Aktualizacja: 20.06.2017
wstęp

Miała być raz do roku zmiana wystawy, ale doszło do niepokoju umysłowego, czego owocem jest ten tekst.

Obliczyłem, mianowicie, sobie, że w przyszłym roku będę świętował (chyba żebym nie dożył) 30 rocznicę debiutu literackiego. Maj 1985, podpowiadałem sobie, „Fantastyka”, opowiadanie „Najważniejszy dzień 111 394 roku” („Koniec wieczności” Asimova – na tym 111 394 roku kończyły się podróże w czasie, przypominam. W 2015 ta wyśmienita powieść będzie obchodzić 60-ciolecie wydania, przypominam). Spokojnie więc sobie układałem listę gości, menu, atrakcje – skoki na gumie, puszczanie kaczek i strzelanie do nich, namiot tlenowy i takie tam, kiedy nagle nocny emil wybił mnie z tego błogiego planowania.

Okazało się, że debiutowałem nie w 1985, a rok wcześniej.

Znakiem tego – jubileusz przeszedł mi koło nosa. Nie będzie (z tej okazji!) pierogów ruskich, kawioru, uchy, orzechówki, derniówki i lochy z Biedrochy! No nic, trudno. Jakoś to obejdę, obejdziemy – ja z chętnymi. A przy okazji zafundowałem sobie miarkę wspomnień. Kiedy dokładnie? Jak? Po co? Impulsy?

Dobra, kto nie chce wdawać się w czytanie jubileuszowatego wspamiętnika – niech przechodzi do ostatniego akapitu, albo i niżej.


Dlaczego fantastyka? Proste, bo ją kochałem od kiedy pamiętam.

A pamiętam to: miałem pięć czy sześć lat, mieszkałem w ZSRR, czytałem namiętnie serię „Mir Prikluczenij” („Świat Przygód”), almanach dla młodzieży, wychodził kilka razy w roku. W każdym takim woluminie było obowiązkowo opowiadanie o bohaterskich radzieckich pogranicznikach albo nowela o partyzantach z II Światowej, koniecznie było opowiadanko lub nowela historyczna, w której Rusini spuszczają wciry najeźdźcom z Turcji, Szwecji, Bliskiego i Dalekiego Wschodu, obowiązkowo było coś o wzruszających pionierach (odpowiednikach harcerzy, przypominam), co to nawozili staruszkom ogrody, malowali w tajemnicy szkoły, tropili nielegalnych sprzedawców parasolek, okularów słonecznych i gumy do żucia z zagranicy. I – nie zawsze, ale często – były opowiadania fantastyczne. Pamiętam ten najważniejszy almanach o moich losach ważący – ciemnozielony, format chyba 2 razy A4 - kto wie, może go nawet mam w piwnicy? - w którym było takie oto opowiadanie.

Dwaj faceci siedzą na lotnisku w Paryżu, odlot się opóźnia, gaworzą o tym i owym. Jeden, jak się okazuje, jest badaczem! Otóż badał jakąś afrykańską rzekę, Limpopo czy inną, i na tej rzece, w zakolu, pojawiało się coś, właściwie – COŚ, co zjadało bydło w wodopoju, kaczki, kury, strusie, ludzi – wszystko. Wszystko, co się pojawiło w wodzie w owym jakimś czasie. Ten badacz wsiadł do łodzi z kilkoma Afroafrykanami, choć go odwodzili od tego, i popłynął w owo zakole. Nic. Pływają sobie tam i nazad, napięcie rośnie, i nagle! Nagle pod łodzią materializuje się coś, duże, napiera z dołu na dno łodzi, łódź się kiwa, Murz… Afroafrykanin jeden wypada, huknął wystrzał, na brzegu wrzaski, badacz, żeby nie wypaść opiera się dłonią o to COŚ. Twarde, rogowe, mokre… Potem – rozpuszcza się, ginie, znika. Badacz przytomnie nalewa do butelki wody i… Koniec przygody. Ten gość, co wypadł, już nie występuje, łódź przybija do brzegu. I ten badacz oddaje wodę do analizy. Dochodzimy do pointy, cytuję z głowy: … I wie pan, co się okazało, mesje? Okaza… - W tym momencie głośniki wzywają go do samolotu. On się podrywa, biegnie do odprawy i krzyczy: - Ja panu napiszę wszystko w liście!..

I tekst się kończy!

Matko moja!

Jak to?!!

Pięciolatek zostaje z takim zakończeniem. No? Co tam było? Co się pojawiło i rozpuściło? Dlaczego kule tego nie biorą? A czy radzieccy milicjanci by to COŚ schwytali? W ogóle - dlaczego? Co z tym zrobimy? Dostałem amoku, nie mogłem, jak mówi piosenka: „…ani spać, ani stać, ani siku zrobić…”. Chyba dostałem trzydniowej gorączki. Potem wymyśliłem sobie, że w następnym almanachu będzie ciąg dalszy, urywałem tacie nogawki spodni ciągnąc go do jedynej w Truskawcu księgarni. W końcu dorwałem ten następny almanach.

Nie było w nim ciągu dalszego!!!

Szlag!

Czekałem na następny, i następny, i następny… Nie było ciągu dalszego, ale były inne nowele i opowiadania. Poszły w kąt partyzanty i pioniery, i Kozacy i Rusini. I przemytnicy, i faszyści, spadochroniarze, i bohaterscy radzieccy zdobywcy wszystkich biegunów.

No i tak w cierpieniu tym pokochałem fantastykę.

Oczywiście, nie sądziłem, że będę pisał, czytałem. To mi wystarczało.

Ale do czasu, rzecz jasna. Wiadomo – od rzemyka do kozika, od zioła do amfy…

Skończyłem studia, zacząłem pracę w Centrum Komputerowych Systemów Automatyki i Pomiarów MERA-ELWRO. Widywałem na własne oczy opisywane tyle razy komputery, i drukarki, i perforatory kart i taśm. I pierwsze nośniki na dyskach. Płacili mi za pracę w komórce sprzedającej soft. Jaja, co?

Fantastykę nadal uwielbiałem i już było jej dla mnie za mało. Nie mogłem pojąć dlaczego roczna podaż fantastyki to 10-12 książek. Mnie ratowało to, że czytałem po rosyjsku, więc miałem jeszcze drugi tuzin, ale i tak – ma-ło! Kombinuję: dlaczego nie ma fantastyki? Przecież schodzi jak opony do Malucha, od ręki, w nakładach sto – sto pięćdziesiąt tysięcy, w kilka dni, na Boga?! Do głowy mi nie przyszło, że wydawnictwo dostawało pieniądze na etaty, na honoraria i przydział papieru. Nie miało obowiązku dostarczać dochodu ze sprzedaży, zresztą cała kasa ze sprzedaży nie do wydawcy, przecież, szła. Tak więc, w ramach tego przydziału papieru, wydawało się, co kto chciał. A to poezję narodów Związku Radzieckiego, a to Encyklopedię Łowiectwa, a to dramaty Ibsena. A czasem – fantastykę czy kryminał. I przysłowiowe dzieła wszystkie Lenina. Nikt nie musiał na tym zarabiać, kapujecie? Nie musieli wydawać bestsellerów typu „Samochodowy Atlas Polski”, „Buszujący w zbożu”, „Kobieta z wydm”, za cholerę nie musieli!

Okej, to teraz jestem taki mądry. Wtedy nie. Wtedy wymyśliłem sobie, że to wina autorów. Tak, wymyśliłem sobie, że to Lem się leni, że Fiałkowskiemu nie chce się pisać, że Boruń i Trepka, a także Petecki to rozmemłani wydelikaceni i rozpuszczeni jak dziadowskie nasienie opierdalacze. Przepraszam ich teraz.

Skoro już doszedłem do tego, że wystarczy pisać, żeby było dużo na rynku… Że…

I tu zderzyłem się z dowcipem o milicjancie i wypracowaniu o sobocie. Kto zna niech leci do następnego akapitu.

Pobierający nauki w zaocznym liceum milicjant ma opisać swoją sobotę. Ponieważ spędził ją na nadużywaniu, od piwa począwszy, przez gorzałę z sąsiadem i pędzony z kolegą z posterunku bimber, to pisze tak: „W sobotę zaraz po śniadaniu przeczytałem jedno opowiadanie, potem drugie. I miałem jeszcze jedno, to je też przeczytałem. Tak mi się zachciało czytać, że poszedłem do sąsiada i przeczytałem z nim całą książkę, potem drugą. I ciągle mi było mało, a księgarnie i biblioteki były już zamknięte, to zawołałem kolegę z pracy i zaczęliśmy sami pisać książki, ale co napisaliśmy, to od razu przeczytaliśmy…”.

Mnie olśnił ten dowcip!

Żeby czytać trzeba pisać!

Okej, ale jak zmusić ludzi do pisania? Nie przyszło mi nic do głowy. Co – ogłoszenie do prasy: „Ludzie piszcie, bo czytać się chce!”?

A wtedy mój bezpośredni przełożony poszedł na urlop, nie było nic do roboty. Nic. A na moim biurku i pod moją osobistą pieczą znajdowała się amerykańska elektryczna maszyna do pisania IBM. Taka z głowicą wielkości piłki golfowej, na której były wytłoczone literki i z jednorazową (kupowaną za walutę) taśmą. A ja byłem tym, którego IBM powinien ozłocić, ponieważ odkryłem jak jednorazową taśmę wykorzystać drugi raz. Tak więc nie bojąc się, że kierownik mnie rozliczy z zużycia taśmy na prywatne potrzeby – napisałem opowiadanie.

„Niezbity dowód niewinności” jest niezbitym dowodem mojej młodzieńczej naiwności i wielkiej wiary we własne siły. Nie chciałem tego tekstu, po jakimś czasie ochłonąwszy, pokazywać nikomu i – chyba – nie publikowałem, zostawiwszy do wydania pośmiertnego, jak jakiś Michael Jackson. Jest słabiutkie, naiwniutkie, marniutkie i kocham je, choć nie czytam, żeby zgagi nie wywołać. Zresztą – nie wiem, gdzie leży… Przecież na papierze było. Może w piwnicy?

Ale już byłem, czego nie wiedziałem, na haku. Już się nabiłem, zaczepiłem, zadzierzgnąłem i zasupłowałem. Już nie mogłem bez pisania. Łatwo mi poszło, co nie?

No i tyle.

Debiutowałem w nowym miesięczniku, rozdygotany ze szczęścia: ja w „Fantastyce”!!!

Migiem napisałem kolejne opowiadania, cztery sztuki, kupiono je do wydawanej przez KAW antologii młodych (i zdolnych) „Kroki w przestworzach”, czyli stałem się pisarzem. No bo jak ja piszę, a ktoś czyta, a jeszcze inny ktoś za to mi płaci, to co ja jestem?

I potem już było z górki.

Aż do dziś.

Rach-ciach, i po trzydziestce.

Kur-r-rczę… Nawet nie powiem, że było różnie. Nie, było fajnie przez cały czas. Rzadko kto mi sypał okruchy pod kołdrę. Mało kto zalecał zmianę pióra na kielnię. A jak nawet, to co? Czy ja im mówiłem jak mają pisać?

No.

Najlepszego!




Beata & EuGeniusz Dębscy



Eugeniusz Dębski



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja