Aktualizacja: 20.06.2017
Z Wrocławia na szczyt.
Tekst ze spotkania w Radiu RAM. W programie "Sobotnia kawa". Autorka: Hanna Wieczorek. Oraz w Gazecie Wrocławskiej.

Wrocławski autor opowiadań i książek fantastycznych Eugeniusz Dębski opowiada o wejściu na Kilimandżaro, Murzynie w białym garniturze na ul. Kołłątaja i swoich magicznych miejscach w stolicy Dolnego Śląska.

Czy Wrocław jest miastem, w którym odnajduje Pan inspiracje do pisania swoich książek? Czy ma miejsca wyjątkowe, charakterystyczne, które inspirują?

- Wrocław jest specyficznym miastem. Może inaczej. To ja jestem pod tym względem specyficzny. Urodziłem się w Truskawcu, w województwie lwowskim. To jest dla mnie nadal najcieplejsze, najważniejsze miejsce. I potem, w wieku siedmiu lat, zostałem rzucony w centrum Górnego Śląska - do Bytomia. I mieszkałem tam do matury.

Który to był rok?

Z Truskawca do Polski przyjechaliśmy z rodzicami w 1959 roku.

Górny Śląsk spodobał się Panu?

Hmm... Dla mnie to był koszmar. Nic mi się tam nie podobało: ani miasto, ani ulice, ani ludzie, ani język, który był na poły polski, w jednej ósmej niemiecki. Taka jakaś gwara. Nie podobała mi się też młodzież, która dostawała szybko pieniądze w szkołach zawodowych.

Do Wrocławia przyjechał Pan...

Na egzaminy wstępne. Kiedy wróciłem do Bytomia, byłem głęboko nieszczęśliwy. Wydawało mi się, że ich nie zdałem, więc nie będę studentem. I nie będę studentem w tym pięknym mieście Wrocławiu.

A zdawał Pan na...?

Na rusycystykę. Okazało się, że zdałem, zresztą wybitnie, z jakąś tam nagrodą, studiowałem we Wrocławiu, tak jak chciałem. A potem się szybko zakochałem i nie było już kompletnie powodu, żeby stąd wyjeżdżać. Siedzę tutaj i nie mam zamiaru nigdzie się wynosić. Może do Pragi... Z Pragą to trochę takie gadanie, mam wrażenie, że tam też dobrze bym się czuł. Poza Truskawcem, Wrocławiem i Pragą, nigdzie się nie widzę. Truskawiec, oczywiście, tylko wakacyjnie.

Jakie ma Pan pierwsze skojarzenie z Wrocławiem, z chwilą, kiedy wysiadł Pan z pociągu i wyszedł z dworca?

Pamiętam to doskonale. Lał deszcz. Szedłem jakąś ulicą - dzisiaj wiem, że to była Kołłątaja - było ciemno, nagle zza rogu wyszedł niewidzialny człowiek. To znaczy jasny garnitur. Nie wiem już, czy byłem bardzo przerażony, spanikowany czy prawie zemdlałem, a to był po prostu Murzyn w białym garniturze. Nocny Murzyn to pierwsze, najmocniejsze wspomnienie o Wrocławiu.

Od kiedy układał Pan historie?

Od najmłodszych lat nauczyciele, przynajmniej ci, którzy mnie lubili, mówili mamie, że jestem dzieckiem lub młodzieńcem o skłonnościach humanistycznych. Co po prostu oznaczało, że jestem słaby z przedmiotów ścisłych i trzeba było to jakoś ładnie nazwać. Ale faktycznie, zawsze bardziej interesowały mnie przedmioty humanistyczne, języki. Chyba do matury napisałem jakieś jedno bardzo słabe opowiadanie...

Fantastyczne?

Tak, fantastykę lubiłem od najmłodszych lat.

To znaczy?

Mama opowiadała, że zacząłem czytać, kiedy miałem pięć lat, mieszkaliśmy jeszcze wtedy w Związku Radzieckiem. I tam właśnie trafiłem na serię radzieckich książek "Świat przygód". To były almanachy wydawane dwa-trzy razy w roku, zawsze zamieszczano w nich teksty o radzieckich wywiadowcach, pogranicznikach, zawsze coś historycznego i fantastykę. Właśnie tam było opowiadanie, które w skrócie wyglądało tak: dwaj mężczyźni rozmawiają na lotnisku, jeden opowiada afrykańską przygodę i kiedy dochodzi do puenty, słyszy, że jego spóźniony samolot już odlatuje. Więc pędzi do wyjścia. Ten, który słuchał, krzyczy: "Panie, ale co tam się w końcu wydarzyło". Jego rozmówca odpowiada: "To ja Panu napiszę". I tak się to się kończyło. Ja naiwny pięciolatek myślałem, że w następnym almanachu będzie ciąg dalszy i dowiem się, co tam na tej afrykańskiej rzece się wydarzyło. Pilnowałem tego almanachu i szukałem zakończenia w następnych tomach. W końcu dotarło do mnie, że ciągu dalszego nie będzie. Ale przy okazji zaraziłem się fantastyką.

Niewidzialny człowiek pojawił się w jakiejś Pana książce?

Nie, to jest może 400. historia na liście moich najśmieszniejszych anegdotek

Wróćmy do Wrocławia. Czy są w naszym mieście miejsca, które inspirują Pana?

Nie mam takich miejsc, żebym wchodził, choćby w cień kościoła, i nagle doznawał iluminacji. Ale wielkim sentymentem darzę ulicę Pocztową, krótką uliczkę na tyłach Powstańców Śląskich. Tam był mój akademik "ITD", w którym teraz mieści się chyba rusycystyka. Z tym akademikiem wiąże się przeogromna ilość wspomnień, poznałem tam kupę wspaniałych ludzi, którzy do dzisiaj w jakimś sensie wpływają na krajobraz, nawet kulturalny, Wrocławia. To Janusz Styczeń, Czesław Sobkowiak, Stolarczyk... Bardzo lubię też park Szczytnicki, w którym spędziłem sporo czasu, wyspacerowując swojego starszego syna. Chodziliśmy w kółko drewnianego kościółka... Kiedyś w jego pobliżu zaczęły gałęzie na krzyż rosnąć, jakieś babcie chodziły tam ze świeczkami. Ówczesna władza poradziła sobie z tym tak, że czwartego dnia przyjechała ekipa i ścięła gałąź. I skończyły się te ekskursje.

Przeniósł Pan niektóre z tych miejsc do swoich książek?

Jeśli w mojej najnowszej powieści "Hell-P", która powinna wyjść gdzieś w przyszłym miesiącu, bohaterowie przechodzą przez wrocławski Rynek, to oczywiście musi być fontanna i knajpka, w której często bywam. Jeśli jest to miasto fikcyjne, to moja wyobraźnia architektoniczna szaleje na całego. Ja to miasto ustawiam, modeluję.

A jakieś elementy wrocławskie w nim znajdziemy?

Myślę, że tak. Bo jeśli opisuję wieżowiec, to pewnie sięgnę po sedesowce z placu Grunwaldzkiego i je opiszę.

Czytał Pan książki Marka Krajewskiego?

Oczywiście!

Rozgrywają się we Wrocławiu, przedwojennym Breslau, ale Wrocławiu.

Marek pierwszą, zresztą świetną, powieścią zaklepał ten Wrocław dla siebie, teraz trudno już coś zrobić.

Nie żałuje Pan, że nie wpadł na taki pomysł?

Żałuję, oczywiście, że żałuję. Zawsze, kiedy ktoś w jakiś sposób mnie wyprzedzi i ma taki fajny pomysł, to myślę sobie: "Gdyby nie on, to ja bym też na to wpadł". Ale nie wpadłem, trudno. Można pozazdrościć, poczytać, jako czytelnik nacieszyć się tym i już. A potem szukać dla siebie innej niszy, czegoś, co być może spowoduje, że to Marek zadzwoni i powie: "No kurczę, nie mogłeś zaczekać jeszcze kilka miesięcy, żebym to ja na to wpadł".

Przenosi Pan do swoich książek ludzi poznanych, spotkanych we Wrocławiu, na ulicy...

Bardzo często, tylko nie dosłownie jako postać z imieniem i nazwiskiem. Widzę w autobusie pana, który ma jedno ucho większe, a drugie mniejsze i myślę: to może być taki fajny szczegół. I potem jedna z postaci w mojej książce wyróżni się tym, że ma lewe ucho większe od prawego. Zresztą zawsze ostrzegam nowo poznanych ludzi, że jeśli coś fajnego powiedzą, to za jakiś czas może okazać się, że znajdą to w mojej książce.

Dużo Pan podróżuje?

Nie, nawet nie lubię gór. A moja wyprawa na Kilimandżaro to przypadek. Wszystko przez Bogusława Ogrodnika, który niedawno zdobył Koronę Ziemi, a na wszystkie szczyty wnosił moje książki, częściowo po to, żeby robić sobie zdjęcie z Owenem Yeatsem na tle Mount Everestu.

Bo jest takim fanem Pana książek?

Chyba tak, może to nieskromnie brzmi. Kiedyś ogłosiłem w internecie konkurs "Kto ma najdłuższą półkę Dębskiego", poza Dębskim, oczywiście, okazało się, że Ogrodnik ma bez dwóch książek wszystko, co wydałem. Znaliśmy się tylko z maili, napisałem mu, że wygrał konkurs i zapraszam go w czerwcu na spotkanie, gdzieś we Wrocławiu, to mu wręczę nagrodę w postaci tych brakujących pozycji. A on mi na to odpisuje, że w czerwcu nie może, bo będzie na Mount Evereście. Pomyślałem sobie: "Dowcipniś", ale sprawdziłem, kto to jest Bogusław Ogrodnik i okazało się, że to nie jest dowcipniś, tylko człowiek, który skacze ze spadochronem, nurkuje, wspina się i właśnie jest na wyprawie w Himalajach. Kiedy wrócił, poznaliśmy się i po paru miesiącach powiedział, że on do Korony Ziemi musi być na najwyższym szczycie Afryki - Kilimandżaro - i czy nie poszedłbym z nim na to Kilimandżaro. W pierwszym momencie wydawało mi się, że to jest kompletnie odjechany pomysł: ja, który gór nie lubię, bo tam jest zawsze pod górę, a nawet jak w dół, to zaraz znowu będzie pod górę... Moje poprzednie górskie osiągnięcia to była raz Śnieżka, jakieś czternaście lat temu, i raz Ślęża.

Ale zdecydował się Pan.

Sama nazwa, słowo Kilimandżaro ma w sobie tyle egzotyki. Pomyślałem sobie: "Dębski, byłbyś idiotą, gdybyś nie skorzystał z takiej okazji".

Wszedł Pan na Kilimandżaro?

Udało mi się wdrapać. Byłem z siebie niesłychanie dumny.

A co Pan wniósł na szczyt?

Wniosłem siebie, to już wystarczy.



Hosting: NETinstal - Internet i telekomunikacja