, że to właśnie On zginie! Nie Misiek, nie Podwikarz, nie Nieprzystosowany (którego syn już wiedział, że to ojciec odwiedził go, a nie sprzedawca!), nie Ejdżi, bo córuś nań czekała i szlochała w różnych układach pantomimicznych w ośrodku w Houston. Bruce wymyślił sobie, i słusznie, że jak zginie, to w jakiś sposób, choć wszak ginie postać, a nie aktor, odkupi cały ten ładunek excrementum, jaki zaserwowali Widzom.

W każdym razie - ja Mu wybaczyłem. Cóż, życie nie składa się z samych "Szklanych pułapek" i "Moonlightów".

Ino widoki walącego się fragmentami w gruzy NY i zgruchotanego w trzy dupy Paryża zadowoliły mnie jako tako, choć nadal uważam, że 12 zł za dwa widoczki to za dużo.

Zresztą - co będę długo marudził? Przeczytajcie, sponsorowaną wszak, recenzję w NF. Nawet oni nie potrafili zmusić się do kilku soczystych pozytywnych epitetów, których nie szczędzą, gdy tylko twóórcy na to pozwolą. Tu napisali tylko "... osobliwe połączenie katastroficznej futurologii z widowiskowym kinem akcji...". Przyznacie, że nieszczególnie mocno pochwalili.

I to powinno mnie było zastanowić.

Przynajmniej Wy to zróbcie!